Bangladesz to jedno z najgęściej zaludnionych państw na świeci. Na obszarze dwukrotnie mniejszym niż Polska żyje ponad 150 milionów ludzi. To co uderza od pierwszego momentu pojawienia się w Bangladeszu to olbrzymia liczba rowerowych riksz. Według szacunków w samej stolicy (Dakka) jest ich ponad 600 tys.
Każda z nich jest pomalowana i/lub przystrojona co razem z równie barwnie ozdobionymi ciężarówkami i autobusami (rzadziej) daje niesamowitą tęczę barw. Riksze służą zarówno do przewozu osób jak i towarów. Zmotoryzowana wersja rikszy to CNG lub baby-taxi. Po mieście możemy poruszać się również taksówkami, busami lub autobusami (które zazwyczaj są przepełnione do granic możliwości).
Ponieważ zasady ruchu ulicznego nie są delikatnie mówiąc zbyt jasno określone, w każdym zakątku Dakki od mniej więcej 5 rano do 2 w nocy słychać ciągłe trąbienie, dzwonienie i pokrzykiwanie. Już po pierwszej podróży taksówką zrozumiałem dlaczego przewodniki porównują próby samodzielnego prowadzenia samochodu w Bangladeszu do prób samobójczych. Mimo tego, że ruch jest lewostronny nie ma jasnej zasady z której strony mija się wyprzedzane pojazdy. Po prostu należy trąbić. Głośność klaksonu, która jest dosyć ściśle skorelowana z wielkością pojazdu wskazuję osobie jadącej z przodu, że ma ustąpić miejsca lub przynajmniej nie wykonywać gwałtownych manewrów. Włączenie się do ruchu, zawracanie czy skręt wymaga niesamowitej odwagi i refleksu (szczególnie od prowadzących riksze). Szukając najkrótszej możliwej trasy, kierowcy często tworzą przy poboczu ekstra pas jadących „pod prąd" pojazdów (zawracanie przy kolejnym zjeździe i wracanie się zgodnie z kierunkiem jazdy raczej nie jest praktykowane). Pół biedy gdy takiego manewru dokonują riksze, trochę gorzej gdy tego samego próbuje kierowca ciężarówki.
Czytaj wiecej »