Czasem człowiek dowiaduje się więcej z nudów, niż z ciekawości. A więc siedzę sobie przed TV i, jak to się mówi, pstrykam pilotem, aż … słyszę po rosyjsku jakąś rozmowę o gazie. Wiadomo, gdzie jest gaz, tam Rosja, gdzie Rosja, tam nasze, polskie interesy. Więc zatrzymuję się na rosyjskiej telewizji Planeta RTR, ale … chyba coś mi się pomyliło, bo teraz jakiś wąsaty coś po turecku mówi o gazie. Dopiero tłumaczenie tej mowy na rosyjski budzi mnie, bo słyszę, że odwieczny sojusznik USA, Wielkiej Brytanii, Rosji, Chin, Polski, Francji, Niemiec itd., itp., Turcja wyraziła zgodę na budowę tzw. Południowego potoku rosyjskiego gazociągu z Federacji Rosyjskiej do Austrii. Natychmiast przypominam sobie, że my tez mieliśmy jakieś plany pt. Nabucco. I wcale nie chodzi o tego Nabuchodonozora z Babilonii, lecz o tzw. gazociąg Nabucco, którym miał by być (kiedyś w przyszłości) transportowany gaz ziemny z Iranu, Azerbejdżanu, Rosji czy też wschodniej części Turcji do UE. Tylko kiedy? Żaden szanujący się ekspert nie odpowiedziałby na to pytanie, bowiem zanim Unia Europejska policzy efekty i koszty ekonomiczne, musi dopracować wspólne stanowisko w tej sprawie, albo i … nie. Choć nie wykluczone, że przy okazji najpierw zajmie się prawami człowieka tu i tam, a potem tu i ówdzie znajdzie pilniejsze sprawy i… I tak w kółko! Zresztą, teraz już nie ma co płakać nad wylanym mlekiem. Był(o) Nabucco i zniknęło jak Babiloński monarcha (po tym ostatnim chociaż opera Verdiego została).
A ja tu widzę, że Miller (nie ten nasz – kudy tam naszego do ruskiego?), szef Gazpromu Aleksiej Miller, podaję rękę tureckiemu ministrowi energetyki i ogłasza, że pierwsze dostawy komercyjnego gazu z Rosji do Europy, Południowym potokiem (czy jak tam się nazywa), zaczną się pod koniec 2015 roku.
Trochę oszołomiony i dezorientowany zastanawiam się kiedy rosyjsko-niemiecki Północny potok złączy się z rosyjsko-tureckim Południowym potokiem i ściśnie nam cienkie (i zachrypnięte od krzykackiego politykierstwa) gardełko? Ale to była dopiero połowa strachu.
Jak każdy współczesny człowiek, jestem uzależniony od Internetu (nie palę i nie piję, ale bez Internetu palnę sobie w łeb!). A więc „otwieram” internet i na stronie Biznes TV РБК (rbctv.rbc.ru/archive/main_news/text/562949982416161.shtml) czytam czarno na białym, że 28 grudnia Moskwa i Ankara dogadały się w sprawie dostarczania rosyjskiego gazu do Turcji aż do 2021 i 2025 roku. Na domiar złego portal show-biz.novostimira.com/news_1451166.html bardzo uprzejmie i tak samo radośnie informuje, że już 16 września w Soczi Gazprom, włoskie ENI, francuskie EdF oraz niemieckie Wintershall podpisali porozumienie akcjonariuszy morskiego odcinka w sprawie projektu Południowy potok, i, że zgodnie z tym dokumentem Gazprom ma 50%, ENI 20% a reszta 15%. Choć źródła rosyjskie nie podają komu należy się reszta (15%), to i tak nie ma znaczenia, bo orientacyjna cena tego potoku (czy gazociągu, czy też rurociągu itd.) wynosi co najmniej 15,5 mld euro.
I tutaj top.rbc.ru/economics/08/11/2011/624072.shtml mnie (ale to całkowicie) dobija tytułem pewnego artykułu! Rosja „przywiązała” Europę pierwszą linią Nord Stream. Po rosyjsku ładnie i łagodnie brzmi „pierwszą nitką”. Ta nić, to … jak sznur na szyi! I to narzucony nie przez Rosję lub innych akcjonariuszy Południowego czy też Północnego potoku (w sumie to są prawie te same firmy), lecz przez nieudolną politykę energetyczną naszych rządów! Wszystkich rządów! Nie umieliśmy się dogadać z kim trzeba? No to inni to zrobili!
Dobrze, już przestaje denerwować. Powiem tylko, że dostaliśmy niezły prezent sylwestrowy! W sumie, może i to ma sens, przecież Św. Mikołaj pochodzi z Turcji, prawda?
W historii najnowszej świata, a także w tej odległej nam wiekowo, zdarzały się w dużej mierze pakty, układy czy sojusze różnych sobie państw. Stanowiły one za każdym razem duży problem dla bezpieczeństwa innego narodu, bądź regionu a także z uwzględnieniem obszaru zagrożonego. Tworzenie się na świecie ładu jednobiegunowego na czele z USA, nie wniosło wiele nowego w poprawę stanu bezpieczeństwa międzynarodowego. Uwidoczniło się natomiast nowe myślenie w kręgu państw, które kiedyś nie uważane były za światowe mocarstwa zdolne do kreowania polityki światowej. Dawny Związek Radziecki a obecnie Federacja Rosyjska pretenduje do miana światowego przywódcy w zglobalizowanym już świecie. Jednakże nie uczyni tego osamotniona, „wielka” Rosja, lecz zjednoczona sprawami polityki w różnym zakresie z innymi państwami: Chinami oraz z Indiami.
W 1949 r., kiedy to ChRL proklamowała niepodległość, ZSRR uznał ten fakt za niepodlegający dyskusji. Stosunki z Chinami w latach 50 uległy zmianie „z powodu różnic ideologicznych i nie poprawiły aż do schyłkowego okresu ZSRR, kiedy w marcu 1985 roku na Kremlu pojawiła się reformatorska ekipa Michaiła Gorbaczowa.”[1] Lata ’90 – te przyniosły poprawę w bilateralnych stosunkach między tymi państwami. Zajęto się sprawą trudną, czyli granicą. „16 maja 1991 roku podpisano porozumienie o delimitacji wschodniego odcinka granicy radziecko-chińskiej (…) układ ten został ratyfikowany przez parlament Rosji już w lutym 1992 roku.”[2] W tymże roku także podpisano obustronne deklaracje o „o podstawach stosunków dwustronnych, w której Rosja i Chiny zobowiązały się do nie wchodzenia w żadne układy, które szkodziłyby suwerenności i bezpieczeństwu drugiej strony oraz do niedopuszczenia by ich terytoria były wykorzystywane przez państwa trzecie przeciw suwerenności i interesom bezpieczeństwa którejkolwiek.”[3] W 1995 r. urzędujący premier Rosji – Primakow określił, iż istnieje możliwość stworzenia strategicznego trójkąta współpracy Rosji, Chin i Indii, „który mógłby balansować wpływy Zachodu.”[4] Dodatkowa chęć współpracy Chin z Rosją ujawnia się z chińskiej koncepcji politycznej, określanej mianem „Tian Xia” (pod niebem). Jej głównym założeniem jest, że nie może istnieć żaden system jednobiegunowy na świecie, zaś wszystkie państwa mają znajdować się pod ogólnoświatowym systemem obronnym. W 2001 roku powstaje Szanghajska Organizacja Współpracy, której to głównym celem ma być ochrona przed terroryzmem, separatyzmem i ekstremizmem. Ochłodzenie nastąpiło na linii obydwu tych państw w 2008 r. w wyniku wojny Rosji w Gruzji. Jednakże w praktyce ochłodzenie to, stało się nieodczuwalne.
Państwem niezwykle kluczowym w Trójkącie są Indie. Państwo to określane jest mianem „najszybciej rozwijającej się demokracji świata”[5], stanowi niezwykle szybko rozwijającą się gospodarkę oraz kapitał ludzki, jak i surowcowy. Nic więc dziwnego, że pretenduje do miana nowego hegemona na świecie, hegemona związanego z Rosją. W czasach zimnej wojny Indie były ściśle związane ze Związkiem Radzieckim. „Uzależnienie od związków z Moskwą dawało jednak Delhi pośredni wpływ na decyzje Rady Bezpieczeństwa ONZ oraz stanowiło przeciwwagę dla współpracy USA z największym wrogiem – Pakistanem, a także stwarzało lepszą pozycję we współzawodnictwie z Chinami.”[6] Po rozpadzie ZSRR Indie wyraźnie kierują się polityką globalną, kreowania ją a także wpływania na nią. Zażegnano politykę niezaangażowania. 3 października 2000 r. ustanowiono Deklarację o strategicznym partnerstwie między Republiką Indii i Federacją Rosyjską. Dla Rosji stosunki z Indiami mają służyć wzmocnieniu ich potęgi, a także „ukrócenie” roli przewodniej w świecie Stanom Zjednoczonym Ameryki. Dla Rosji Indie stały się główną siłą nabywczą dla surowców energetycznych. „Strategiczne partnerstwo z Moskwą w dziedzinie energetyki ma ponadto zapewniać dostawy paliwa jądrowego do indyjskich elektrowni atomowych.”[7] Ostatnia wizyta premiera Indii w Moskwie 6 grudnia 2009 r. uzasadniła dalszą chęć współpracy politycznej, ekonomicznej i militarnej obydwu państw, a także pokazała, iż będą one skutecznie działały w zwalczaniu terroryzmu międzynarodowego. Ogólnie przyjmując, stosunki te ulegają coraz to mocniejszej współpracy.
Wielowątkowość owocu polsko- rosyjskiej komisji do spraw trudnych jakim jest tom „ Białe plamy- Czarne plamy. Sprawy trudne w polsko- rosyjskich stosunkach 1918-2008” sprawia, że analizując to wydawnictwo powinniśmy się skupić na wybranym zakresie poruszonej w nim problematyki. Mam tu na myśli zarówno ogrom materiału badawczego jak i czasoprzestrzeń zawartą w podtytule publikacji. Na książkę składa się przecież 16 równolegle opisywanych rozdziałów i niemal wiek wzajemnych kontaktów międzyludzkich i międzypaństwowych. Z tego punktu widzenia najbardziej wartościowe dla współczesnego czytelnika mogą okazać się fragmenty traktujące o genezie politycznych i społecznych zachowań Rosjan i ich państwa. Pozwolą one czytelnikowi wniknąć w głąb rosyjskiej duszy i przeanalizować przyszły kierunek polityki realizowanej przez Kreml.
Jednym z podstawowych problemów współczesnej Rosji jest jej zakwalifikowanie cywilizacyjne. Czy to Europa, Azja a może eurazjatycki unikat? Nie ma w tych kwestiach zgody. Jedni jak średniowieczny mnich Filoteusz chcieli widzieć w Moskwie kontynuatora Bizancjum inni jak XX wieczny Koneczny spadkobierców „turańskich” ludów koczowniczych i stepowych imperiów. W czym zatem tkwi „inność” prawosławnego imperium? Gdzie doszukiwać się prawdy o istocie i duchu państwa rosyjskiego? Być może moje krótkie przemyślenia na ten temat dadzą pewną odpowiedź na zadane pytanie…
Elektorat Komunistów z każdymi kolejnymi wyborami parlamentarnymi w Mołdawii kurczy się. W kwietniu 2009 roku wyniósł 49% ogółu wyborców, w 2010 roku już tylko 39%. Problem w tym, że Rosja od dawna rozluźnia związki z tradycyjną prorosyjską siłą polityczną i tak jak w innych krajach poradzieckich próbuje wcisnąć klin w opozycję.
Kiedy w sierpniu byliśmy świadkamiembarga jakie Rosja nałożyła na Mołdawię pomyślałem, że to klasyczne działania dyplomatyczne stosowane na Kremlu. Katalizatorem handlowych restrykcji, była wypowiedź prezydenta Mihaila Ghimpu, który potępił oderwanie Mołdawii od Rumunii przez Stalina w 1940 roku. Gotowy pretekst posłużył jednak jak zwykle partykularnym interesom Rosji. Swoje niezadowolenie niedawną „Rewolucją Twitterową”, która przyniosła władzę prozachodnim partiom Sojuszu Na Rzecz Integracji Europejskiej Moskwa wyraziła restrykcjami handlowymi. Mołdawią pozbawiona przemysłu i eksportująca głównie płody rolne i artykuły spożywcze boleśnie odczuła lekcje udzieloną jej przez brata ze wschodu.
Litwa należy do państw, których losy szczególnie gęsto splatały się w historii z losami Polski. Kiedy dzisiaj spoglądamy w przeszłość - i tę odległą, i tę niedawną - nasze postrzeganie dziejów Polski i Litwy okazuje się bardzo niejednorodne; brak w nim ciągłości. Z jednej strony wspomnienia ery jagiellońskiej czy ponad dwóch wieków istnienia Rzeczypospolitej Obojga Narodów przywołują wizję chwały, wielkości, budowanej wspólnie przez Polaków i Litwinów, a także wspólnej niedoli. Z drugiej strony pamięć okresu międzywojennego, II wojny światowej i trwającego do dziś okresu po rozpadzie bloku sowieckiego podsuwa nam obraz nieprzerwanego łańcucha wrogości, strachu, uraz, różnorodnych szykan. To ten drugi obraz, jako powstały w nowszych czasach, wywiera większy wpływ na sposób, w jaki dzisiaj patrzą na Litwę Polacy, a zwłaszcza środowiska takie, jak nasze - prawicowe czy nacjonalistyczne.
Nad prezydentem Białorusi znów zaczęły gęstnieć czarne chmury. Rosja zapowiedziała, że w związku z zaplanowanym na 2011 rok otwarciem rurociągu BTS-2 zrezygnuje z przesyłania ropy odcinkiem Odessa- Brosy. Co kryje się pod tą zapowiedzią?
Analiza została przygotowana dla FAE, wszelkie powielanie tego tekstu powinno zawierać taką klauzulę.
Warto dziś zwrócić uwagę na konflikt, który tli się od czasów upadku ZSRR a dziś gwałtownie przybiera na sile. Chodzi oczywiście o sytuację jaka wytworzyła się na początku lat 90 tych pomiędzy Armenią- Górskim Karabachem i Azerbejdżanem. Tylko z pozoru jest to tematyka egzotyczna i odległa ponieważ polskie interesy dotykają tego newralgicznego obszaru na Kaukazie Południowym. Baku to strategiczny partner dla wszystkich krajów europejskich marzących o dywersyfikacji źródeł energii. Armenia to kluczowy kraj w geopolitycznej układance, która składa się na niestabilny obraz obszarów położonych u stóp Elbrusa. Swoje interesy polityczne lokuje tu Warszawa, którą uważa się za inicjatorkę Partnerstwa Wschodniego i kontynuatorkę myśli Juliusza Mieroszewskiego. Choć nasz kraj posiada bardzo ograniczone środki, które mogą wpływać na rozwój sytuacji na Kaukazie to jednak jest zmuszony interesować się tym rejonem świata ze względu na własne bezpieczeństwo. Czołowymi graczami rywalizującymi o Kaukaz są przecież Rosja, Turcja i Iran. Każdy z tych krajów w istotny sposób wpływa na bezpieczeństwo Europy w kwestii militarnej, energetycznej czy religijnej. Od przełomu sierpnia i września bieżącego roku „kaukaski koncert mocarstw” skupiający się - jak w soczewce- na sytuacji Górskiego Karabachu staje się doskonale widoczny dla obserwatorów politycznych. Przyjrzyjmy się zatem aktualnej sytuacji na tym obszarze z mojej perspektywy.
Armenia- bufor rosyjskich wpływów na Kaukazie
Na przełomie września dawny konflikt ormiańsko- azerski znów stał się głównym tematem kaukaskiej narracji, która od 2008 roku koncentrowała się na relacjach gruzińsko- rosyjskich. Pierwszym sygnałem, że coś się dzieje stały się sugestie strony armeńskiej, która zapowiedziała przedłużenie obecności rosyjskich wojsk na jej terytorium. Tajemnicą poliszynela były także informacje sugerujące ewentualne użycie siły przez Rosję poza terytorium Armenii w ramach gwarancji dotyczących granicy armeńsko- tureckiej i armeńsko- irańskiej. Moim zdaniem taki ruch Moskwy wynika nie tylko z politycznej rekonkwisty, którą prowadzi na Kaukazie, ale i z ochłodzenia relacji z Teheranem (odmowa sprzedaży rakiet S-300). Iran od jakiegoś czasu buduje strategiczne relacje z Gruzją i Azerbejdżanem, w tym kontekście gwarancje armeńsko- irańskiej granicy wzmocnione „klauzulą siły” stanowią polityczny sygnał z Moskwy. Brzmi on wyraźnie i stanowczo, podkreślając że Kaukaz to rosyjska strefa wpływów. W podobny sposób Rosja ogrywa Turcję. Ankara wyrażała wielokrotnie chęć wybudowania bazy wojskowej w Republice Nachiczewańskiej (eksklawa Azerbejdżanu), ale twarde stanowisko Kremla jak do tej pory utwierdza status quo na tym obszarze.
Nielogiczna polityka Azerbejdżanu
Jak już wspominałem na przełomie sierpnia i września Azerbejdżan ostrzelał separatystyczną Republikę Górskiego Karabachu. To wydarzenie wpisuje się doskonale w ton wypowiedzi prezydenta Alijewa, który stwierdził, że „jego kraj dysponuje wystarczającą siłą ognia […] aby przywrócić kontrolę Baku nad Górskim Karabachem.”[1]Drugie dno tej wypowiedzi jest oczywiste i w obliczu przyszłorocznego budżetu wojskowego jaki zatwierdził Azerbejdżan nie pozostawia wątpliwości. Walkę o integralność terytorialną swojego kraju Alijew może prowadzić za pomocą zasady manu militari. Świadczy o tym poziom wydatków na wojsko, który stanowi 20% budżetu Azerbejdżanu i będzie większy od całego budżetu Armenii.[2]W tym kontekście zachowanie Baku jest nielogiczne. Z jednej strony relacje azersko- rosyjskie są zdystansowane, czasem wręcz chłodne, z drugiej militaryzacja państwa wpycha słabszą Armenię pod skrzydła Moskwy. Muszę zaznaczyć, że ochłodzenie relacji azersko- tureckich także potęguje efektywność działań rosyjskich na Kaukazie Południowym. Nie przełamała ich nawet sierpniowa wizyta Abdullaha Gula w Baku
Dwa scenariusze Rosji- prognoza
Przychylny klimat polityczny w Erywaniu czy militarystyczne zachowania Azerbejdżanu są na rękę Kremlowi, ale najistotniejsze dla rosyjskich wpływów w regionie wydaje się jednak odgrzewanie konfliktu karabchskiego. Moim zdaniem w jego ramach Rosja realizuje dwa scenariusze, które utwierdzają jej prymat na południe od Elbrusa. Czy taka polityka symbolizuje dwugłos na linii Miedwiediew- Putin płynący z Kremla? Być może. Mimo wszystko koncepcja politycznego arbitrażu -na bazie którego Rosja buduje swoje wpływy- prowadzi do tego samego celu, co próby wywołania wojny konwencjonalnej pomiędzy Azerbejdżanem a Armenią. Tym celem jest ustanowienie rosyjskiej hegemonii na Kaukazie Południowym.
Scenariusz arbitrażu jest doskonale widoczny w takich wydarzeniach politycznych jak zawarta 7. X. deklaracja astrachańska, listopadowa wizyta prezydenta Sarkisjana w Moskwie czy szczyt państw kaspijskich, na którym doszło do rozmowy Miedwiediewa z Alijewem. Wszystkie powyższe wydarzenia stawiają Rosję w pozornej roli mediatora, w rzeczywistości ze względu na jej zaangażowanie na Kaukazie są jednak formą arbitrażu. O skuteczności takich działań świadczy oświadczenie Miedwiediewa, który podczas szczytu powiedział: „Zgadzamy się, że sami ponosimy odpowiedzialność za całokształt sytuacji w regionie Morza Kaspijskiego. Dlatego właśnie utrwalana jest wyłączna prerogatywa państw kaspijskich w tym, co dotyczy rozstrzygania całego zakresu problemów związanych z bezpieczeństwem regionalnym”[3]Takie stanowisko utrwala w zasadzie wpływy Rosji w regionie Morza Kaspijskiego. Cytowana wypowiedź ma bardzo jednoznaczny wydźwięk jeszcze z jednego powodu. Stała się podstawową tezą dokumentu końcowego wieńczącego szczyt i stawia Miedwiediewa w roli lidera całego obszaru.
Drugi scenariusz kreślą przed nami równoległe wydarzenia polityczne takie jak wyznaczenie na 1.XII. głosowania armeńskiego parlamentu nad uznaniem niepodległości Górskiego Karabachu. Innym przykładem może być wizyta prezydenta Sarkisjana w rejonie Adamskim stanowiącym nieformalną granicę karabchsko- azerską, Sarkisjan miał wraz z przywódcą Górskiego Karabachu- Bako Saakjanem wizytować armię tego quasi państwa. Istnieje ryzyko, że wydarzenia rozgrzewające konflikt na linii Erywań- Stepanakert- Baku przerodzą się w otwarty konflikt. Moim zdaniem takie zagrania polityczne Moskwy mogą być początkiem realizacji scenariusza „gruzińskiego”. Czy Rosja poszerzy swoje wpływy na Kaukazie wprowadzając swoje siły do Górskiego Karabachu podczas ewentualnego konfliktu? Z pewnością pełniłyby rolę „misji pokojowej”. Byłaby to kolejna odmiana rosyjskiej fascynacji Lelewelem „za wolność waszą i naszą”…
Komentarz dla ECAG dotyczący „katyńskiej uchwały” rosyjskiej Dumy
Jeszcze 9 kwietnia bieżącego roku krajowe media rozpisywały się na temat znaczenia zaplanowanej na następny dzień wizyty prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Rosji. Leci aby przemówić na umęczonej ziemi w imieniu prawdy, leci aby skierować na Katyń spojrzenie świata- szeptano w kręgach bliskich głowie państwa. Czy 9 kwietnia ktokolwiek mógł spodziewać się dzisiejszej uchwały rosyjskiej Dumy? Nie. Nie mógł, bo procesy historyczne gwałtownie przyśpieszyły w związku z tragedią jaką była katastrofa prezydenckiego Tupolewa.
Odnosząc się do uchwały potępiającej zbrodnię dokonaną w Katyniu trzeba pamiętać o jednym… Gwałtowny skok, którym można pokonać dekady przemian, które dokonują się w obrębie świadomości narodów to epizody. Rozgrzani gwałtownością zmian jakie dokonały się w relacjach polsko- rosyjskich po kwietniowej katastrofie musimy pamiętać o tej prawidłowości. Bieg procesów historycznych szybko powraca do normy, nurt przemian traci wiele ze swojej gwałtowności. Dziś, jutro, za rok polskie i rosyjskie gesty będą mniej spektakularne i widoczne, co nie oznacza jednak że bilateralna odwilż nie będzie kontynuowana.
W tym kontekście uchwała zatytułowana wymownie: „ O tragedii katyńskiej i jej ofiarach” jest wydarzeniem ważnym dla Polaków, dla Rosjan przełomowym. Dzisiejszy czytelnik nie pamięta już jakim wydarzeniem, był w Rosji niedawny pokaz filmu Andrzeja Wajdy? Nie pamięta dla ilu obywateli FR był szokiem. Doceńmy gest, za którym mogą iść następne. Czy nasza percepcja nie została zdominowana przez wybujałe oczekiwania i ową gwałtowność przemian dokonywających się w „ciasnym” okresie kilku posmoleńskich miesięcy? Myślę, że tak.
Uważam, że uchwała Dumy potępiająca zbrodnie katyńską to ważny krok w pojednaniu polsko- rosyjskim. Nie zaprzepaśćmy pozytywnych zamian jakie dokonują się w relacjach z naszym wschodnim sąsiadem. Mocno stąpajmy po drodze pojednania polsko- rosyjskiego, które wyznaczają ważne wydarzenia. Jednym z nich jest przylot Miedwiediewa na prezydencki pogrzeb, o którym zwolennicy kondominium już nie pamiętają. W obłokach wulkanicznego pyłu, w którym utknął Obama, Sarkozy, Merkel, był to promyk. Czy pamiętamy? Drugim z ważnych wydarzeń jest zmiana retoryki historycznej w Rosji, która na naszych oczach strąca Stalina z piedestału. Klamrą spinającą pierwszy etap poprawy bilateralnych stosunków będzie grudniowa wizyta prezydenta FR. Przypomnę tylko, że wizyty rosyjskich prezydentów w Polsce to rzadkość, dlatego tegoroczna urasta do rangi symbolu.
Nie prowadźmy dumnego, rosyjskiego narodu do Canossy, bo i nas może taki los spotkać. Mamy swoje narodowe grzechy, mamy historyczne mity. Mamy własną, polską wersję historii. Każdy ją ma, bo wbrew pozorom jest to nauka relatywna a świadczą o tym liczne międzynarodowe komisje historyczne. Oczywiście rosyjskie pojmowanie historii ma więcej wspólnego z ideologią niż muzą Klio, ale przecież ten trend się odwraca na naszych oczach. Dziś przewodniczący rosyjskiej Dumy do spraw zagranicznych Konstantin Kosaczow stwierdził, że spłaca dług wobec ojców i dziadów. Dodał, że zagłosuje za uchwalą, bo nie chce się wstydzić przed swoimi dziećmi i wnukami. Nie do pomyślenia- powiedziałby Polak przedsmoleński. Doceńmy zatem gesty rosyjskie, pielęgnujmy relacje. Nie obarczajmy uchwały rosyjskiej Dumy oczekiwaniami natychmiastowych odszkodowań jak chciałby tego prezes Kaczyński. Nie tędy droga!
Łatwo coś zniszczyć, trudno budować. I jeszcze jedno- budowa jest mniej spektakularna.