30 Lipca pisałem o tym, że rosyjska „próba monopolizowania systemu bezpieczeństwa w regionie poradzieckim ma ścisły związek z mediacyjnym charakterem rosyjskiej dominacji.” Swój geopolityczny Plan Rosja realizuje z dużą konsekwencją. Jest już arbitrem konfliktu gruzińsko- osetyjsko- abchaskiego oraz armeńsko- azerbejdżańskiego. System bezpieczeństwa Kaukazu Południowego został zmonopolizowany przez Kreml podczas wojny z Gruzją w 2008 roku, która wyeliminowała zagrożenie rozciągnięcia wpływów NATO i UE nad regionem. Rosja rozbudowuje konsekwentnie swoje placówki wojskowe na terytorium Kaukazu Południowego. Przedłużenie działalności rosyjskiej bazy w Armenii do 2044 roku i ujawnienie istnienia takich ośrodków w Abchazji to najlepsze przykłady procesu jaki zachodzi w strategicznym dla dywersyfikacji źródeł energii regionie świata. Bardzo ciekawie prezentuje się brak przeciwdziałania takiemu zjawisku ze strony administracji amerykańskiej. Niedawna wizyta Clinton w Gruzji przyniosła jedynie gołosłowne zapewnienia o „nieuznawaniu stref wpływów” przez Waszyngton i zapewnieniu, że poprawa stosunków USA z Rosją „nie odbywa się kosztem Tbilisi”. Sekretarz stanu stwarzała przy tym wrażenie kompletnie nie zorientowanej w sytuacji całego regionu po cenzurze roku 2008. Bardzo trafnie zdefiniował ją gruziński minister stanu ds. reintegracji Temur Iakobaszwili, który rosyjskie rakiety obrony powietrznej S-300 rozmieszczone w Abchazjinazwał "zmianą równowagi sił w regionie". Co ciekawe wtórował mu prezydent Medwiediew, który podczas wizyty w Armenii stwierdził, że „misją Rosji jako największego i najpotężniejszego państwa w regionie (...) jest zapewnienie pokoju i porządku na Kaukazie.”
Arbitraż to kolejna po monopolizowaniu systemu bezpieczeństwa skuteczna i atrakcyjna wizerunkowo forma dominacji rosyjskiej nad regionem. Trzeba pamiętać, że jego polem działania jest konflikt, który nawet w sytuacji próżni należy wzniecić. Rosja jest tlenem, który starannie podsyca kaukaski kocioł bałkański i sprawuje pieczę nad nie uznawanymi przez ONZ obszarami separatystycznymi, których Kaukaz staje się prawdziwą wylęgarnią (Abchazja, Osetia, Górski Karabach). Przykładem nowego rozdania w geopolitycznej układance Kremla może, być patronat Medwiediewa nad porozumieniem podpisanym w 2008 roku przez Armenię i Azerbejdżan w spawie rozpoczęcia rozmów dotyczących ciążącego w stronę Armenii Górskiego Karabachu. Mediacyjny charakter dominacji rosyjskiej w pełni uwidoczni się zapewne po zakończeniu ostatniej, drugiej kadencji przez prezydenta Saakaszwilego. Będzie to okres, w którym zostaną podjęte próby narzucenia rosyjskich interesów Gruzji- kluczowemu państwu na południowym Kaukazie.
Bardzo ciekawie w kontekście nadchodzących informacji z Bliskiego Wschodu wygląda moja rozmowa z izraelskim dziennikarzem Eli Barburem. Brytyjski dziennik Financial Times podał, że prezydent Barack Obama osobiście ostrzegł premiera Turcji Erdogana, że stanowisko Ankary w sprawie Iranu i Izraela może zmniejszyć jej szanse na otrzymanie uzbrojenia od Amerykanów. Czy w tym przypadku decyzja USA to echo oskarżeń pod adresem Turcji dotyczących rzekomego mordowania Kurdów za pomocą broni chemicznej? W końcu cytując przedstawiciela władz amerykańskich decyzja Obamy "oznacza, że trudniej będzie, aby w Kongresie przeszły pewne kwestie, o jakie zwróciła się do nas Turcja, jak na przykład dotyczące dostarczenia uzbrojenia do walki z PKK [partia Kurdów]". A może jak twierdzi Eli Barbur chodzi o znikome znaczenie Turcji w ramach NATO?
Piotr Maciążek: Nazywa Pan rządy Erdogana „islamskim reżimem”. To ciekawy punkt widzenia. W Polsce sporo się mówi o reislamizacji Turcji, ale takie określenie to dla mnie novum. Wątpię żeby proces [dotyczący używania broni chemicznej przeciw Kurdom] podważył prawomocność rządów Erdogana. On posiada niezbędną legitymizację swoich rządów dodatkowo wzmocnioną słabnącą rolą armii tureckiej. Międzynarodowe śledztwo w sprawie mordu na Kurdach przyniesie Turcji tyle konsekwencji ile poniósł Izrael w sprawie "flotylli wolności". Bez względu na ocenę obu zdarzeń i Izrael i Turcja posiadają zbyt mocną pozycję polityczną, by ponieść karę za swoje działania. "Ankara zaczęła bruździć na Bliskim Wschodzie" [cytuję Eli Barbura], bo Turcja oficjalnie dąży do uzyskania statusu mocarstwa regionalnego i głównego rozgrywającego na Bliskim Wschodzie. Robiłaby to nawet, gdyby posiadała "świecki" rząd.
Eli Barbur: Nie wiem, co by robiła i Pan też tego wiedzieć nie może. Historia uczy, że istnieje coś takiego, jak wypadkowa między obiektywną sytuacją, a postaciami politycznymi w danym momencie występującymi. Erdogan jest postacią szkodliwą z punktu widzenia interesów zachodnich i dlatego znajdzie się na niego bat.
Kolejna wizyta Angeli Merkel w Turcji nie przybliża obu krajów do rozwiązania wspólnych problemów. Rozbieżności jest wiele a płaszczyzn porozumienia nie widać.
Głównym tematem poniedziałkowych i wtorkowych (29-30.03) rozmów były kwestie mniejszości tureckiej oraz osób pochodzenia tureckiego mieszkających w RFN. W zaprezentowanym jeszcze przed wizytą wideo-przesłaniu Merkel podkreśliła jak ważne jest podnoszenie kwalifikacji imigrantów, a absolutnym minimum jest znajomość przez nich języka niemieckiego. Wydawałoby się, iż jest to swego rodzaju „oczywistość" jednak w Turcji odezwały się ostre głosy krytyki mówiące o niemieckiej polityce asymilacyjnej wobec obcokrajowców.
Kanclerz w zasadzie nie przyniosła do Ankary żadnych nowych ani zachęcających propozycji. Owszem opowiedziała się za możliwością powstania dwujęzycznych szkół w Niemczech jednak podkreśliła, iż wysuwane żądania tureckiego premiera Erdogana by tworzyć w RFN tureckie gimnazja są nieuzasadnione. We wszystkich innych problemach dialog niemiecko-turecki przypomina bardziej wygłaszanie oświadczeń niż próbę dojścia do wspólnego rozwiązania.
Na szczególną uwagę zasługują w tym kontekście dwa zagadnienia. Pierwsze odnosi się do unijnych aspiracji Turcji. Niemiecka chrześcijańska demokracja wraz ze swoją przewodniczącą Merkel, promują już od dłuższego czasu „uprzywilejowane partnerstwo" dla tego kraju zamiast pełnego członkowstwa w UE. Połowiczna akcesja proponowana przez CDU i CSU natrafia rzecz jasna na zdecydowany sprzeciw strony tureckiej. Również wśród niemieckich socjaldemokratów i Zielonych (których jeden z przewodniczących jest pochodzenia tureckiego) opowiadają się za przełomem w negocjacjach i przyspieszeniem wejścia Ankary do UE.
Drugim problemem istotnym z punktu widzenia Niemiec a także stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ (RB) jest kwestia programu nuklearnego Iranu. Turcja jest łącznikiem między światem islamu, z którym ma bardzo dobre relacje a państwami zachodnimi, które w wielu wypadkach mają rozbieżne zdanie m.in. na zagadnienie bezpieczeństwa międzynarodowego. Merkel zależało podczas wizyty, by przekonać Erdogana do sankcji wobec Iranu, gdy ten nie zacznie współpracować z IAEA (Międzynarodową Agencją Energii Atomowej). Turecki premier w wywiadzie dla tygodnika Der Spiegel (13/2010) prezentuje jednak zupełnie odmienne stanowisko niż większość stałych członków RB. Opowiada się za tym, by żadne państwo nie posiadało w regionie broni atomowej. Ostrze tej wypowiedzi jest skierowane bezpośrednio w stronę Izraela i pokazuje odmienne postrzeganie źródeł zagrożenia. Kanclerz nie udało się przybliżyć stanowisk obu krajów w tej sprawie, co było szczególnie ważne uwzględniając fakt, iż Turcja jest obecnie niestałym członkiem RB.
Podsumowując wizytę można stwierdzić, iż o żadnym przełomie mowy być nie może, ale również chyba nikt się go specjalnie nie spodziewał. Niemcy wraz z UE powinny zastanowić się nad strategią swojej polityki wobec Ankary. Kuszenie Turcji członkowstwem w UE trwa już bez mała pięćdziesiąt lat i nic nie wskazuje na to by miało w najbliższym czasie ulec zmianie. Również polityka RFN nie wydaje się mieć zbyt wielu pomysłów jak wykorzystać potencjał dwumilionowej społeczności tureckiej żyjącej w Niemczech do przybliżania się obu partnerów.
To że istnieje antysemityzm wiedziałem i gardziłem tym, ale to że istnieje antyarmenizm[1] dowiedziałem się dopiero jakiś czas temu kiedy nieszczęśliwym (a może i szczęśliwym) trafem przeczytałem artykuł Pana J. Włosowicza pt. „ASALA - ormiański terroryzm w kontekście historycznym oraz jako współczesna groźba" z dnia 24 kwietnia 2009 r. na „Portalu Spraw Zagranicznych"[2]. W wielkim skrócie można powiedzieć, że był to artykuł również nt. Genocydu Ormian w Turcji. Autor, opierając się raczej na źródłach tureckich określa ludobójstwo[3] (masakra 1 500 000 Ormian w Turcji w 1915 roku) jako nie ludobójstwo a ... nawet jako ludobójstwo. Przyznam, że był to również imponujący wysiłek na rzecz udowodnienia zasadniczej tezy, że ASALA[4], jako objaw terroryzmu ormiańskiego, jest współczesnym zagrożeniem a ... nawet nie jest nim! Teza ta była postawiona już w tytule a dalej autor próbował cały materiał merytoryczny dostosować do wstępnego założenia. Jednak na końcu, dziwnym trafem, konkluzja Pana J. Włosowicza była następująca: „o ile przyjęcie założenia o braku racjonalności terrorystów prowadzi nas do pozytywnej odpowiedzi na pytanie o istnienie realnej groźby powrotu ormiańskiego terroru, o tyle racjonalność ASALA wskazywałaby na trwały charakter zawieszenia broni"[5]. Cóż ja, Polak ormiańskiego pochodzenia powiem? Co bym nie powiedział Pan Włosowicz moje słowa ubierze w odpowiednie barwy emocjonalno - narodowościowe, bowiem on ma tylko swoją (a nie historyczną) prawdę. W sumie czytając artykuł długo się męczyłem, czy ASALA zaatakuje czy nie? Czy mam zbudować schron antyatomowy dla Turków czy nie? I tak ... po kolei.