„O Trojo, Trojo/ archeolog/ przez palce twój przesypie popiół/ a pożar większy od Iliady/ na siedem strón” Zbigniew Herbert
Nie tak dawno temu poruszałem temat narodzin polityki zagranicznej (zobacz tu) oraz narodzin imperializmu (zobacz tu), zjawisk ściśle związanych ze źródłami historycznymi. Podstawowy wachlarz politycznych narzędzi wykracza jednak poza zakres ludzkiej pamięci obrazkowej i piśmienniczej na co zwrócił mi uwagę Pan Piotr Ostromecki, który napisał, że:
„Historia państwa a za tym dyplomacji, wojen i innych atrakcji mu towarzyszących jest dużo starsza niż źródła które do dziś ocalały i na które się Pan powołuje”
Żeby zrozumieć, jak bardzo Afganistan, państwo pozbawione ważniejszych surowców naturalnych, o ograniczonym potencjale strategicznym angażuje siły Stanów Zjednoczonych przyjrzyjmy się paru faktom: działania zbrojne 7 września 2001 roku, tak więc amerykańskie wojska siedzą w Afganistanie już 8 lat. Interwencja sowiecka trwała dłużej, bo całką dekadę; nie zanosi się jednak na to, by w ciągu dwóch lat sytuacja w tym rejonie uspokoiła się na tyle, by możliwe było wycofanie albo chociaż drastyczne zmniejszenie stanu wojsk lub zmiana charakteru ich misji. Na terenie Afganistanu znajduje się obecnie 80 tys. amerykańskich żołnierzy, bądź to pod komendą ISAF, bądź jako samodzielne siły. Liczba wszystkich żołnierzy NATO osiąga stan ponad 100 tysięcy, zbliżają się do rozmiarów interwencji Armii Czerwonej.
Już trochę opadły emocje z powodu uchwały Sejmu RP upamiętniającej 17 września 1939 r. - z okazji 70-lecia napaści Armii sowieckiej na Polskę. Choć tu i tam jeszcze pojawia się jakiś polityk, który niezadowolony zaciąga nosem, ale to już „drobnica".
W gruncie rzeczy cała Rosja była (i jeszcze trochę jest) oburzona, że Polska porównała faszystowskie Niemcy z Rosją sowiecką. Rosjan w pewnym sensie nawet rozumiem, bo kto by się nie oburzył, gdyby był od niemowlaka wychowany w duchu wyjątkowości, krystalicznej czystości i uczciwości czerwonoarmistów? Woja Ojczyźniana (czyli II woja światowa) dla Rosjan była, jest i będzie wydarzeniem nadzwyczajnym i niemalże najistotniejszym w dziejach ludzkości. Tyle z perspektywy szarego patrioty.
Ale ... mimo to w żaden sposób nie rozumiem tzw. rosyjskich elit politycznych. Czy rzeczywiście sądzą, że samo negowanie faktu agresji wyeliminuje problem? Czy rzeczywiście są tacy naiwni? A może są przekonani, że własne przekonania mogą przekonywać innych, że Armia Czerwona rzeczywiście przyniosła wyzwolenie? Nie wiem, ale uważnie obserwując rosyjskie media i wypowiedzi polityków, zauważyłem, że w sumie jedynie dwa słowa (faszyzm i ludobójstwo) spowodowały zdziwienie, konsternację a potem piekielną wściekłość polityków Rosji. Wyglądało to jak trzęsienie ziemi w oceanie, co powoduje potem tsunami - jak ktoś śmie porównywać faszyzm z komunizmem? I wtedy kompletnie straciłem orientację w rzeczywistości ... historycznej: dlaczego drodzy Rosjanie obruszają się na Polskę? Przecież to nie my pierwsi nazwaliśmy władzę sowiecką mianem faszyzmu czy też bolszewików- ludobójcami. Uprzejmie służę faktem historycznym (a nie histerycznym, jak lubią niektórzy politycy po obu stronach).
Śmierć kapitana Ambrozińskiego sprowokowała rząd do zastanowienia się nad dotychczasową polityką cięć budżetowych w MON. Wizyta premiera w Święto Wojska Polskiego w bazie, w Afganistanie, chyba utwierdziła Donalda Tuska, że pomimo, że nie grozi nam obecnie obca inwazja, to na armii oszczędzać nie można.
W dzisiejszych czasach wojsko jest, a raczej powinno być postrzegane jako instrument polityki zagranicznej. Nasza obecność w Afganistanie służy właśnie osiąganiu celów polityce zagranicznej. Takie działania często nazywane dyplomacją wojskową mogą nie tylko podnieść nasze znaczenie jako wiarygodnego sojusznika, któremu za jego zaangażowanie w razie potrzeby też się pomoże, lecz także pozwolić na uczestniczenie w światowej polityce dużego kalibru.
Celem procesu profesjonalizacji polskiej armii jest mobilne, dobrze wyszkolone i świetnie wyposażone wojsko, które nie tylko będzie stanie obronić nas przed ewentualnym atakiem, lecz także zdolne do efektywnego działania w ramach korpusów ekspedycyjnych. Ale tego nie da się zrobić za 5 złotych.
Nasze zobowiązania natowskie przewidują, że Polska powinna utrzymywać na misjach zagranicznych 8 procent swoich wszystkich żołnierzy, czyli ok. 8 tysięcy, a obecnie jest ok. 3 800 i będzie jeszcze mniej z powodu wycofania się z kilku misji (m.in. w Czadzie czy Libanie). Zwiększanie naszego zaangażowania w takich operacjach jest więc poniekąd naszym obowiązkiem. Jednak udział Polaków w poszczególnych misjach nie może być przypadkowy. Priorytetem powinny być operacje przede wszystkim pod flagą najsilniejszych organizacji, czyli NATO i Unii Europejskiej. W tym właśnie kierunku poszły działania rządu, który przyjął strategie o ich nadrzędności nad pozostałymi misjami.
Radhika Coomaraswamy, od kwietnia 2006 r. zastępczyni sekretarza generalnego ONZ, przedstawiła ostatnio raport, potwierdzający wiele wcześniejszych doniesień o zbrodniach izraelskiej soldateski. Rzecz jasna, został on skrytykowany przez ambasadora Izraela w ONZ Leszno Jara, który mówi o „demonizowaniu Izraela”.
Przejeżdżając przez bogate dzielnice Dakki (np. Gulshan) lub oglądając miejscową telewizję ciężko uwierzyć, że znajdujemy się w jednym z najbiedniejszych krajów na świecie. Zagraniczne firm, eleganckie restauracje, zadbane ulice, kolorowe reklamy i teledyski nie różnią się zbytnio od tego co można oglądać w innych miastach świata. Wystarczy jednak wyłączyć telewizor i wyjść poza Gulshan by odkryć fascynujący i (niestety) przygnębiający obraz codziennego życia w Bangladeszu.
Rozpoczynając od ulic wypełnionych rachitycznymi straganami, znajdujących się w stanie permanentnego niedokończenia budynków, poprzez chaos wypełnionej rikszami ulicy po nadbrzeże czarnej od ścieków rzeki wypełnionej setką małych łódek, szybko zdajemy sobie sprawę, że informacje o biedzie tego kraju nie są bynajmniej przesadzone. Szczególnie smutny jest widok żebrzących dzieci, które często śpią praktycznie na gołej ziemi. Na każdym większym skrzyżowaniu w Dace można spotkać dzieci, które mogłyby być bohaterami filmu Slumdog. Najmłodsze sprzedają popcorn, kwiaty i żebrzą. Nieco starsze zaczynają już ciężką pracę jako czyściciele butów, pomocnicy budowlani, robotnicy w fabrykach. Mimo tego, że w ostatnich latach sytuacja w zakresie edukacji dzieci (zarówno chłopców jak i dziewczynek) znacznie się poprawiła, nadal pozostawia ogromne pole do poprawy.