Jan Pawelec: Europa tchórzy
-
Jan Pawelec
Rosyjska operacja „przywracania pokoju” w Osetii Płd. zamieniła się w regularną akcję wojskową na terytorium suwerennej Gruzji. Początki tego konfliktu nie są tak oczywiste, jak chciałyby tego walczące strony. Jak pisze James Traub w dzisiejszym wydaniu International Herald Tribune, zachodni dyplomaci wciąż nie potrafią dociec, co było bezpośrednim powodem wybuchu walk. To nie znaczy jednak, że wojny nie dało się przewidzieć.
O „zamrożonym konflikcie” na Kaukazie wie każdy student stosunków międzynarodowych, powinni zaś wiedzieć pracownicy wydziałów politycznych w każdym z europejskich ministerstw. Ci ostatni powinni zaś mieć w szufladach koperty z nagłówkiem „Plan B” na wypadek, gdyby standardowa akcja dyplomatyczna okazała się niewystarczająca. Jednakże Europejczycy od dawna nie opracowują już „Planów B”. Co uderza w wypadku Gruzji, to niezdecydowana i słaba reakcja Europy na to, co dzieje się na jej terytorium.
Przyzwyczailiśmy się już do tego, aby być upokarzanym na każdym kroku. Gdy jeszcze niedawno Michaił Saakaszwili powoływał się na zachodnie poparcie dla wewnętrznej polityki gruzińskiej, Władimir Putin wskazał mu, gdzie takie poparcie może sobie włożyć. Woleliśmy tego nie słyszeć, po cichu przekonując Gruzinów by zachowali cierpliwość wobec zaczepek Kremla i niepotrzebnie nie eskalowali konfliktu. Gdy wojna trwa już w najlepsze, lotnisko w Tbilisi zostaje zbombardowane przez lotnictwo rosyjskie na krótko przez przylotem francuskiego ministra spraw zagranicznych. Niedługo później, Bernard Kouchner, wizytując wraz z prezydentem Saakaszwilim jedno z miejsc objętych działaniami zbrojnymi na terytorium Gruzji, musi kryć się w ramionach swoich ochroniarzy przed nadlatującym śmigłowcem rosyjskiej armii.
Problem nie tyle w tym, że, jak pisze Andrew Wilson, nie dostrzegaliśmy tlącego się lontu prowadzącego do beczki o nazwie Kaukaz. Problem w tym, że nigdy nas to nie obchodziło. Europą rządzą nieodpowiedzialni marzyciele, których rosyjska artyleria ledwo zdołała ruszyć z leżaków nad Morzem Śródziemnym. Niemieccy dyplomaci, zanim dostrzegli błąd w rozumowaniu i przystąpili do działania, ograniczyli się do sugestii, że Gruzini nie powinni byli podskakiwać większemu sąsiadowi. Minister spraw zagranicznych Włoch wydusił zaś, że w jednym musi się z Władimirem Putinem zgodzić – nie może być wspólnego frontu antyrosyjskiego w Europie. I to w momencie, gdy gruzińskie wołanie o rozejm zagłuszały rosyjskie bomby spadające na Gori. Trudno o większą polityczną głupotę.
Europa nie posiada jednak lotniskowca, który mogła by wysłać nad brzegi Batumi i przyhamować zwycięski pochód rosyjskiej floty. Nie posiada też autorytetu, który mogłaby rzucić na szalę w obronie swojego terytorium. Nie dostrzega, iż oprócz twardej rozgrywki o rosyjskie interesy, w Moskwie prowadzona jest cicha wojna o wpływy między premierem i prezydentem, w którą można się politycznie zaangażować, apelując do rosyjskiej głowy państwa o rozsądek oraz oferując wsparcie. Zamiast tego, gdy Rosjanie i Gruzini wypróżnią już magazynki przygotowane na tę okazję – miejmy nadzieję, że nad Tbilisi nadal powiewać będzie gruzińska flaga – Europa tchórzy i kramarzy, Chamberlainów i Schröderów, zbierze się na kolejnej Radzie Europejskiej, by porozmawiać o wygięciu europejskiego banana. Ciekawe co musi się zdarzyć, aby doszło do nas, „ostatnich ludzi”, że świat nie wygląda jak klimatyzowane korytarze Parlamentu Europejskiego?


Jak Andaluzja stała się prawicowa
Pragmatyzm wygrywa w amerykańsko-chińskich relacjach
Trudne zadanie Rumena Radewa
Péter Magyar wzbudza pierwsze kontrowersje