|
Popularność Sarah Palin spowodowała, że sztab Demokratów oblał zimny pot. Aby pani gubernator nie wyrosła na nowego Obamę – bożyszcze tłumów, na światło dzienne wywlekane są wszystkie jej możliwe uchybienia. REKLAMA
To dobrze, że media pełnią rolę watchdogs, czyli stróżów prawa, moralności i nadużyć władzy. Jednak funkcja kontrolna mediów staje się własną parodią, gdy biografię jednego kandydata bada się pod mikroskopem, przymykając oko na białe plamy i czarne dziury w życiorysie kandydata z drugiej strony sceny politycznej. Barack Obama jest pupilkiem mediów – to wiadomo od dawna. Media amerykańskie – w odróżnieniu od europejskich, nawet nie próbują udawać, że są bezstronne. To uczciwe postawienie sprawy. Jednak nie zwalnia to ich od krytycznego spojrzenia na swojego kandydata. Obama może bowiem liczyć na taryfę ulgową. Afera z pastorem Jeremiahem Wrightem – apostołem czarnej teologii wyzwolenia – nie wykończyła politycznie senatora z Chicago m.in. właśnie dzięki popierającym go mediom. Dorzucić do tego należy wpływowych, niezależnych blogerów – których siła oddziaływania na dyskurs polityczny jest w USA bezprecedensowa, a także „zwykłych” internautów, o wiele wcześniej połączonych w pro-Obamowskich serwisach społecznościowych. Oczywiście, „New York Times” czy „Washington Post” prezentują najwyższe standardy rzetelności dziennikarskiej, ale głównie w tekstach informacyjnych. Dział publicystyki to wolnoamerykanka. I znowu – to dobrze, że tak jest: wolność słowa i opinii to jedne z najważniejszych konstytucyjnych wolności. Jednak każda, nawet najradykalniejsza i niewyważona opinia wydrukowana w elitarnym dzienniku jest automatycznie przez ten dziennik uprawomocniana i nobilitowana. Stąd już blisko do nadużyć. Ileż bowiem można atakować prezydenta Busha? Demokraci w kółko powtarzają, że wybór McCaina to tak naprawdę trzecia kadencja Busha. Sami jednak w to nie wierzą i nie wierzą także wyborcy. John McCain, choć przez pewien okres – tuż po uzyskaniu partyjnej nominacji – spuścił nieco z tonu, przez lata postrzegany był jako outsider republikańskiej koterii i ostry krytyk nadużyć administracji Busha. Wprawdzie Goebbels powiedział kiedyś, że kłamstwo powtórzone sto razy staje się prawdą, ale wtedy jeszcze propaganda polityczna była przekazem jednokierunkowym, a sprzężenie zwrotne nie istniało. Barack Obama zyskał poparcie zwykłych Amerykanów przede wszystkim przez to, że jest „jednym z nich”. Chłopakiem znikąd, któremu spełnił się amerykański sen. Natomiast zaściankowość Sarah Palin wytykana jest jako najgorszy grzech. Inne jej przestępstwa: nieletnia córka w ciąży, obsadzanie stanowisk znajomymi i bezlitosne potraktowanie byłego szwagra. Dodatkowo: mąż zatrzymany za jazdę po pijaku, były członek partii walczącej o autonomię Alaski, a także świeżo wyrobiony paszport i brak zorientowania w sprawach zagranicznych. I najświeższe przewinienie: wykorzystywanie prywatnej skrzynki e-mailowej do spraw służbowych. Wszystko prawda. Jednak podkreślając te wady, grzechy i uchybienia w kontekście braku kompetencji Sarah Palin do zajęcia drugiego najważniejszego stanowiska w kraju, trzeba przypatrzeć się kandydatowi do stanowiska numer jeden. Matka Baracka Obamy, gdy go urodziła, była starsza zaledwie o rok od Bristol Palin. Nie rozwiodła się jeszcze z drugim, indonezyjskim mężem, gdy wdała się w krótkotrwały, kilkutygodniowy, powtórny związek z Barackiem seniorem podczas jego odwiedzin na Hawajach. W tym samym czasie Obama starszy miał w Kenii dwie żony. Z jedną, białą Amerykanką, wychowywał dwoje dzieci z małżeństwa numer jeden. Kenijską żonę odwiedzał „od czasu do czasu”, w efekcie czego powiła dwoje dzieci mniej więcej w tym samym czasie, gdy biała żona. Z punktu widzenia kultury i tradycji afrykańskiej – nie ma skandalu. Jednak purytańskim (mimo wszystko – patrz: reakcja na ciążę Bristol Palin) Amerykanom raczej by się to nie spodobało. Zwłaszcza, że nie przywiązują wagi i nie starają się pojąć zjawiska kulturowej odrębności. Obama przyznał też, że w młodości palił marihuanę i – w przeciwieństwie do Billa Clintona – nawet się zaciągał. Dodatkowo: eksperymentował z kokainą. Wśród znajomych ma wielu radykalnych czarnych działaczy, zwolenników Czarnego Islamu i Malcolma X. Pastor Wright jawił się przy nich jako anioł łagodności i wyważenia. Michelle Obama, zanim zabrali się za nią specjaliści od wizerunku, wydawała się znacznie bardziej apodyktyczna i skłonna do rządzenia z tylnego siedzenia, niż Hillary Clinton w 1992 roku. Doświadczenie w sprawach międzynarodowych, a raczej jego brak, było główną piętą achillesową Baracka Obamy. Aż tu nagle zjawia się jeszcze większa nuworyszka w polityce międzynarodowej! Iście dar z niebios! Sztab Baracka Obamy boi się Sarah Palin, bo jest ona zbyt podobna do samego Obamy sprzed roku. Właśnie ów strach spowodował, że nagle głównym obiektem ataków samego kandydata Demokratów przestał być John McCain, a stała się pani gubernator z Alaski. Przez ostatnie tygodnie można było odnieść wrażenie, że to Palin, a nie McCain, startuje na prezydenta. W najlepszym wypadku Republikanie byli przedstawiani jako dwugłowa hydra, co odbiło się na korzystnych dla prawicy wynikach sondaży. Chyba jednak w końcu Barack Obama przemyślał swoją strategię i przestał atakować Palin, skupiając się z powrotem na McCainie. Kryzys na Wall Street tylko mu to ułatwił. Za krytykowanie Sarah Palin wziął się tymczasem Joe Biden. Kandydat na wiceprezydenta z ramienia Demokratów jest przy Republikance zupełnie bezbarwny. Nie udały się też próby „ponownego przedstawienia” Bidena wyborcom. Senator z Delaware popełnia bowiem gafy na prawo i lewo – z ostatnią, sławną konstatacją, że w obliczu kryzysu gospodarczego ewentualna podwyżka podatków będzie tylko spłaceniem „patriotycznego długu” przez Amerykanów. I chociaż nazywanie Palin „wiązanką kłaków” wzbudza w zwolennikach Demokratów entuzjazm na wiecach, to po powrocie do domu wyborcy bardziej martwią się stanem swoich portfeli. Barack Obama jest na dobrej drodze, by wygrać wybory. Musi dać sobie jednak spokój z atakowaniem Sarah Palin jako równorzędnej konkurentki i skupić się na planach gospodarczych. Na własnym przykładzie mógł zaobserwować, że entuzjazm wyborców ma też swoje granice i gdy pojawi się nowy idol – stary może odejść w cień. Utrzymać się cztery lata bez przerwy na pierwszym miejscu list przebojów nie udało się nawet Madonnie. |