Inwestea Konsultea Wschod24 Afryka24 Pe24
Filip Topolewski: W Detroit polityka zwyciężyła z ekonomią Drukuj Email
( 6 głosów)




Filip Topolewski   
07.12.2008.
Nie ma żadnego ekonomicznego powodu by amerykańscy podatnicy udzielili pomocy swoim koncernom samochodowym. Co więcej, udzielenie takiego wsparcia nie tylko nie rozwiąże problemów upadających koncernów z Detroit, ale spowoduje szerokie reperkusje na całym świecie.
REKLAMA

Według ostatnich ciągle rosnących szacunków producenci samochodów potrzebują by przeżyć 34 miliardów dolarów pomocy od państwa. Tak potężne zaburzenie konkurencji na największym samochodowym rynku świata odciśnie się na wynikach pozostałych producentów, stawiając rządy pozostałych państw w trudnej sytuacji.

Dlatego zasadny wydaje się projekt Jose Manuela Barosso zaskarżenia ewentualnego programu pomocowego dla amerykańskich firm samochodowym, ale, ze względu na czasochłonne procedury, nie rozwiąże on problemu. Bezzwłocznie europejscy i azjatyccy producenci zapukają do swoich rządów następnego dnia po przyznaniu pomocy ich amerykańskim konkurentom.

Oczywiście, Amerykanie nie przejmują się tym jak poradzą sobie ze swoimi producentami inne rządy. Ale nawet całkowicie pomijając negatywny wpływ pomocy rządu amerykańskiego na globalny rynek motoryzacyjny, saldo korzyści i strat z pomocy jest zdecydowanie ujemne dla amerykańskiego podatnika.

W pierwszej kolejności należy odrzucić argumenty na rzecz pomocy kierując się zachowaniem miejsc pracy. Wielka trójka z Detroit straszy, że nie udzielenie pomocy doprowadzi do likwidacji trzech milionów miejsc pracy w USA. Jednak tylko w listopadzie amerykańska gospodarka zlikwidowała pół miliona stanowisk pracy, a przez trzy ostatnie miesiące (od września) pracę w Stanach straciło 1,2 miliona osób. Kryzys dotyka wszystkich branż i doprawdy nie ma powodu by ratować akurat branżę samochodową. Wręcz przeciwnie. Liczba miejsc pracy w przemyśle motoryzacyjnym w USA spada już od wielu dziesięcioleci, zatem jeżeli już rząd miałby kierować się tym kryterium, powinien wspierać branże, w których gospodarka amerykańska potrafi zwiększać zatrudnienie i będzie je zwiększać również po kryzysie. Branży motoryzacyjnej nie ma na tej liście.

Drugim argumentem jest podniesienie konkurencyjności amerykańskich producentów samochodów. Zgodnie z tym poglądem dzisiaj zainwestowane przez rząd pieniądze doprowadzą do takich zmian technologicznych w tych firmach, że nie tylko wprowadzą one nowe lepsze i energooszczędne modele samochodów, ale również wyprzedzą konkurencję.

Wizja tyleż ujmująca, co nierealna. Trzeba dużo dobrej woli by w upadających gigantach słynących z paliwochłonnych krążowników szos i wysokich kosztów produkcji dojrzeć nowoczesnych sprinterów pozostawiających w tyle europejską i japońską konkurencję. Konkurencję, która od wielu lat rozwija energooszczędne technologie, a nawet w małych seriach wprowadza je już na rynek (jak choćby Toyota Prius i Honda Civic o napędach hybrydowych). Wiele lat opóźnień w rozwijaniu technologii oraz, co najważniejsze, niekonkurencyjna struktura kosztów każą włożyć takie projekty pomiędzy bajki. Amerykańskie koncerny samochodowe miały bardzo dużo czasu na restrukturyzację. Nie potrafiły polepszyć swojej pozycji konkurencyjnej przez ostatnich dwadzieścia lat i nie uda im się to również dziś, zwłaszcza w tak niesprzyjających okolicznościach.

Dlaczego zatem producenci samochodów najprawdopodobniej dostaną jednak wsparcie rządowe? Dlaczego rozważa się objęcie kosztownym planem pomocowym trzy firmy z branży samochodowej, a nie zrobiono nic by pomóc deweloperom, którzy najsilniej odczuli zapaść na rynku kredytów hipotecznych? To przecież branża nieruchomości zanotowała największy spadek sprzedaży nowych domów od 26 lat, a sprzedaż liczby nowych mieszkań w porównaniu z 2006 rokiem spadła o połowę. Nie trudno sobie wyobrazić, że oznaczało to likwidację setek tysięcy miejsc pracy w budownictwie. Czy ktoś wówczas zastanawiał się nad ratowaniem tych przedsiębiorstw i tych miejsc pracy? Dlaczego nie?

Otóż pomiędzy sytuacją gigantów z Detroit a choćby wspomnianymi deweloperami istnieją decydujące różnice, które sprawiają, że pozbawiona ekonomicznego sensu interwencja staje się przedmiotem poważnej debaty w amerykańskim Kongresie.

Po pierwsze: Związek zawodowy żywi i broni

Interesy pracowników branży samochodowej reprezentowane są przez dobrze zorganizowany związek zawodowy. Związek zawodowy pracowników branży samochodowej United Auto Workers zrzesza prawie pół miliona pracowników zatrudnionych w ponad dwóch tysiącach zakładów. To, z politycznego punktu widzenia, bardzo dużo. Związek nie raz dowiódł swojej skuteczności w walce o polepszenie warunków pracy swoich członków. Nie ma przy tym dzisiaj znaczenia, że sukcesy związku stały się z czasem przyczyną upadku branży. UAW oczywiście poparło Baracka Obamę w wyborach prezydenckich i aktywnie włączyło się w kampanię wyborczą dystrybuując newslettery i finansując wiece. Nietrudno zgadnąć jak prezydent może odwdzięczyć się swoim fanom mając do dyspozycji pieniądze podatników.

Po drugie: Detroit wspiera Demokratów, Demokraci wspierają Detroit

Za przyznaniem pomocy koncernom samochodowym są głównie Demokraci. Nic dziwnego. Wszystkie trzy koncerny mają swoje siedziby w Detroit, stolicy stanu Michigan. O ile upadek amerykańskich koncernów nic nie zmienia dla mieszkańców Teksasu, o tyle dla Michigan oznacza większe bezrobocie i spadek aktywności gospodarczej. Jednak mieszkańcy Detroit wiedzieli na kogo stawiać w wyborach. Michigan głosowało na Demokratów w pięciu ostatnich wyborach prezydenckich i w dziewięciu z ostatnich dziesięciu wyborów do Senatu. Michigan to ósmy najludniejszy stan w USA z 17 głosami elektorskimi w wyborach prezydenckich, dwoma miejscami w senacie i 15 miejscami w Kongresie. Z politycznego punktu widzenia jest o co walczyć. Demokraci uważają pewnie, że nie mogą zawieść swoich wyborców, zwłaszcza w tak ważnym stanie.

Po trzecie: W jedności siła

Trzecią poważną różnicą pomiędzy trzema gigantami samochodowymi a tysiącami mniejszych deweloperów jest koncentracja wysiłków. Samochodowym magnatom łatwiej wypracować wspólne stanowisko i połączyć siły w naciskach na Kongres. Łatwiej mówić jednym głosem do opinii publicznej. Zwłaszcza, gdy od wielu lat jest się jednym z największych klientów na rynku reklamy i public relations. Nie bez znaczenia jest stały udział branży w pracach Kongresu oraz wieloletnie kontakty z kongresmenami. Choć branża motoryzacyjna plasuje się dopiero na 34 miejscu wśród sektorów gospodarki po względem dotacji dla polityków, to według oficjalnych danych trzej producenci z Detroit wpłacili bezpośrednio w ostatnim roku politykom z obu partii ponad dwa miliony dolarów. Jeżeli zbankrutują w przyszłym roku nie wpłacą nic.

Wszystko wskazuje zatem na to, że rząd wykorzysta pieniądze podatników do politycznie wygodnej akcji ratunkowej koncernów motoryzacyjnych. Obama najprawdopodobniej pożyczy potrzebne 34 miliardy dolarów (a pewnie więcej) powiększając deficyt budżetowy. Metoda rozdmuchiwania deficytów budżetowych stosowana obecnie w wielu państwach ratuje dzisiejszą koniunkturę, ale będzie skutkowała podwyższeniem kosztów kredytu w przyszłości. Za wszystko przyjdzie rachunek.

Prawda jest taka, że czas produkcji samochodów w Stanach Zjednoczonych już minął. Dalsza produkcja tego typu w USA jest skrajnie nieopłacalna. Koszty pracy przewyższają 28 dolarów za godzinę. Do tego dochodzą koszty ubezpieczenia zdrowotnego i programy emerytalne przyznane pracownikom w złotych czasach koncernu. W efekcie otrzymujemy koszt prawie 40 dolarów za godzinę. Ponadto, należy pamiętać o tym, że amerykańskie koncerny finansują również programy emerytalne swoich byłych pracowników, obecnie emerytów, które dokładają kolejne obciążenia do, i tak bardzo wysokich, kosztów pracy. Według najbardziej pesymistycznych szacunków całkowite koszty pracy za godzinę pracy jednego pracownika kosztują amerykańskiego producenta samochodów nawet 70 dolarów. Porównajmy to z kosztami pracy w indyjskim Tata Motors (lub chińskim Shanghai Automotive Industry Corp), gdzie wynoszą one około dwóch dolarów za godzinę.

Detroit niegdyś słynęło z produkcji mebli. Dziś, nikt już o tym nie pamięta. Tak jak za kilkanaście lat nikt już nie będzie pamiętał o samochodach. Im wcześniej uświadomią to sobie amerykańscy politycy tym lepiej dla nich i dla branży samochodowej na całym świecie.

Portal Spraw Zagranicznych pełni rolę platformy swobodnej wymiany opinii - powyższy artykuł wyraża jedynie prywatne poglądy autora.

Drukuj Email
 
Powiązane tagi:

Przedsiebiorstwa:  General Motors   Ford   Chrysler  
"Nikt nie będzie pamiętał o przemyśle samochodowym w Detroit"? Rozumiem, że amerykański przemysł zbrojeniowy przestawi się na współpracę z chińskimi partnerami, a następnym samochodem prezydentów USA nie będzie Cadillac, ale TATA. Chyba, że politykom w USA nie jest wszystko jedno czy ich wybrocy jeżdżą samochodami produkowanymi przez własny czy obcy przemysł. WOjskowi mogą się również okazać nieufni. Może to były również argumenty brane pod uwagę przey decuzji o ratowaniu przemysłu? "Prawda jest taka, że czas produkcji samochodów w Stanach Zjednoczonych już minął"? Zestawienie przemysłu Detroit z firmami chińskimi i Tatą jest (moim zdaniem) dość orginalnym pomysłem. O konkurencyjności firm chińskich i Taty najlepiej świadczy ich udział w rynku i europejskim i amerykańskim (pomimo ich przewagi cenowej). Okazuje się, że dwu dolarowe, głodowe pensje pracowników nie zawsze gwarantują sukces. Chyba lepiej zestawić Detroit z Toyotą i firmami koreańskimi, ale wówczas porównanie wypada mniej dramatycznie. Tym bardziej, że Toyota buduje fabryki właśnie w USA. Chciałbym również zauważyć, że poza "paliwochłonnymi krążownikami szos" z których słynie Detroit, General Motors i Ford produkują również samochody typu Ford Ka (w Polsce zresztą), Opel Corsa czy Chevrolet Aveo. Patrzenie na Detroit jedynie przez pryzmat USA to pominięcie faktu, że są to firmy o zasięgu globalnym.
Radek, 2008/12/10 05:32
Dodaj swój komentarz do tego artykułu...
Imię (wymagane)
Komentarz
Zaloguj lub zarejestruj się aby móc dodawać komentarze.

W trakcie nieformalnego spotkania Rady Europejskiej w Brukseli (23.05) przywódcy państw UE nie znaleźli porozumienia w sprawie środków koniecznych do osiągnięcia wzrostu gospodarczego w Europie.
więcej...
Unia Europejska zaskarżyła Argentynę przed Światową Organizacją Handlu (WTO), zarzucając krajowi z Ameryki Południowej stosowanie niedozwolonych ograniczeń w imporcie.
więcej...
Fala kryzysu finansowego, która w 2009 roku przelała się ze Stanów Zjednoczonych na kontynent europejski uderzyła w najsłabsze punkty gospodarek państw Unii Europejskiej, pogarszając sytuację w sektorze bankowym i/lub powodując zadłużenie finansów publicznych ponad progi...
więcej...
 AnalizySystemy polityczne  Imigracja  Cywilizacje  Konflikty  Ekologia  Terroryzm  Polityka zagraniczna  Dyplomacja  Emigracja  Separatyzm  Stosunki międzynarodowe 
 GospodarkaWaluty  Ropa naftowa  Sektor bankowy  Giełdy  Rynek pracy  Nieruchomości  Surowce  Gaz ziemny  Media  Technologie  Przemysł samochodowy 
 OrganizacjeNATO  OBWE  OPEC  ONZ  Al-Kaida  G-20  MFW  WNP  ASEAN  WTO 
 PaństwaNiemcy  Francja  Izrael  USA  Wielka Brytania  Indie  Chiny  Rosja  Irlandia  Ukraina  Turcja  Hiszpania  Brazylia  Iran  Sudan  Włochy  Afganistan  Gruzja  Informacje dla wyjeżdżających 
 Po godzinachRecenzje  Film  Wywiady  Książka 
 RegionyUnia Europejska  Bałkany  Afryka  Bliski Wschód  Daleki Wschód  Kaukaz  Azja  Darfur  Krym  Kaszmir 
 StylSavoir vivre 
 Unia EuropejskaSłownik UE  Komisja  Prezydencja  Strefa Euro  Traktat lizboński  Strefa Schengen  Partnerstwo Wschodnie  Europejska Polityka Sąsiedztwa 
Zaloguj sie
         
     
SERWIS SPECJALNY
Dyplomacja_specjalny