|
Zatrzymujemy na chwilę naszą toyotę na poboczu drogi prowadzącej do Moshi. Spowity kłębami biało-szarych chmur, potężny masyw wulkanu, wznosi się po północnej stronie nieba. Wygląda niczym udekorowana słodkim, białym lukrem wielkanocna baba, a to spływają w dół z jego szczytu jęzory lodowców. Najbardziej chyba majestatyczna góra świata, Kilimandżaro. Zobacz galerię zdjęć z Kilimandżaro REKLAMA
Jeszcze kilka drobnych formalności i nasi tragarze, pod kierunkiem wytrawnego przewodnika, ruszają w górę. Podążamy wolno za nimi. Droga wije się przez zieloną gęstwinę równikowego lasu deszczowego. Jest bardzo gorąco i wilgotno. Stopniowo wznosimy się w górę, a las staje się coraz rzadszy. Wąska ścieżka prowadząca przez gęste krzewy, doprowadza nas do pierwszego schroniska Marangu. Nasz kucharz podaje spóźniony obiad, po którym wyruszamy na krótki spacer do położonego nieopodal jednego z pasożytniczych kraterów, których wiele znajduje się na zboczach tego ogromnego wulkanu. Wstajemy wcześnie rano, pakujemy plecaki i ruszamy w drogę. Już po godzinie wychodzimy z lasu, gdzie przed nami, w porannym słońcu, roztacza się piękna panorama Kibo, z białymi plamami śniegów i lodowców, a bliżej Mawenzi z postrzępionymi, ostrymi iglicami skalnymi. Roślinność przerzedza się, krzewy ustępują wysokim trawom. Po kilku godzinach marszu dostrzegamy z oddali strome dachy drewnianych domków schroniska Horombo. Jesteśmy na wysokości 3800 m. n.p.m. Po zachodzie słońca robi się zimno. We wspólnej jadalni spożywamy kolację, a potem zmęczeni wsuwamy się szybko do ciepłych śpiworów. Sen przychodzi jednak z trudem. Myślami jesteśmy jeszcze wyżej i dalej. Jutro czeka nas najtrudniejszy etap trekingu.  fot. Zdzisław Preisner, Wyższa Szkoła Gospodarki w Bydgoszczy Po obfitym śniadaniu wyruszamy w stronę rozległej równiny pomiędzy Kibo i Mawenzi. Strome podejście wyprowadza na pozbawioną roślinności, pokrytą materiałem wulkanicznym, równinę podszczytową, położoną już powyżej 4000 m. n.p.m. Posuwamy się coraz wolniej, coraz trudniej złapać głęboki oddech, ból głowy nasila się, zmęczenie daje się już bardzo we znaki. Późnym popołudniem przekraczamy próg schroniska Kibo, położonego na znacznej już wysokości, bo 4800 m. n.p.m. W schronisku, w kilku salach, turyści z różnych stron świata. Są Japończycy, duża grupa Niemców, są Francuzi, Anglicy i my, dwóch Polaków. Nasze żołądki buntują się, nie chcą przyjąć posiłku. Jesteśmy osłabieni, mamy trudności z prawidłowym oddychaniem, serce łomocze. Typowe objawy dla opanowującej nas choroby wysokogórskiej. Naszą aklimatyzację przeprowadziliśmy nie najlepiej. Około godz. 20:00 kładziemy się na krótki odpoczynek. Z trudem udaje się zapaść w płytki sen. Nasz przewodnik, około 1:00 w nocy tarmosi nasze śpiwory. Czas wstawać i wyruszać na zbocza Kibo. Czuję się fatalnie, nie mam zupełnie ochoty na opuszczenie śpiwora. Siła woli, a może bardziej ambicja, nie pozwala na rezygnację z próby "ataku szczytowego". Nasi współmieszkańcy przygotowani są już do wymarszu, połykają jeszcze wzmacniające pigułki, popijają gorącą herbatę z termosu. Nakładają ciepłą, wierzchnią odzież, mocne wygodne buty i znikają w ciemnościach. Jesteśmy pełni podziwu, bo wszyscy przekroczyli 60-tkę. Jesteśmy niestety nieco opóźnieni, co jak się potem okaże, mogło decydować o powodzeniu naszej wyprawy. Opuszczamy schronisko i zanurzamy się w otchłań nocy. Jest bardzo zimno, świeci księżyc, poruszamy się więc bez latarek. Krok w krok za przewodnikiem pniemy się w górę. Buty grzęzną w wulkanicznym popiele. Oddychamy ciężko, głowę rozrywa tępy ból, nudności dopełniają reszty, a i nogi coraz słabsze. Bardzo szybko mijamy kilka osób, które rezygnują z dalszych zmagań z górą, a przede wszystkim ze swoją słabością. Około 4:00 księżyc kryje się za Kibo. Jest jeszcze zimniej, od lodowców zrywa się lodowaty, silny wiatr. Brody zamarzają, trudno oddychać, wiatr spycha nas stale w dół. Idziemy jeden za drugim, z przodu przewodnik, my za nim, razem, niczym sześcionoga gąsiennica. Dopada mnie kryzys, nie mogę iść dalej, totalne osłabienie, torsje. Po kilku minutach dochodzę jakoś do siebie, mobilizuję się i ruszamy dalej. Przystajemy co kilka kroków, jest piekielnie zimno, nie można opanować drżenia ciała, ani na chwilę nie można wyrwać się z władczych objęć lodowatego wiatru. Nie ma załomów skalnych, pod którymi można byłoby chociaż na chwilę odetchnąć. Około 5:00 kryzys dosięga Janusza. Teraz on nie może iść dalej. Ja w stanie wcale nie lepszym przystaję na propozycję odwrotu. Jesteśmy na wysokości 5450 m. n.p.m., do Gilman's Point pozostało tylko 200 m. Niestety, góra zwycięża, przegraliśmy, pokonani schodzimy powoli w dół. W grocie Meyera, na wysokości 5150 m n.p.m. chronimy się przed wiatrem, odpoczywamy, czujemy się już lepiej. Obniżenie wysokości jest najlepszym lekarstwem na chorobę wysokościową. Na wschodzie zaczyna się rozjaśniać, krążek czerwonego słońca nieśmiało wyłania się ponad zwartą warstwę chmur. Wstaje dzień nad Afryką. Teraz szybko robi się jasno i ciepło. Patrzymy w stronę krawędzi krateru. Nie dane nam było niestety tam dotrzeć. Może teraz spróbować? Nie, brak na to jakiejkolwiek ochoty. Szybko schodzimy do Horombo. Następnego dnia opuszczamy bramy Parku. Czy zmierzymy się jeszcze kiedyś z tą "piekielną górą"? Zobaczymy. Zobacz galerię zdjęć z Kilimandżaro |