Maciej Konarski: Koniec krucjaty Nkundy
Po niemal pięciu latach dobiegła końca trawiąca Demokratyczną Republikę Kongo rebelia generała Nkundy. Jego zwycięstwa i upadek były spektakularne, lecz właśnie to najlepiej pokazuje że Nkunda był tylko marionetką, którą w odpowiednim momencie zdjęto ze sceny.
Jeszcze miesiąc temu wydawało się, że Laurent Nkunda jest tym który dzieli i rządzi we wschodnim Kongo. W prowincji Północne Kivu stworzył swoje małe prywatne państewko, a każdy kto na poważnie myślał o robieniu politycznych czy gospodarczych interesów w tej części świata nie mógł nie uwzględniać go w swych kalkulacjach. Nkundę uważano za niepokonanego w walce i gdy jego zahartowani w bojach rebelianci ruszyli na stolicę prowincji to tylko jego „dobra wola”, a nie zdemoralizowane wojska rządowe, mogły doprowadzić do wstrzymania ofensywy.
Tak było jednak tylko do 4 stycznia 2009 r., od którego to dnia potęga Nkundy zaczęła się walić jak domek z kart. Osiemnaście dni później opuszczony przez sojuszników i własnych żołnierzy generał był już tylko samotnym uciekinierem, którego aresztowano zaraz po opuszczeniu Demokratycznej Republiki Kongo. Ten szybki, spektakularny i niemal bezkrwawy upadek niewątpliwie może robić wrażenie ale budzi też wiele pytań. Zanim jednak na nie odpowiemy warto zatrzymać się na chwilę nad postacią człowieka, który postawił cały region Wielkich Jezior na krawędzi chaosu.
Człowiek o wielu twarzach
Nawet dla swych zwolenników zbuntowany generał pozostaje człowiekiem pełnym skrajności. Nic w tym zresztą dziwnego gdyż trudno pogodzić żarliwe chrześcijaństwo (jest zielonoświątkowcem) i intelektualne zacięcie Nkudny z brutalnością jego rebeliantów. Jego deklarowaną miłość do narodu z talentem do robienia interesów na kongijskich surowcach. Radykalną retorykę ze zdumiewającą polityczną elastycznością. Cóż, nie da się ukryć że Afryka widziała już niejednego podobnego mu przywódcę.
Droga, która zaprowadziła Nkundę do upadku była długa i kręta. Przyszły generał urodził się w 1967 roku, gdzieś we wschodniej części Demokratycznej Republiki Kongo (wówczas Zair). Studiował psychologię na uniwersytecie Kisangani, przez krótki czas był też nauczycielem. Pozujący chętnie na intelektualistę Nkunda posługuje się biegle czterema językami, w tym angielskim i francuskim. Mimo to okazywał zawsze przywiązanie do rodziny i pasterskich tradycji swego narodu. Ma żonę i szóstkę dzieci (najstarszy syn ma 18 lat), a we wschodnim Kongu, gdzieś na płaskowyżu Masisi, jego rodzina prowadzi farmę i hoduje stada krów.

I właśnie przez pryzmat pochodzenia należy patrzeć na życiową drogę Nkundy. Pochodzi on bowiem z ludu Banyamulenge („Ludzie z gór”), kongijskiego odłamu plemienia Tutsi. Banyamulenge pojawili się we wschodnim Kongo dopiero w XIX wieku, gdy belgijscy kolonizatorzy sprowadzili ich do pracy w tamtejszych kopalniach. Z tego też powodu Banyamulenge zawsze byli traktowani przez pozostałych mieszkańców Konga jako „obcy”, spotykając się z niechęcią i prześladowaniami.
Nie można jednak porównać ich sytuacji z sąsiednią Rwandą, gdzie mniejszość Tutsi była programowo dyskryminowana przez rządzących Hutu. Dziesięciolecia plemiennej nienawiści przyniosły Rwandzie szereg masakr na tle etnicznym, wypędzenie dziesiątek tysięcy Tutsi, a wreszcie wybuch wojny domowej. W sąsiedniej Ugandzie wegetujący w obozach dla uchodźców ruandyjscy Tutsi skrzyknęli się, by przy cichej pomocy tamtejszego prezydenta stworzyć bitną i silną partyzancką armię – Ruandyjski Front Patriotyczny (RPF).
Nkunda nie chciał stać na uboczu tej walki. W 1993 r. porzucił dotychczasowe życie w Zairze i zaciągnął się w szeregi RPF. Wziął następnie udział w wojnie domowej, która wybuchła w 1994 r. po rozpoczęciu słynnego ludobójstwa ruandyjskich Tutsi. Wojna ta przyniosła zwycięstwo RPF i Tutsi, których przywódca Paul Kagame został nowym dyktatorem Rwandy. Nkunda znalazł się w obozie zwycięzców.
Tymczasem w jego rodzinnym Zairze sytuacja komplikowała się coraz bardziej. W wyniku wojny domowej w Rwandzie we wschodnich prowincjach Zairu pojawiły się miliony uchodźców Hutu, wśród których znajdowało się wielu byłych członków dawnej ruandyjskiej armii i bojówek „Interahamwe” - odpowiedzialnych za śmierć 800 tys. ruandyjskich Tutsi. Ich przybycie zachwiało kruchą etniczną równowagą tamtego regionu, zwłaszcza że po pierwszym szoku pokonani Hutu zaczęli organizować partyzancką armię by odzyskać władzę w rodzinnym kraju. Rozpoczęli również, przy poparciu zairskiego rządu, prześladowania kongijskich Tutsi. Mnożyły się mordy i napady, a sam Nkunda stracił wtedy kilku członków swej rodziny. Zairskie władze planowały przy pomocy ruandyjskich Hutu wypędzić wszystkich Banyamulenge.
Ci nie zamierzali jednak dzielić losu swych pobratymców z Rwandy i biernie czekać na rozpoczęcie masakry. We wschodnich prowincjach Zairu wybuchła rebelia, wsparta przez sąsiednie kraje – Rwandę, Ugandę i Burundi - którym zależało zarówno na likwidacji baz Hutu jak i na położeniu łapy na kongijskich surowcach. Do rebelii przyłączyli się wszyscy przeciwnicy zmurszałego reżimu prezydenta Mobutu Sese Seko. Przyłączył się również wyszkolony przez Ruandyjczyków Nkunda, który objął funkcję oficera wywiadu w rebelianckim Sojuszu Sił Demokratycznych na rzecz Wyzwolenia Konga” (AFDL).
W 1996 r. Rząd Mobutu upadł a AFDL przejął władzę. Już dwa lata później nowy prezydent, Laurent-Désiré Kabila, poróżnił się jednak ze swymi ruandyjskimi protektorami i kraj ogarnęła kolejna wojna. Nie ma tu miejsca na opisywanie jej zawiłości – dość powiedzieć, że wzięło w niej udział osiem sąsiednich państw i Bóg jedyny wie ile rebelianckich ugrupowań – zarówno z Konga jaki i spoza jego granic. W którymś momencie załamały się dotychczasowe sojusze i wszyscy walczyli już ze wszystkimi, ku radości międzynarodowych koncernów i handlarzy surowcami bezkarnie grabiących ten bogaty kraj. Kongo spłynęło krwią (liczbę ofiar oblicza się na 5 milionów) i popadło w kompletną ruinę.
Nkunda zapisał w tej historii krwawą kartę. Od początku do końca służył w szeregach „Zjednoczenia dla Kongijskiej Demokracji” (RDC) – ugrupowania sponsorowanego przez Rwandę i złożonego głównie z Banyamulenge. Zdaniem Human Rights Watch Nkunda jako major RCD odpowiada za zamordowanie 160 osób w Kisangani w 2002 roku. Gdy dwóch przedstawicieli sił ONZ próbowało dociec prawdy o masakrze, Nkunda kazał ich porwać i osobiście ciężko pobił.
Zbawiciel czy watażka?
Rok później, gdy „pierwsza afrykańska wojna światowa” została (przynajmniej oficjalnie) zakończona, Nkunda wszedł w skład nowej armii rządowej. W ramach procesu reintegracji dawnych rebeliantów nie szczędzono mu zaszczytów - awansował do rangi pułkownika, a w 2004 roku został generałem. Jednak jeszcze w tym samym roku Nkunda wypowiedział posłuszeństwo prezydentowi Josephowi Kabili (synowi zamordowanego Laurenta-Désiré) i zaczął działać na własny rachunek. Wraz z nim z szeregów armii rządowej zdezerterowało kilka tysięcy ślepo mu lojalnych eks-bojowników RDC.
Nkunda każdy z tych kroków tłumaczył pragnieniem ochrony swych braci Banyamulenge, prześladowanych przez rząd w Kinszasie i wrogo nastawione miejscowe plemiona. Do starych uprzedzeń wobec jego ludu doszły bowiem nowe. Po dekadzie ciągłych wojen Banyamulenge powszechnie uważano w Kongo za „piątą kolumnę” sąsiednich państw (Ugandy, Rwandy i Burundi, w których żyje wielu Tutsi) oraz winowajców wszystkich nieszczęść, jakie spadły na kraj w ciągu ostatnich dziesięciu lat. Co więcej, we wschodnim Kongo wciąż obecni byli bojownicy Hutu z sąsiedniej Rwandy („Demokratyczne Siły Wyzwoleńcze Rwandy” - FDLR). Ci pozbawieni ojczyzny i nie mający nic do stracenia renegaci bezkarnie mordowali, gwałcili i grabili tamtejszych wieśniaków, ze szczególną zajadłością biorąc na cel Banyamulenge.
Na płaskowyżu Masisi przy granicy z Rwandą Nkunda i jego zahartowani w bojach rebelianci utworzyli swoje prywatne państewko, zwane często „Kraina Wulkanów”. Aby nadać swojemu ruchowi bardziej oficjalny charakter Nkunda powołał ruch polityczny - Narodowy Kongres Obrony Ludu (CNDP). Nad jego siedzibą zawisła flaga „Krainy Wulkanów”, funkcjonowała tam nawet rozgłośnia radiowa. Gdy tylko Nkunda czuł, że on lub jego rodacy są zagrożeni – ruszał do ataku.
A każdy jego atak wstrząsał Demokratyczną Republiką Kongo. W 2004 roku Nkunda wkroczył do prowincji Południowe Kivu, a jego bojownicy zajęli jej stolicę – Bukavu – dopuszczając się tam orgii mordów i gwałtów. Zbuntowany generał opuścił miasto dopiero pod naciskiem mediatorów z ONZ. Po demokratycznych (przynajmniej w teorii) wyborach roku 2006 uderzył z kolei w sąsiednim Północnym Kivu, gdzie przed zajęciem stolicy prowincji, Gomy, powstrzymała go jedynie twarda postawa oenzetowskich „błękitnych hełmów”.

W styczniu 2007 rozpoczęły się prowadzone przy ruandyjskiej mediacji rozmowy pokojowe. Nkundzie zaproponowano włączenie jego bojowników w skład armii rządowej, podczas gdy on sam miał się przenieść do RPA, gdzie czekałaby na niego luksusowa willa i 2,5 miliona dolarów. Generał jednak odmówił i walki wybuchły ponownie. Przerwał je dopiero rozejm z 23 stycznia 2008 r., rozejm, zaznaczmy jednak – bardzo umowny. W ciągu ośmiu miesięcy jego obowiązywania obserwatorzy ONZ zanotowali aż 200 incydentów zbrojnych, a z rejonu rzekomo zakończonego konfliktu uciekło ok. 150 tys. cywilów.
Każda z tych kampanii obnażała zupełną słabość kongijskiej armii rządowej, która mimo liczebnej przewagi i cichej pomocy „błękitnych hełmów” nie potrafiła zlikwidować zaledwie kilku tysięcznej (4-6 tys.) armii Nkundy. Na pewno można szukać wytłumaczenia w przewadze jaką zahartowani w wieloletnich bojach rebelianci posiadali nad siłami rządowymi. Klucz wydaje się jednak tkwić w dyscyplinie, którą Nkunda w przeciwieństwie do rządowych generałów potrafił narzucić swym ludziom. W pewnym momencie cywile mogli się często czuć się bezpieczniej na opanowanych przez niego terenach niż tam gdzie stacjonowały jednostki rządowej armii, zainteresowane bardziej pijaństwem, grabieżą i gwałtami niż walką z rebelią. W rezultacie Nkunda stał się rychło bohaterem Banyamulenge.
Na tym wizerunku męża opatrznościowego widnieje jednak kilka plam. Owszem, cywile byli bezpieczni – ale tylko Banyamulenge bądź przedstawiciele plemion niezaangażowanych w konflikt. Los uchodźców Hutu bądź plemion popierających rząd i prorządową milicję Mai-Mai bywał często tragiczny. Nkundę oskarżano ponadto o udział w nielegalnym handlu surowcami naturalnymi, w które obfituje Kivu. Zdaniem wielu sceptyków to właśnie chciwość a nie chęć ochrony Banyamulenge były głównymi przyczynami jego rebelii.
Pod koniec sierpnia 2008 r. Nkunda uderzył z niespotykaną dotąd siłą. Pod pretekstem, iż wojska rządowe współpracują z partyzantami Hutu rozpoczął szeroko zakrojoną ofensywę w prowincji Północne Kivu. Jego rebelianci odnieśli serię zwycięstw nad zdemoralizowaną armią rządową i podeszli pod bramy stolicy prowincji, Gomy. W całym regionie doszło do humanitarnej katastrofy, gdy z rejonu walk uciekło blisko 250 tys. ludzi (zwiększyło to liczbę uchodźców w Kivu do blisko 1,2 miliona), którzy woleli wybrać wegetację w buszu lub obozach dla uchodźców niż stać się ofiarą gwałtów i mordów jakich dopuszczały się wszystkie strony konfliktu. Stacjonujące w Kivu siły pokojowe ONZ (MONUC) bezsilnie przyglądały się z boku tym dantejskim scenom. Kongo ponownie stanęło na skraju chaosu, a sam Nkunda zaczął zapowiadać, że jego celem jest już nie tyle obrona Banyamulenge, co „wyzwolenie mieszkańców Kongo” i zdobycie władzy w całym kraju, którego rząd „sprzedał się Chińczykom” i „współpracuje z kryminalistami”.
Ofensywa Nkundy spowodowała międzynarodowy kryzys. Kongijczycy oskarżyli Rwandę o wspieranie swego dawnego pupilka i poprosili sojuszniczą Angolę o pomoc. Świadkowie donosili, że w szeregach Nkundy walczą żołnierze ruandyjskiej armii, a Gomie dostrzeżono komandosów z Angoli. Społeczność międzynarodowa zaczęła się poważnie obawiać, że region Wielkich Jezior może ponownie ogarnąć powszechna wojna.
I w tym krytycznym momencie Nkunda powiedział „stop”. Pod koniec października, gdy jego wojska miały już Gomę na wyciągniecie ręki, zatrzymał ofensywę i niespodziewanie ogłosił jednostronne zawieszenie broni. W Kivu na dwa miesiące zapanował militarny pat, przerywany jedynie starciami rebeliantów Nkundy z członkami prorządowej milicji Mai-Mai (złożonej głównie z członków plemion wrogich wobec Banyamulenge) lub ruandyjskimi rebeliantami Hutu.
Nkundzie trudno w tym wypadku odmówić rozsądku. Próba zdobycia władzy w państwie o wielkości Europy Zachodniej za pomocą kilku tysięcy ludzi byłaby mocno ryzykowna. Ponadto kontynuowanie ofensywy mogłoby wreszcie doprowadzić do międzynarodowej interwencji - czy to w wykonaniu sił pokojowych ONZ lub UE, czy (co bardziej prawdopodobne) sojuszników Kinszasy takich jak Angola. Natomiast zatrzymując zwycięską ofensywę zbuntowany generał potwierdził swą reputację niepokonanego w boju i pokazał światu kto pozostaje głównym rozgrywającym w Kivu. Tak się przynajmniej wtedy mogło wydawać…
Koniec
Upadek Nkundy przyszedł bardzo szybko i niespodziewanie. 4 stycznia 2009 r. BBC opublikowało oświadczenie, w którym oficerowie sztabu Nkundy oskarżyli go o „złe zarządzanie” i „błędy w dowodzeniu” oraz ogłosili zdjęcie generała ze stanowiska głównodowodzącego CNDP. Rozłamowcy nie dość, że wypowiedzieli posłuszeństwo Nkundzie, to dwa tygodnie później oddali się do dyspozycji dowództwa armii rządowej.
Tymczasem w regionie Wielkich Jezior doszło do niespodziewanego odwrócenia sojuszy. 20 stycznia za zgodą rządu w Kinszasie kilka tysięcy ruandyjskich żołnierzy wkroczyło na terytorium Demokratycznej Republiki Kongo. Dwa nieufne wobec siebie i od lat zaciekle zwalczające się państwa połączyły siły w celu likwidacji baz ruandyjskich rebeliantów z plemienia Hutu (FDLR) – tych samych, których obecność na terytorium Konga była przyczyną stałego napięcia na linii Kinszasa-Kigali i dwukrotnie (1996 i 1998) spowodowała ruandyjską inwazję na ten kraj. Tych samych również, których rzekoma współpraca z rządem w Kinszasie była głównym pretekstem rebelii Nkundy…
Gdy kolumny ruandyjskich i kongijskich wojsk skierowały się ku siedzibie Nkundy w Ruthsuru generał znalazł się w krytycznym położeniu. Znaczna część jego oddziałów wypowiedziała mu posłuszeństwo, a w świetle dotychczas głoszonych przez niego haseł podjęcie zbrojnej walki z siłami wysłanymi do rozprawy z Hutu byłoby dla pozostałych kompletnie niezrozumiałe. Nkunda porzuciwszy nadzieję spróbował opuścić Kongo, lecz zaraz po przejściu granicy z Rwandą został aresztowany (22.01.).
Murzyn zrobił swoje?
Trudno przypuszczać by Nkundę obalił wyłącznie samoistny bunt we własnych szeregach. Dlaczego ślepo wierni mu oficerowie po serii zwycięstw mieliby nagle dojść do wniosku, że kiepski z niego przywódca? Skąd ludzie od lat walczący z rządem w Kinszasie mieliby nagle zapragnąć pojednania? Trudno podejrzewać o to zwłaszcza przywódcę rozłamowców - generała Bosco Ntagandę – najbardziej twardogłowego oficera CNDP, odpowiedzialnego za szereg zbrodni w prowincjach Ituri i Kivu. Czy człowiek, który jeszcze w listopadzie nakazał z zimną krwią zamordować blisko 150 cywilów podejrzewanych o współpracę z prorządową milicją mógł nagle po dwóch miesiącach nawrócić się na apostoła pokoju?
Odpowiedź nasuwa się jedna – krucjata Nkundy skończyła się bo przestała być potrzebna swym sponsorom – Ruandyjczykom. Dziwnym bowiem trafem rozłam w szeregach Nkundy na kilka dni przed wizytą szefa sztabu ruandyjskiej armii w Kinszasie, podczas której uzgodniono szczegóły wspólnej operacji przeciw Hutu. Równie mało przypadkowy wydaje się fakt, że upadek Nkundy nastąpił równocześnie z rozpoczęciem tej operacji.

Ruandyjski prezydent Paul Kagame od dawna dążył do pozbycia się rebeliantów Hutu z pogranicza. Można spokojnie założyć, że widząc niechęć bądź niezdolność Kongijczyków do likwidacji baz FDLR Kagame sponsorował rebelię swego dawnego podkomendnego by ten realizował we wschodnim Kongo ruandyjskie interesy. Prawdopodobnie doniesienia Kongijczyków o obecności ruandyjskich żołnierzy i instruktorów w szeregach Nkundy nie były więc jedynie propagandą. To tłumaczyłoby zarówno olbrzymią skuteczność rebeliantów jak i potulność z jaką zgodzili się złożyć broń.
Kinszasa długo zwlekała z pozbyciem się FDLR i dopiero zwycięstwa Nkundy skłoniły kongijski rząd do poważnych rozmów z Ruandyjczykami. Doprowadziwszy do porozumienia w sprawie likwidacji baz Hutu Kagame osiągnął więc swój główny cel. Gdy ruandyjskie wojska znalazły się na terytorium Kongo by dopilnować, że tamtejszy rząd nie będzie jedynie markował rozprawy z Hutu, dalsze wspieranie rebelii Nkundy stało się dla Kagame nie tylko bezcelowe ale i niebezpieczne. Gdyby zbuntowany generał ruszył na Kinszasę region Wielkich Jezior ponownie mógł pogrążyć się w konflikcie na ogromną skalę, co dla ruandyjskiej gospodarki byłoby ogromnym obciążeniem. Co gorsza, próbując kolejny raz obalić rząd sąsiedniego państwa Kagame naraziłby się na międzynarodowy ostracyzm i utratę tak ciężko wypracowanej opinii najbliższego sojusznika Waszyngtonu w tej części Afryki.
Starego sojusznika poświęcono więc na ołtarzu własnych interesów. Cóż, takie są reguły gry…
Afrykańska „karczma narodów”
Dziś do Północnego Kivu zdaje się powoli powracać spokój. Rebelia Nkundy dobiegła końca a jego następcy negocjują teraz warunki integracji z rządową armią. Rozbrajają się prorządowe milicje, a kongijskie i ruandyjskie oddziały ścigają rebeliantów Hutu po dżunglach wschodniego Konga.
Pod tym krzepiącym obrazkiem kryje się jednak szara rzeczywistość. Kolejny już raz kongijski rząd udowodnił, że nie jest w stanie kontrolować własnego terytorium i samodzielnie poskromić panoszących się na pograniczu band. Tak jak bowiem Ruandyjczycy stworzyli Nkundę i pomogli mu postawić Kongo na skraju chaosu tak i dopiero oni doprowadzili do zakończenia jego rebelii. Demokratyczna Republika Kongo – trzeci co do wielkości kraj w Afryce – pozostaje wciąż bardziej przedmiotem niż podmiotem międzynarodowej polityki, bezsilnym i uzależnionym od dobrej lub złej woli obcych państw. Podobnie jak XVIII wieczną Rzeczpospolitą można ją dziś śmiało nazwać „karczmą narodów”.
Z najnowszych wieści wynika tymczasem, że rzekomo aresztowany Nkunda nie przebywa wcale w ruandyjskim więzieniu, lecz cieszy się względną swobodą. Rwanda nie spieszy się z jego ekstradycją, a wielu szeregowych eks-rebeliantów i zgromadzonych w obozach dla uchodźców Banyamulenge wciąż deklaruje głośno przywiązanie do swego idola. Kto wie, może więc jeżeli nowy sojusz okaże się nietrwały to trzymany w rezerwie Nkunda powróci by rozpocząć na nowo swą krucjatę? Albo zastąpi go po prostu kolejna marionetka.
Portal Spraw Zagranicznych pełni rolę platformy swobodnej wymiany opinii - powyższy artykuł wyraża poglądy autora


Jak Andaluzja stała się prawicowa
Pragmatyzm wygrywa w amerykańsko-chińskich relacjach
Trudne zadanie Rumena Radewa
Péter Magyar wzbudza pierwsze kontrowersje