Portal Spraw Zagranicznych psz.pl




Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home Opinie Polityka Andrzej Lubowski: Węzeł afgański

Andrzej Lubowski: Węzeł afgański


17 luty 2009
A A A

 Sample Image

Jeśli zostawić na moment na boku gospodarcze kłopoty Ameryki, i spojrzeć na wyzwania zewnętrzne, na pierwszy plan zdecydowanie wysuwa się Afganistan.

Gdy przybywa kolejne 600 tysięcy bezrobotnych, gdy banki ledwie zipią i przestają pożyczać pieniądze, a żaden zewnętrzny wróg nie puka do granic, wtedy polityka zagraniczna, nawet największego mocarstwa, schodzi w cień. Ale jeśli zostawić na moment na boku gospodarcze kłopoty Ameryki, i spojrzeć na wyzwania zewnętrzne, na pierwszy plan wysuwa się Afganistan.

Ponury obraz

Nigdzie indziej obraz nie jest bardziej ponury. I nigdzie indziej Obama nie stoi w obliczu równie trudnych decyzji. I to szybko. Bo nowa administracja lada moment wyśle tam wiele dodatkowych tysięcy żołnierzy. Decyzje właściwie już zapadły. Dwie brygady mają dotrzeć do Afganistanu w końcu kwietnia. Następna ma wyruszyć w sierpniu. W sumie dodatkowe 30 tysięcy amerykańskich żołnierzy. Razem z pozostałymi wojskami NATO w Afganistanie znajdzie się niemal 90 000 żołnierzy. Za dużo aby pozostać niezauważonym. Za mało, aby zapanować nad sytuacją.  

Jest początek lutego. Na Kapitolu trwają przepychanki w sprawie pakietu stymulacyjnego. Spotykam się z kilkoma emerytowanymi wysokimi urzędnikami poprzednich administracji – demokratycznych i republikańskich, od zastępcy sekretarza stanu wzwyż. Z każdym z osobna.  Wszyscy cieszą się, że wygrał Obama. Wszyscy obawiają się że nowy prezydent wpadnie w afgańską pułapkę. Niepokoi ich rosnące zaangażowanie w Afganistan. Uważają, ze to droga do klęski, że Ameryka ugrzęźnie tam tak jak Rosjanie i podobnie skończy. I że Europa, może z wyjątkiem Anglików  i Polaków, nie ma na to cierpliwości i ochoty. „Więc się będziemy wykrwawiać niemal w pojedynkę. Ku uciesze Moskwy, Pekinu i Teheranu” – mówią.

Od samego początku swej kampanii prezydenckiej, a nawet dużo wcześniej Obama postulował, aby w walce z globalnym terroryzmem skoncentrować wysiłki na Pakistanie i Afganistanie. Jest zatem konsekwentny. Tyle że w międzyczasie czegoś się jednak dowiedzieliśmy. Tego na przykład, że rząd Hamida Karzaja nie kontroluje praktycznie niczego poza Kabulem, traci resztki wiarygodności w kraju i zagranicą... A wysiłki ograniczenia uprawy i handlu opium, który napycha kieszenie zarówno Talibanu jak i przyjaciół Karzaja, przyniosły mizerne rezultaty. Na programy odbudowy Afganistanu poszło od chwili obalenia Talibanu – a do tego wystarczyło kilkuset żołnierzy amerykańskich sił specjalnych – prawie 60 miliardów dolarów, z czego 32 miliardy pokryła Ameryka.

Wojna będzie długa

Sekretarz obrony Robert Gates mówi, że ta wojna będzie długa, a wynik nie jest przesądzony. Jeden z najbardziej doświadczonych amerykańskich dyplomatów, Richard Holbrooke, który kiedyś negocjował z Miloseviczem a potem naciskał Clintona na akcję militarną na Bałkanach, został właśnie specjalnym wysłannikiem do spraw Afganistanu i Pakistanu. Bo nie ma najmniejszych szans na spokój w Afganistanie, dopóki Pakistan jest w stanie permanentnego chaosu, i bazą dla ataków terrorystycznych w Afganistanie i poza nim.

Obecności ani USA ani NATO nie popiera żaden z rządów w tym regionie. Pakistan postrzega większe zaangażowanie wojsk NATO za korzystne dla Indii, bo widzi we władzach w Kabulu sojusznika Delhi. Iran obawia się, że Ameryka użyje Afganistanu jako bazy dla zmiany reżimu w Teheranie.  Chiny, Indie i Rosja mają swoje zastrzeżenia wobec obecności NATO w ich własnych strefach wpływów i nieustannie kalkulują, czy ograniczenie zagrożeń ze strony Al Kaidy i Talibanu jest warte zagrożenia ze strony Ameryki i NATO. A jakby tego było mało, wielu Afgańczyków wierzy, że Waszyngton potajemnie wspiera talibów tylko po to, aby trwała wojna która dostarcza Ameryce pretekstu do pozostania w ich kraju, a tak naprawdę idzie jej o kontrolę nad zasobami energetycznymi Azji Środkowej i obserwowanie z bliska Chin. Z kolei wielu Pakistańczyków uważa, że Ameryka buduje wokół ich kraju koalicję Indii i Afganistanu aby zniszczyć jedyny w świecie muzułmański kraj posiadający broń nuklearną.  W Iranie natomiast popularne jest jeszcze inne wytłumaczenie całego bałaganu: w oczekiwaniu nadejścia Mahdiego Bóg oślepił Wielkiego Szatana – czyli Amerykę-, która wbrew swym interesom, ostatecznie zniszczy dwóch regionalnych rywali Iranu: zdominowany przez sunnitów Afganistan i Irak (gdzie dominacja sunnitów skończyła sie w momencie obalenia Husseina), nieświadomie torując w ten sposób drogę dla triumfu szyitów.

Prawda nie jest zbyt złożona

A prawda jest o wiele mniej skomplikowana, choć nadal nie taka prosta. Po wydarzeniach 11 września 2001 Pakistan został uznany za sojusznika, Iran za wroga, a Irak za główne zagrożenie. Pakistan zyskał monopol na pomoc logistyczną a także w znacznym stopniu na informacje wywiadowcze w kwestii Afganistanu. Ponad 80 procent dostaw dla wojsk amerykańskich w Afganistanie przechodzi przez Pakistan – w opinii wywiadu rosyjskiego połowa jest tam albo rozkradana albo niszczona. Siły bezpieczeństwa Pakistanu, jedyna funkcjonująca w kraju struktura, wierzą, że stoją w obliczu dwóch aliansów – obu wymierzonych przeciwko Pakistanowi. Pierwszy to sojusz USA-Indie-Afganistan, a drugi to sojusz Iran-Rosja. 19 września 2001, kiedy ówczesny prezydent Pakistanu, Pervez Muszarraf zdecydował się poprzeć interwencje Ameryki przeciwko talibom w Afganistanie, uczynił to głównie, co publicznie powiedział, aby USA nie sprzymierzyła się z Indiami. W zamian chciał koncesji na rzecz bezpieczeństwa Pakistanu. Poprosił o czas na stworzenie „umiarkowanego talibańskiego rządu” w Kabulu. To mu się nie udało. Rząd który powstał widzi jako pro-indyjski, a więc z definicji anty-pakistański. W tej sytuacji oczekiwanie na autentyczne wsparcie dla tego rządu ze strony Pakistanu, bez zmiany jego oglądu sytuacji, jest skazane na niepowodzenie.

O co chodzi Ameryce?

Liderzy Talibanu i organizacji z nim współpracujących zadają sobie następujące pytania: jakie cele przyświecają Ameryce i NATO? Czy chodzi o to, aby

- Afganistan nie stał się bazą terroryzmu wymierzonego w Zachód”;
- „zainstalować” przyjazny Zachodowi rząd w Kabulu, czy
- użyć wojny jako pretekstu dla ustanowienia na stałe baz wojskowych?

Wprawdzie sprzeciwiają się oni wielu elementom polityki Ameryki wobec świata muzułmańskiego, ale twierdzą, że są skłonni poprzeć rząd afgański, który nie pozwoli użyć terytorium kraju dla ataków terrorystycznych.  W zamian chcą wycofania obcych wojsk. Brzmi to racjonalnie, ale niekoniecznie realistycznie.  Mało realne, lub wręcz niemożliwe jest, aby w dzisiejszej i dającej się przewidzieć perspektywie ktokolwiek w Afganistanie mógłby dotrzymać takich obietnic. Ale jednocześnie USA powinny rozróżniać i inaczej traktować organizacje muzułmańskie o ambicjach lokalnych lub narodowych od tych, jak Al Kaida, które za cel stawiają sobie atak na Stany Zjednoczone i inne kraje Zachodu.  Traktując je jednakowo Ameryka zachęca do współpracy siły które niewiele ze sobą łączy, a nawet te, które bez obecności obcych wojsk same by się zwalczały.  Dopóki stabilizacja sytuacji w Afganistanie nie będzie dla Kabulu ważniejsza niż rywalizacja z Indiami, a na to się nie zanosi, dopóty trwać będą ataki na Afganistan z terytorium „sojuszniczego” Pakistanu.

Zdaniem moich waszyngtońskich rozmówców do tego, aby Pakistan poczuł się bezpieczniej potrzeba wiele z wielu stron. Przydałaby się do pomoc Chin, sojusznika Pakistanu i potencjalnie największego inwestora w Pakistanie i Afganistanie, czy Arabii Saudyjskiej, kiedyś poplecznika Talibanu. Indie, które maja autentyczne powody dla obecności w Afganistanie, gdzie żyje wielu hinduistów i sikhów, mogłyby uczynić swą działalność na terenie Afganistanu bardziej przejrzystą. Kiedy USA i Afganistan podpisały w 2005 roku deklarację o „partnerstwie strategicznym” Iran dał do zrozumienia, że nie ma nic przeciwko takiemu partnerstwu tak długo, jak długo nie jest ono wymierzone przeciw Iranowi. Pamiętać trzeba, że są w Iranie siły zainteresowane współpracą z Ameryką przeciwko Al Kajdzie i Talibanowi.

Co na to Rosja?

Wreszcie Rosja. Ta boi się, że Ameryka zbuduje bazy w Azji Środkowej, tuż po jej nosem. „New York Times” cytuje przedstawiciela „Instytutu Demokracji i Kooperacji”, jaki Rosjanie założyli ostatnio w Nowym Jorku – („co za wspaniała nazwa, tylko KGB mogła na to wpaść” – komentuje jeden z moich rozmówców). „Amerykańska obecność w Azji Centralnej miała być tymczasowa. Koncesje ze strony amerykańskiej – w sprawie obrony rakietowej i rozszerzenia NATO w szczególności – mogą przynieść wsparcie dla amerykańskich celów w Afganistanie.” Całkiem jasne, nieprawdaż? Ani słówka o tym, że Afganistan kontrolowany przez talibów niekoniecznie leży w interesie Moskwy. Chociaż dopiero co przedstawiciel Rosji przy NATO powiedział, że w wypadku porażki NATO w Afganistanie muzułmańscy fundamentaliści pójdą zapewne dalej. „Gdyby sprawy potoczyły się źle, za około 10 lat nasi chłopcy musieliby walczyć z dobrze uzbrojonymi i dobrze wyszkolonymi islamistami gdzieś w Kazachstanie”.  Z jednej strony Miedwiediew deklaruje gotowość pomocy, z drugiej przekupuje Kirgistan, który wyrzuca Amerykanów z Manas, ich jedynej bazy w Azji Centralnej, założonej w 2001 r. dla wsparcia operacji antyterrorystycznej w Afganistanie. Czy jest w tym jakaś logika? Jest.

Pomoc tak, baza nie. Minister Ławrow powiada, że Moskwa czeka na konkretne prośby Amerykanów, z dokładną specyfikacją ładunków, i gdy takie otrzyma, wyda zgodę na tranzyt. Nic nie zastąpi jednak straty bazy lotniczej w Manas, która służyła samolotom-tankowcom jak również celom ewakuacji medycznych z Afganistanu.  W zeszłym roku Kreml podpisał z NATO porozumienie w sprawie tranzytu ładunków innych niż broń ii niektóre kraje sojuszu, Niemcy Francja i Hiszpania z nich skorzystały.  Moskwie zależy głównie na tym, aby wszelkie interesy jakie Ameryka może mieć w Azji Centralnej odbywały się za pośrednictwem lub przynajmniej błogosławieństwem Kremla.

Jeden z moich rozmówców, były zastępca sekretarza stanu mówi na pożegnanie „Ktokolwiek wierzy, że obce siły mogą zaprowadzić porządek w Afganistanie, ignoruje historię. Z tego co mi wiadomo, jedynym cudzoziemcem który jako tako sobie z tym poradził był Aleksander Wielki, który spędził tam tylko miesiąc, w drodze z Turkmenii do Indii.” Nie sprawdzałem akuratności tego stwierdzenia.

Artykuł ukazał się na Studioopinii.pl Przedruk za zgodą redakcji.

Portal Spraw Zagranicznych pełni rolę platformy swobodnej wymiany opinii - powyższy artykuł wyraża poglądy autora.