Magdalena Górnicka: Obama - jastrząb o gołębim sercu?
Barack Obama zadeklarował, że pora zmienić taktykę wobec afgańskich talibów. Liczy na generała Petraeusa i powtórkę z Iraku. Tymczasem sami Amerykanie chyba najchętniej zostawiliby Afganistan sam sobie.
Wcześniejsza decyzja prezydenta Obamy o zwiększeniu amerykańskich oddziałów w Afganistanie została ochrzczona cynicznie „wojną spod znaku yes we can”.
Gdy Barack Obama zdecydował się na powtórzenie udanej taktyki z Iraku, zarzucono mu popieranie George’a W.Busha, kłamstwa o rzekomym pacyfizmie i pokojowym rozwiązywaniu konfliktów. Kiedy w końcu prezydent wyjaśnił, na czym dokładnie będzie polegać zmieniona taktyka – mianowicie – na próbach przeciągnięcia na swoją stronę części przywódców w tej chwili popierających Al-Kaidę, podniesiono larum – prezydent chce się bratać z terrorystami!
Amerykanie zmagający się z kryzysem gospodarczym chwilowo nie mają głowy do zbawiania świata. Ciągle jednak pamiętają Geroge’a W. Busha w roli samozwańczego mesjasza, którego misję ilustrują zdjęcia z Guantanamo i Abu Ghraib. Sukcesy w stabilizowaniu sytuacji w Iraku pod koniec drugiej kadencji zostały wypchnięte ze świadomości publicznej – być może nie były tak spektakularne, by się o nich rozpisywać, a być może przesłoniła je wyjątkowo zażarta kampania wyborcza.
Kandydat na prezydenta Barack Obama jawił się jako uosobienie pokoju i miłości dla całego świata. Wybory wygrał bardziej dzięki kryzysowi finansowemu i fatalnej ocenie ośmiu lat rządów republikańskiego prezydenta, niż dzięki pacyfizmowi. Tylko bliskie Johnowi McCainowi środowiska weteranów podnosiły głosy, że nie wiadomo, czy nowy prezydent jest tak naprawdę gołębiem czy jastrzębiem w gołębim przebraniu, jeśli chodzi o kwestie bezpieczeństwa narodowego.
Niespójność między tym, co Obama mówił podczas kampanii, a tym co robi dzisiaj, jest do pewnego stopnia pozorna. Owszem, obiecywał wycofanie amerykańskich wojsk – ale z Iraku, a nie Afganistanu. Więcej – podkreślał konieczność zwiększenia liczebności oddziałów armii USA w tym drugim kraju.
Owszem, obiecywał, że będzie rozmawiał bez warunków wstępnych z dyktatorami – jeśli więc obietnica ta mogła mieć zastosowanie w stosunku do Iranu, to dlaczego nie wobec talibów? Talibańscy przywódcy plemienni nie mają (albo nie pracują nad wejściem w posiadanie) broni nuklearnej.
Owszem, Obama obiecywał multilateralizm w stosunkach międzynarodowych – jednak multilateralizm to nie izolacjonizm. W Afganistanie stacjonują żołnierze koalicji NATO.
Ameryka – nie chcąc odgrywać ostatniego sprawiedliwego, jak za czasów Busha – powinna pracować nad umocnieniem Paktu Północnoatlantyckiego. Tymczasem pozbieranie zabawek i pozostawienie nielicznych wojsk swoich sojuszników w kraju ogarniętym wojną, to coś więcej niż dyplomatyczne faux pas – to krok w kierunku degradacji siły NATO.
Barack Obama – kandydat najczęściej mówił ogólnikami. Zgrabne frazy rzucane na prawo i lewo mogły dawać wrażenie polityka – gołębia. Jednak poskładanie owych fraz w logiczną całość sprawiało, że ów gołębi obraz przestawał być tak oczywisty. Czyżby wyborcy nie zadali sobie tego trudu? Nie pokusili się o to nawet dziennikarze, którzy cytując skrzydlate słowa z przemówień Baracka Obamy, rysowali obraz kandydata taki, jaki chcieli ujrzeć wyborcy. W pewnym momencie Obama był bardziej wiązką postulatów społecznych niż politykiem o pewnym zbiorze poglądów.
Dzisiaj zarzucanie Obamie, że to prezydentura go odmieniła i fakt zamieszkania w Białym Domu zmienił jego optykę patrzenia na sprawy międzynarodowe, nie jest do końca trafne. Z natury rzeczy jednak prezydent wie więcej o stanie państwa niż kandydat na prezydenta. Zwłaszcza kandydat na prezydenta bez silnego politycznego zaplecza lub męża – byłego prezydenta.
Wiele opinii Obamy wypowiedzianych na początku kampanii, gdy w jego zwycięstwo w wyborach było czystą abstrakcją, przylgnęło do niego na dłużej, stając się balastem wraz ze wzrostem jego szans na przeprowadzkę do Białego Domu. Mimo wszystko – zarzucanie Barackowi Obamie oportunizmu to jeszcze oskarżenia idące zbyt daleko. Sam prezydent wydaje się próbować różnych strategii, poszukując tych najbardziej skutecznych.
Początkowo nie chciał przecież rozmawiać z talibami – planował wysłać dodatkowe wojska. Jednak wizja „Wietnamu Obamy” i spektakularnego upadku jego jako polityka zaplątanego w niewygodną wojnę, kazała mu odpuścić nieco tę wojowniczą retorykę. Pospiesznie przywdziewa znów więc kostium gołębia.
Pozostaje jeszcze pytanie, na ile ów gołąb afgański jest wzorowany na koniu trojańskim. Skłonić talibów do rozmów to jedno, ale rzeczywista współpraca – to coś całkiem innego.
Do tej pory wobec oficjalnych władz Afganistanu Amerykanie stosowali strategię klasycznego konia trojańskiego – przejmując dowodzenie przy pierwszej możliwej okazji i nie wykazując wobec nich większego zaufania. Skoro nie można ufać rządowi, to tym bardziej – czy można ufać talibom?
Jednak ręczne sterowanie może tylko pogrążyć administrację Baracka Obamy i uwiązać amerykańskie wojska w Afganistanie na znacznie dłużej, niż by sobie tego życzył prezydent, a tym bardziej – opinia publiczna.
Pójść do talibów bez przebrania? Ryzykowne. Przecież nie od dziś wiadomo, że trzeba być lisem i lwem... Wszystko to sprawi wszakże, że otrzymamy ZOO zamiast rzetelnej strategii wobec Afganistanu.
Portal Spraw Zagranicznych pełni rolę platformy swobodnej wymiany opinii - powyższy artykuł wyraża poglądy autora.


Jak Andaluzja stała się prawicowa
Pragmatyzm wygrywa w amerykańsko-chińskich relacjach
Trudne zadanie Rumena Radewa
Péter Magyar wzbudza pierwsze kontrowersje