Paweł Świeżak: O Ukrainie w Fundacji Batorego
„Pomarańczowa rewolucja – Rok po”, relacja z Fundacji Batorego, Warszawa 18 listopada 2005: Panel dyskusyjny z udziałem Bogumiły Berdychowskiej, Jacka Cichockiego, Marcina Wojciechowskiego i Wahtanga Kipianiego.
Przypadająca w tych dniach rocznica pomarańczowej rewolucji na Ukrainie skłania do prób podsumowań. Co się udało, a co nie wyszło – używając określenia Wacława Radziwinowicza – „atamanom Majdanu”, którzy przejęli władzę w państwie w wyniku dramatycznych wydarzeń z końca 2004 roku? Czy olbrzymi kredyt zaufania społecznego jakim cieszyła się poprzedniej zimy „drużyna Juszczenki” został spłacony? Czy 22 listopada anno domini 2005, kiedy to na kijowskim Placu Niezależności zapowiedziane jest oficjalne uczczenie rewolucji i gdy obok siebie ponownie staną uwielbiani rok temu pomarańczowi liderzy, Wiktor i Julia, będzie królowało uczucie radości i dumy czy rozczarowania i zawodu? I w końcu – jak prezydent Juszczenko, ikona pomarańczowych, swoimi czynami odpowiedział na prośbę-przestrogę rektora kijowskiej Akademii wyrażoną nazajutrz po prezydenckiej inauguracji: „Wiktor Andiejewicz, zawtra na rabotu!”. Święto się kończy, czas zakasać rękawy do pracy.
Dyskusja na temat ukraińskiej rewolucji w Polsce jest szczególnie intensywna i, powiedziałbym, wnikliwa, nie tylko dlatego, że rzecz idzie o jednego z naszych sąsiadów. Pomarańczowa rewolucja była bowiem dla dużej liczby Polaków ich „własnym” emocjonalnym przeżyciem i ważnym doświadczeniem (niektórzy wręcz przyrównywali jej znaczenie dla młodego pokolenia Polaków do roli, jaką ruch Solidarności odegrał dla poprzedniej generacji). Poza tym szczerze życzyliśmy Ukraińcom sukcesu na ich drodze do przebudowy własnego państwa, życzyliśmy im także aby uniknęli naszych błędów popełnionych w okresie polskiej transformacji ustrojowej po 1989 roku. Chcieliśmy może nawet widzieć w nich „lepszych samych siebie”, ludzi, którzy udowodnią że możliwe jest w polityce połączenie, mówiąc nieco patetycznie, wysokich standardów moralnych, patriotyzmu, entuzjazmu społecznego, elementarnej uczciwości i przyzwoitości – słowem, wszystkich pozytywnych cech natury ludzkiej – ze skutecznością w działaniu, z autentyczną zmianą funkcjonowania skorumpowanego i uwikłanego w rozliczne ciemne układy państwa. Było w tym sporo idealizmu (naiwnego?) i szczerej nadziei że jednak „można”.
Rok później przyszedł czas aby zejść na ziemię i dokonać „rozliczeń”. Któż jest w stanie zrobić to bardziej profesjonalnie i rzetelnie, jeśli nie czołowa specjalistka od spraw ukraińskich prof. Bogumiła Berdychowska, dyrektor Ośrodka Studiów Wschodnich Jacek Cichocki, błyskotliwy dziennikarz Gazety Wyborczej „od spraw wschodnich” Marcin Wojciechowski, wspierani przez siły zaciężne w osobie redaktora niezależnego ukraińskiego portalu internetowego Ukrainska Prawda Wahtanga Kipianiego? Takie właśnie grono ekspertów zebrało się 18 listopada na panelu dyskusyjnym w warszawskiej siedzibie Fundacji Batorego.
W bardzo ciekawej i stojącej na wysokim poziomie dyskusji panelistów dało się wyczuć sporą dawkę ambiwalencji w ocenie dokonań pomarańczowej rewolucji. Panowała wprawdzie powszechna zgodność jeśli chodzi o konstatację, że Ukraina jest lepszym państwem (i społeczeństwem) niż rok temu. Jednakże dyskutanci nie mieli także wątpliwości, ze rzeczywistość i codzienna praktyka rządów – tak jak to się zresztą zazwyczaj dzieje – nie sprostały wygórowanym oczekiwaniom społecznym na Ukrainie, a dodatkowo spotkały się także z falą krytyki za granicą. W jakimś stopniu było to naturalnie nieuniknione – tym niemniej pojawia się pytanie o to czy pomarańczowi liderzy zrobili wszystko co było w ich mocy, czy stanęli na wysokości zadania, czy też zawiedli w roli sprawnych polityków i zarządców państwa, a co gorsza, czy niektórzy z nich nie powtarzali w pewnym stopniu nagannych zachowań charakterystycznych dla ludzi powiązanych z ekipą Kuczmy (zwłaszcza na styku polityki z biznesem). Słowem – pomarańczowa oligarchia zastąpiła kuczmowską?
W opinii ekspertów zgromadzonych w Fundacji Batorego – jednak nie, taka ocena byłaby zbyt surowa i niesprawiedliwa. Paneliści zaproponowali ciekawy myślowy eksperyment: próbę wyobrażenia sobie, w jakim miejscu byłaby dziś Ukraina w przypadku zaakceptowania „zwycięstwa” Janukowycza? Odpowiedź Jacka Cichockiego: dryfowałaby w kierunku drugiej Białorusi, w sferze polityki z cały czas ograniczanymi prawami demokratycznymi, w gospodarce z rosnącą rolą oligarchii, a społecznie – z postępującymi biernością i apatią obywateli, przekonanych, że nic od nich w gruncie rzeczy nie zależy i że trzeba skoncentrować się wyłącznie na „uprawianiu własnego ogródka”. Wszystko to, zebrane razem, doprowadzić by mogło do procesu „znikania” Ukrainy z politycznej mapy świata, traktowanej jako kolejna autorytarna post-radziecka republika, którą nie warto się zajmować. Międzynarodowy ostracyzm i napędzana przyczynami wewnętrznymi samoizolacja spychałyby kraj w sposób nieuchronny w orbitę rosnących wpływów Moskwy.
Tymczasem jaka Ukraina jest dziś? Otóż jest w sposób rzeczywisty, a nie tylko formalny państwem demokratycznym (choć z definitywną oceną należałoby się zapewne wstrzymać do marcowych wyborów parlamentarnych), z nieco „przyhamowanymi” oligarchami (czy jednak w stopniu satysfakcjonującym?). Za główny wszakże i pierwszoplanowy sukces pomarańczowej rewolucji dyskutanci zgodnie uznali rozwój społeczeństwa obywatelskiego, wyrażający się w zwiększonej społecznej kontroli działań władzy, wręcz erupcyjnym rozwoju wolnych mediów i wielu przejawach aktywności społecznej. Bogumiła Berdychowska zwróciła uwagę, że na Ukrainie znacznie zostało ograniczone pole dla wykorzystywania w polityce „czarnego PR”, tzw. resursów administracyjnych czy temnyków (czyli rządowych instrukcji dla mediów zawierających swoisty „indeks tematów i słów zakazanych”). Paneliści ostrożnie przychylali się do oceny, że pojawienie się na Ukrainie „podmiotowości społeczeństwa” ma charakter zjawiska trwałego i chyba w dającej się przewidzieć perspektywie nieodwracalnego.
Większe różnice wystąpiły w ocenie polityki zagranicznej Kijowa. Jak zauważył Wahtang Kipiani, Ukraina dziś na świecie jest rozpoznawalna już nie tylko jako „ojczyzna braci Kliczków i Szewczenki” (przy czym chodzi raczej o Andrija, nie o Tarasa), a i inni eksperci podkreślali niesamowitą międzynarodową koniunkturę, wręcz swoistą „modę na Ukrainę”, jaka zaistniała zwłaszcza na początku roku (jej efektem była na przykład seria wizyt i spotkań polityków ukraińskich ze światowymi przywódcami). Ukraina zatem pojawiła się w międzynarodowej polityce jako „temat”, którego nie da się już łatwo zignorować.
Ale czy ta bezprecedensowa dobra passa, „ukraińskie pięć minut”, jak nazwała to Bogumiła Berdychowska, zostało należycie wykorzystane? Tu dyskutanci mieli bardzo duże i chyba uzasadnione wątpliwości, oskarżając nowe władze w Kijowie o opieszałość lub nawet o brak podejmowania odpowiednich działań. Szczególnie w styczniu i lutym można było oczekiwać bardziej energicznej polityki zagranicznej od nowych władz, które jednak nieco tę sferę zlekceważyły, może też zabrakło im wyobraźni i doświadczenia.
W podzielanej przez wszystkich uczestników spotkania opinii niesatysfakcjonujące wyniki w dyplomacji wynikały jednak przede wszystkim z uwarunkowań wewnętrznych – to jest rozpoczęcia w zasadzie nazajutrz po pomarańczowym zwycięstwie długiej kampanii wyborczej (do elekcji parlamentarnej 2006 roku) oraz anemiczności i chaotyczności działań rządu Julii Tymoszenko, który koncentrował się głównie na politycznych gierkach zamiast na ekonomicznej sanacji państwa (wyniki gospodarcze Ukrainy wręcz pogorszyły się). Nie przeprowadzono żadnych systemowych reform w systemie sprawowania władzy i tylko ograniczone jeśli chodzi o praktykę gospodarczą. Wahtang Kipiani wyraził pogląd, że w ekipie Juszczenki było wprawdzie wielu idealistów i ludzi w gruncie rzeczy prawych, jednak okazywali się oni nierzadko marnymi administratorami. Zaniechania w polityce wewnętrznej, a szczególnie brak przejrzystości w polityce gospodarczej, miały bezpośrednie przełożenie na konsekwencje w wymiarze międzynarodowym: wymownym przykładem mogą być obecne trudności Ukrainy przy staraniach o wejście do WTO.
Największe pretensje zdawali się mieć paneliści do polityki wewnętrznej pomarańczowej drużyny, a zwłaszcza do stylu rozgrywania politycznych porachunków. Zresztą szybko okazało się, ze określenie „drużyna” jest nieadekwatne – w istocie trzeba bowiem mówić o co najmniej dwóch zespołach, dodatkowo nie będących względem siebie zbyt fair. Największe różnice zdań wystąpiły w ocenie ukraińskiego „konfliktu na górze”. Spór, rozpoczęty przez stronników BJuT oskarżeniami o korupcję w otoczeniu prezydenta (jak dotąd nieudowodnionymi, jak zauważył Jacek Cichocki), zakończył się dymisją rządu Julii Tymoszenko i podpisaniem przez prezydenta Juszczenkę układu z wczorajszym „ucieleśnieniem wszelkiego zła”: Wiktorem Janukowyczem. Układ ten w zamian za poparcie zgłaszanego przez Juszczenkę kandydata na premiera przez Partię Regionów, zagwarantował Janukowyczowi swoistą „grubą kreskę” i niepowracanie do sprawy fałszerstw wyborczych z 2004 roku, co ostatecznie „legitymizuje” pozycję polityczną donieckiego lidera na ukraińskiej scenie. Czy było to ze strony Juszczenki zagranie kompromitujące ideały Majdanu, czy raczej oznaka pragmatycznego myślenia i politycznej roztropności – to pozostaje kwestią otwartą i różnie ocenianą także podczas spotkania w Fundacji Batorego.
Eksperci zgodzili się jednak, że „polityczny mariaż” duetu Juszczenko-Tymoszenko miał od początku charakter taktyczny i rozpad tego związku był w sumie nieunikniony. Rozliczne osobiste antagonizmy, różnice „światopoglądowe” i w podejściu do samej koncepcji państwa (a w szczególności do jego roli w gospodarce) od początku w zasadzie wykluczały niekonfliktową współpracę. Natomiast czy „wojna na górze” musiała przebiegać akurat w taki sposób, w jaki przebiegała, i czy pomarańczowi muszą iść do marcowych wyborów zgodnie niczym „przyjaciele z PiSu i z Platformy” było interpretowane w różny sposób. Na plus zapisano pomarańczowym fakt, że rozpad koalicji odbywał się „transparentnie” i w sposób mniej więcej przejrzysty dla społeczeństwa, co stało w jaskrawej opozycji do gabinetowych intryg z czasów Kuczmy.
Dyskusję w Fundacji Batorego zakończył efektownym bon motem moderujący spotkanie Marcin Wojciechowski: „Ukraińskie błędy można było przewidzieć, ale nie można ich było uniknąć”. Chyba jest to gorzka prawda.



Politycy chwalą, rolnicy ganią. Umowa Unii Europejskiej z Australią wzbudza kontrowersje
Holandia chce się zbroić, ale bez unijnych planów
Europejscy rolnicy mierzą się z wieloma problemami
Zatrzymanie imigracji przez Tunezję to nie tylko koszt finansowy