Portal Spraw Zagranicznych psz.pl




Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home Opinie Polityka Magdalena Górnicka: Na kłopoty - Obama

Magdalena Górnicka: Na kłopoty - Obama


05 kwiecień 2009
A A A

Turnee dyplomatyczne Baracka Obamy dowodzi, że USA  ani nie uciekną, ani nie zostaną odepchnięte od roli głównego rozgrywającego w stosunkach międzynarodowych. 

Po objęciu urzędu prezydenta USA, Barack Obama skupił się na sprawach wewnętrznych – przede wszystkim na ratowaniu gospodarki. Oczywiście, nie mógł ignorować polityki zagranicznej, ale jego aktywne działania ograniczały się przede wszystkim do projektowania strategii wojny z talibami w Afganistanie. Nawet o Iraku nie było zbyt głośno. Obama nie angażował się też bezpośrednio w rozwiązywanie konfliktu izraelsko-palestyńskiego: tutaj dał wolną rękę Hillary Clinton i zawodowym dyplomatom.

Sekretarz stanu dostała od prezydenta szerokie uprawnienia i duży margines swobody działania także w bardzo ważnych, przede wszystkim z powodu kryzysu, stosunkach USA z Chinami. Brakowało natomiast aktywności nowej administracji w stosunku do Europy. Pojawiały się nawet prognozy, które mówiły o końcu specjalnych relacji transatlantyckich.

Europa przecież sobie radziła: UE działała sprawnie. Jednak spowolnienie gospodarcze i mniej lub bardziej śmiałe nacjonalistyczne ciągotki wśród krajów Unii sprawiły, że de facto znaleziono się w impasie. Nikt nie chciał pierwszy odsłonić kart. Potrzeba było negocjatora. I oto Obama. Opromieniony jeszcze chwałą letniej wizyty w Berlinie, bez spadających notowań spowodowanych szarą rzeczywistością.

Prezydent USA był witany, zarówno w Wielkiej Brytanii, Francji, Niemczech i Czechach, jak prezydent świata, a nie jednego z państw uczestniczących w kolejnych spotkaniach na najwyższym szczeblu. Jednak prezydent świata nie ma kompetencji prezydenta Stanów. Bardziej przypomina prezydenta Niemiec, bądź królową brytyjską: panuje, ale nie rządzi.

Barack Obama pięknie mówił, ale dla USA nie wynikają z tego bezpośrednie korzyści. Państwa europejskie (zwłaszcza Francja, na którą tak liczono za Oceanem) grzecznie odmówiły wysłania dodatkowych wojsk do Afganistanu. Nie kupiły też amerykańskiej recepty na kryzys, czyli pompowania publicznych pieniędzy w gospodarkę. Owszem, dla spokoju sumienia opracowano „pakiet pomocowy”, ale Barack Obama nie był w stanie narzucić swojego mentalnego (i politycznego) podejścia do walki z recesją.

Przywódcy państw Europy, choć dalecy od jednolitej praktyki ratowania gospodarki, nie wierzą w skuteczność amerykańskich recept, które nie sprawdziły się nie na „jakichś tam” państwach Trzeciego Świata, ale nie sprawdziły się w skali globalnej.

 Barack Obama, widząc, że nic w tej kwestii nie wskóra, podniósł (niewątpliwie ważny) temat broni nuklearnej.  Jednak jego wypowiedzi były dziwnie niespójne. Jedynym wspólnym mianownikiem było definitywne jej potępienie i mocna artykulacja celu strategicznego: zlikwidowania wszelkich arsenałów.

Porozumienie z Iranem chciał osiągać wyłącznie pokojowo. Najpierw przez YouTube, a po spotkaniu z Dmitrijem Miedwiediewem – za pośrednictwem i porozumieniem z Rosją.

Tymczasem wystarczyło odpalenie rakiety przez Koreę Północną, by u Obamy-gołębia wyrosły jastrzębie pazury. Jaki będzie następny krok? Dalsza metamorfoza w jastrzębia, powrót do postaci gołębia, czy na YouTube?

Wymiernym efektem wizyty jest na pewno wybór Andersa Fogha Rasmussena na sekretarza generalnego NATO, głównie poprzez złagodzenie postawy Turcji, która to zresztą aferę z karykaturami Mahometa bardziej wypominała Rasmussenowi dla zasady, niż z chęci rzeczywistego zawetowania jego kandydatury.

Czy podróż Baracka Obamy do Europy można więc nazwać sukcesem? Paradoksalnie – jak najbardziej. Europa, a szerzej – świat, potrzebuje Stanów Zjednoczonych z popularnym prezydentem na czele jako symbolu i składnika jednoczącego. Albo punktu odniesienia. Niewątpliwie realna pomoc USA jest jak najmilej widziana, zwłaszcza w krajach Europy Środkowej, jednak ważniejszy jest czynnik polityczno-psychologiczny. Obama inspiruje. Inspiruje tak, jak zainspirował swego czasu miliony Amerykanów. Inspiruje w sposób pozytywny, podkreśla rolę aktywności, zachęca do działania. Ale działanie pozostawia już innym.

Może to i dobrze – legenda Obamy tak szybko się zużyje.

Portal Spraw Zagranicznych pełni rolę platformy swobodnej wymiany opinii - powyższy artykuł wyraża poglądy autora.