|
Abstrahując od obiektywnych przewin i niekoniecznie szlachetnych motywacji Thaksina, jego zwolennicy muszą zostać potraktowani poważnie. Zasada „Wszyscy są Tajami”, realizowana podczas tłumienia poniedziałkowych zamieszek, musi być nadal realizowana. REKLAMA
Co najmniej dwie ofiary śmiertelne i 123 osoby ranne to bilans poniedziałkowych (13.04) starć sił rządowych i „czerwonych koszul” na ulicach Bangkoku. Wygląda na to, że Thaksin i jego zwolennicy przecenili swoje możliwości. Premier Abhisit Vejjajiva stanął na wysokości zadania i skutecznie opanował kryzys, od którego zależała przyszłość jego rządu. Nie ma jednak mowy o wygranych i przegranych, cały kraj poniósł klęskę. Pewne zmiany na społeczno-politycznej scenie Tajlandii są konieczne by udało się uniknąć podobnych wydarzeń w przyszłości.
Antyrządowe protesty prowadzone przez Zjednoczony Front na rzecz Demokracji przeciwko Dyktaturze (UDD) – tzw. „czerwone koszule” doprowadziły w sobotę (11.04) do zerwania Szczytu Azji Wschodniej w nadmorskim kurorcie Pattaya, którego gospodarzem był premier Tajlandii, obecnie pełniącej przewodnictwo w ASEAN. Abhisit ogłosił stan wyjątkowy, wysyłając wojsko i czołgi na ulice Bangkoku. Wobec braku reakcji ze strony demonstrujących, siły rządowe przystąpiły w poniedziałek rano do siłowego przywracania porządku, doprowadzając do zakończenia protestów we wtorek.
Warto podkreślić, że mimo dużej liczby poszkodowanych, działania wojska były prowadzone w sposób delikatny, zgodnie z zasadą: „Wszyscy są Tajami”. Nie doszło do powtórki z lat 1976 i 1992, ani z zeszłorocznej konfrontacji sił bezpieczeństwa z Ludowym Sojuszem na rzecz Demokracji (PAD) – „żółtymi koszulami,” w wyniku której kilka osób straciło życie. Jedyne ofiary śmiertelne to mieszkańcy Bangkoku, którzy wystąpili przeciwko „czerwonym koszulom.” Demonstranci bowiem nie zachowali w swych działaniach delikatności, niejednokrotnie zamieniając protesty w zamieszki. Używali broni palnej, koktajli Mołotowa, palili autobusy. Sytuowali cysterny i autobusy w okolicy budynków mieszkalnych grożąc ich podpaleniem.
Trudno się dziwić, że popularność premiera Abhisita wzrosła po konfrontacji o 8 punktów do poziomu 58 proc. (jak podaje Bangkok Post). Zapewne udało mu się przyciągnąć do siebie większość osób neutralnych. Z kolei patron i lider „czerwonych koszul” – były premier Thaksin Shinawatra, odsunięty w wojskowym zamachu stanu w 2006 roku, zanotował w tym samym sondażu spadek do poziomu 15 proc.
Trudno będzie jednak o budowę harmonijnego społeczeństwa w Tajlandii, jeśli Abhisit nie wyciągnie ręki do swoich adwersarzy z UDD. Wydaje się, że nie można oceniać „czerwonych koszul” jedynie przez pryzmat Thaksina. W artykule wstępnym swego środowego (15.04) wydania dziennik The Nation nawołuje premiera do głębszego przyjrzenia się ruchowi i gruntownego przeanalizowania motywów działania jego przedstawicieli.
Thaksin, w czasie swojego premierostwa, dzięki programom socjalnym stał się bohaterem biednej ludności wiejskiej, szczególnie z północnej i północnowschodniej części kraju. Ograniczanie jego zwolenników tylko do tej grupy jest jednak uproszczeniem. Po stronie Thaksina stoją także osoby sfrustrowane panującym w Tajlandii status quo, domagające się bardziej otwartego społeczeństwa, w którym jest miejsce na wolność wyrażania poglądów przez wszystkie polityczne orientacje. Dziś w kraju nadal obowiązuje anachroniczne prawo chroniące rodzinę królewską przed obrazą majestatu (lèse-majesté), za którego złamanie grozi kara do 15 lat więzienia. Tematem tabu jest polityczne zaangażowanie pałacu królewskiego, a rola wojska pozostaje niejasna.
Tajemnicą poliszynela jest fakt, że Thaksin został odsunięty w 2006 roku dzięki współdziałaniu wojska i pałacu (z przewodniczącym królewskiej Tajnej Rady gen. Premem Tinsulanondą na czele), przy poparciu obecnie rządzącej Partii Demokratycznej premiera Abhisita i Ludowego Sojuszu na rzecz Demokracji (PAD).
Znamienne w tym kontekście, że wojsko nie było gotowe podjąć podobnych do poniedziałkowych działań przeciw demonstrantom w zeszłym roku. Wtedy stan wyjątkowy ogłaszali związani z Thaksinem premierzy: Samak Sundaravej i Somchai Wongsawat, gdy przeciw ich rządom protestował PAD. Protesty zakończyły się dopiero po decyzji Sądu Konstytucyjnego o rozwiązaniu związanej z Thaksinem Partii Władzy Ludu (PPP) pod zarzutem oszustw wyborczych. Decyzja Sądu do dziś budzi wątpliwości. W jej efekcie powstał rząd Abhisita, przy którego powoływaniu nieformalną rolę prawdopodobnie odegrało wojsko.
Abstrahując od obiektywnych przewin i niekoniecznie szlachetnych motywacji Thaksina, jego zwolennicy muszą zostać potraktowani poważnie. Zasada „Wszyscy są Tajami” wyartykułowana podczas działań sił rządowych w poniedziałek musi być nadal realizowana. Narodowe pojednanie będzie trudne do osiągnięcia jeżeli Thaksin Shinawatra nie zdecyduje się wziąć w nim udziału. Aby w przyszłości nie dochodziło do podobnych kryzysów, niezbędne jest jednak by jego zwolennicy czuli się równoprawnymi członkami społeczeństwa.
Premier Abhisit powinien zwrócić się do biednej ludności wiejskiej, która postrzega go jako reprezentanta interesów elity i miejskiej klas średniej i dla której Thaksin pozostaje bohaterem. Musi też spróbować zjednać sobie tych, którzy widzą ruch Thaksina jako walkę o demokrację i otwarte społeczeństwo. Jeżeli premierowi nie uda się tego osiągnąć o trwały spokój w kraju będzie bardzo trudno. Portal Spraw Zagranicznych pełni rolę platformy swobodnej wymiany opinii - powyższy artykuł wyraża poglądy autora. |