|
W trakcie każdej podróży następuje moment, gdy wchodzimy do sklepu żeby dokonać zakupów, zwykle żywności lub pamiątek. I jeśli z pamiątkami nie będziemy mieć problemów, to z zakupem żywności już tak lekko nie będzie. Bo robienie zakupów w rosyjskich sklepach to prawdziwa sztuka.
REKLAMA
Zakupowe szaleństwo  Osiedlowy sklepik niedaleko bloku, w którym mieszkałem Turyście przyzwyczajonemu do komfortu hipermarketów, albo zażyłości panującej w małych sklepikach, kupno najpotrzebniejszych artykułów w sklepie, gdzie klient jest denerwującym dodatkiem może sprawić niejaki dyskomfort. I to nie tylko dlatego, że obok kiełbasy leżą podpaski, a towary z ekspozycji zmienia się dopiero, gdy śmierdzą, albo śladów pleśni nie da się już ukryć. Także dlatego, że w towarzystwie rzadko kto lubi czuć się jak piąte koło u wozu. Do radzieckiego w swojej istocie systemu zakupowego nie przyzwyczaiłem się do dziś dnia. Bo jakże tu przyzwyczaić się do tego, że w prywatnym, kapitalistycznym niby sklepie najlepszą metodą na klienta jest go nie zauważać. Kiedyś wszedłem do spożywczaka w centrum handlowym i przez godzinę nikt się mną nie zainteresował. To był jeszcze okres, gdy próbowałem uparcie trwać przy polskim zachowaniu, nie tracić pozłoty cywilizowanego człowieka i krzyczenie do odwróconej tyłem około pięćdziesięcioletniej kobiety per dziewczyno uważałem za zachowanie uwłaczające godności dobrze wychowanego mężczyzny. Co prawda udało mi się do samego końca zachować resztkę pozorów i nigdy owa dziewuszka mi przez gardło nie przeszła, ale niektóre zwyczaje przejąłem, co poskutkowało znaczącym skróceniem czasu poświęcanego na zakupy. Poniewczasie żałuję, że nie przeprowadziłem eksperymentu, o którym myślałem niejednokrotnie, czyli nie wszedłem do sklepu rano i nie przesiedziałem w nim całego dnia. Założę się, że pies z kulawą nogą by się mną nie zainteresował.
 CUM - to właśnie tu mógłbym spędzić cały dzień, a nikt by sie mną nie zainteresował Podręcznik surwiwalu miejskiego, czyli jak kupić żywność Oczywiście najpierw trzeba znaleźć sklep. To wbrew pozorom nie jest łatwe, bo jest ich niedużo i nie kuszą wystawami. Wręcz przeciwnie - do sklepu wiodą masywne, nieprzezroczyste drzwi stalowe, a okna są małe i bez ekspozycji; zakratowane, bądź z żelaznymi okiennicami. Czasami jakiś mały szyldzik, ale to nie zawsze, zwłaszcza poza centrum. Gdy już się jest w środku lepiej nie mówić dzień dobry, no chyba, że ktoś lubi, gdy się na niego patrzą jak na umysłowo niedorozwiniętego. Nie, nie namawiam do zrezygnowania z rudymentów kultury - po prostu w Rosji nie jest przyjęte witać się w sklepach. Przypomnij sobie, jak Ty patrzysz na dziwaków i zanim powiesz dzień dobry, popatrz tak na siebie wieloma parami oczu jednocześnie. Brr, niemiło, prawda? Ja zrezygnowałem z odruchowego powitania po około pół roku… Pierwsze co trzeba zrobić, to wybrać towar. Potem koniecznie zapamiętać jego nazwę, cenę i sektor sklepu, w którym leży (jeśli będziecie mieć szczęście robić zakupy w małym sklepie wystarczy sama cena). Następnie trzeba udać się do kasy, wyrecytować lub odczytać listę towarów, cen i sektorów, wreszcie zapłacić. Dopiero teraz można udać się po odbiór tego, co się kupiło. Oczywiście do wszystkich sektorów, z których towar się wybrało. Proste i przyjazne, prawda?
 Okean, mój ulubiony sklep rybny A teraz kilka słów o otoczce, czylio tym, co nie jest techniczną czynnością kupowania. Żeby się nie witać już wiadomo. Nie ma też co liczyć na uśmiech sprzedawczyni. Co najwyżej na rechot. Gdy trzeciego dnia pobytu poprosiłem chleb derewiannyj zamiast derewianskiego, stałem się obiektem niepohamowanego wybuchu wesołości u sprzedawczyni i jej koleżanek, głośno i natychmiast poinformowanych o idiocie, który chce kupić drewniany chleb. Jedność dusz z księciem Myszkinem poczułem nieco później. Wówczas po prostu poczułem się podle. I tu dochodzimy do sprawy najbardziej mnie irytującej w tym całym rytuale, do używania sobie na językowej nieporadności innostranców. Któregoś razu kupowałem twaróg. Po rosyjsku - tvorog. Sprzedawczyni miała chyba zły dzień, bo sklep był swojski, podblokowy, a moja twarz nie całkiem obca. Kupowałem więc ten twaróg i nagle mój rosyjski stał się całkowicie niezrozumiały. Ja mówię:
- tvorog pazhalusta - pamiętając o lokalnym okaniu.
A ona:
- Shto!?
- Tvorag - powtarzam zmieniając akcent
- Ne poniela
- Tvarog - kontynuuję wyliczankę kombinacji z akcentem.
I znów niezrozumienie. Gdzieś tak po piątej, szóstej próbie się zlitowała, albo zabawa ją znudziła:
- Aaa, tvorag - powtórzyła moją drugą próbę i podała kostkę wymarzonego twarogu. Wróciłem do domu zgnębiony. Ja delikatny jestem i wódki się musiałem napić, żeby wrócić do równowagi. A to dopiero była przygrywka… Biały kot, czarny kot Czarny kot wcale nie był czarny, tylko taki zwykły, pręgowany, bury, wąsiasty. Wylegiwał się z miną wielce zadowoloną na ladzie z warzywami w centrum półmilionowego miasta. I nikomu oprócz mnie nie wydawało się to dziwne. Obok pyszniło się stoisko z mięsem i wędlinami, na które rzucał tęskne spojrzenia sklepowy kiciuś. Śliczny był. Ten kiciuś. Muszę powiedzieć, że był to swojego rodzaju punkt graniczny w moim nieustanny dziwieniu się Rosji w pierwszych dwu miesiącach pobytu. Naprawdę niewiele jest widoków, które mogą bardziej zdziwić wielkopolskiego prusaka. No, może świńska głowa, albo kogucie grzebienie pomiędzy kurzymi łapkami, jako główne elementy wystawy w sklepie mięsnym. Każdy naród ma swoje specyfiki kulinarne i choć dość obrzydliwie wygląda sterta wędzonych drobiowych główek, patrzących z niemym wyrzutem pustych oczodołów, to nasze flaki, czy kaszanka też mogą niejednego cudzoziemca przyprawić o lekki zawrót głowy. Tylko czy warto od razu z takich osobliwości czynić centrum ekspozycji? Być może to dlatego, żeby odwrócić uwagę od czego innego, od braku przestrzegania zasad elementarnej higieny. Nie mówię, że w Rosji jest brudno, ale mówię wszystkim, którzy zechcą poznać rosyjską prowincję (a nie ma chyba nic bardziej fascynującego i wartego poznania od rosyjskiej prowincji): uważajcie, gdzie kupujecie.
 To dla tej młodej damy kupowałem cielęcinę Jak dowiedziałem się o higienicznej dezynwolturze? Tu pojawia się biały kot. Ukochana Maszka, podarowana mi przez Olgę i Igora, moich rosyjskich przyjaciół. To dla niej, mimo że mięsa wówczas nie jadałem, odwiedzałem okoliczne jatki. Któregoś razu postanowiłem porozpieszczać kociaka cielęciną. Nieopatrznie zwierzyłem się macierzyńsko wyglądającej sprzedawczyni, że jako świeżo upieczony posiadacz czworonoga, zupełnie nie wiem, co by tu kupić, żeby nieletnia rosyjska caryca była zadowolona. No i dostałem kilkanaście kawałów świeżego, czerwonego mięsa do... pomacania. Osłupiałem. Sprzedawczyni widząc moje niezdecydowanie sama jęła prezentować co bardziej jędrne kawałki, opowiadając o zaletach rostbefów, mostków i polędwiczek. Kupiłem na chybił-trafił i pobiegłem do domu. Maszeńka polędwiczką pogardziła... Wszystkich lekko przerażonych dzisiejszym odcinkiem Przewodnika pragnę uspokoić, że mimo wszystkich kuriozów, żywienie się w Rosji jest smaczne i bezpieczne, jeśli się wie gdzie i co kupować, o czym następnym razem. |