Magdalena Górnicka: Prezydent Barack Hussein
„Nowy początek” w stosunkach USA ze światem muzułmańskim to też nowy początek Obamy jako prezydenta prawdziwie wielokulturowego.
Wielcy prezydenci lubią mówić o sobie krótko. Byli FDR i JFK. Barack Obama wolał pozostać po prostu BO, starannie unikając przypominania o swoim drugim imieniu „Hussein”. Chociaż dla wyborców kontrowersje związane z rzekomym wyznawaniem islamu przez Obamę, to głęboka przeszłość, sam prezydent pamiętał, że omal nie zrujnowało to jego kampanii.
Po co więc kusić los? I tak, oficjalnie zarówno Barack Obama senior, jak i indonezyjski ojczym – Lolo Soetoro, byli określani jako „agnostycy”. Natomiast głęboka chrześcijańska wiara samego Obamy – kandydata, a potem – prezydenta, była podkreślana na każdym kroku. Jego sztab wyborczy wydał nawet specjalne oświadczenie.
Tymczasem w przemówieniu na kairskim uniwersytecie, Barack Obama po raz pierwszy oficjalnie odwołał się do swojego związku z islamem. Podkreślił, że dane mu było doświadczyć tej religii na trzech kontynentach, ale dopiero pierwszy raz stoi w centrum islamskiego świata. Doświadczyć – nie obejrzeć z daleka.
Dlaczego dopiero teraz zdecydował się na ten swoisty coming out? To proste: teraz jest prezydentem, przedtem był kandydatem „znikąd”. Od 11 września upłynęły kolejne miesiące, a w relacjach konfliktu palestyńsko – izraelskiego w Strefie Gazy, to Palestyńczycy byli „tymi dobrymi”. Kryzys gospodarczy natomiast negatywnie nastawił opinię publiczną przeciw wpływowym finansistom z Wall Street, z których wielu ma żydowskie pochodzenie.
W końcu – premierem Izraela został Beniamin Netaniahu, który nie jest tak chętny do ustępstw (na przykład w kwestii osiedli na terytoriach zamieszkiwanych przez Palestyńczyków), jak życzyłyby sobie tego Stany Zjednoczone. Barack Obama chce się też zdystansować od swojego poprzednika, którego wojna z terroryzmem dla wielu muzułmanów kojarzy się z wojną z islamem.
Obama umie pozyskiwać ludzi – a najlepszym do tego instrumentem jest jego własna biografia. W ten sposób utożsamił się ze swoimi odbiorcami, wroga – ekstremistów – pozostawiając na zewnątrz, jako zagrożenie zarówno dla Ameryki, jak i dla samych muzułmanów.
Prezydent poprzez swoje przemówienie pokazał, że Stany Zjednoczone chcą rozmawiać ze światem muzułmańskim jak równy z równym. Nie znaczy to, że Ameryka pada na kolana; raczej podnosi z kolan wyznawców islamu.
Akcentując prawo Iranu do pokojowego wykorzystania energii atomowej, Obama wytrącił Ahmadineżadowi oręż z ręki. Iran nie musi już prężyć muskułów i demonstrować swojej mocarstwowości (czy raczej pretendowania do niej) – Stany Zjednoczone ją wszem i wobec uznały. Po co więc – zwłaszcza w czasie kryzysu – wydawać pieniądze na budowanie programów nuklearnych?
Duma to bowiem wartość niezwykle ceniona w kulturze islamskiej. Czasami ochrona owej dumy przyjmuje postać sprzeczną z liberalnymi zasadami Zachodu. Amerykański prezydent wydaje się to rozumieć, co nie znaczy, że utożsamia się z tym systemem wartości. Po prostu wie, kiedy nie warto dążyć do konfrontacji za wszelką cenę – zwłaszcza za cenę bliskich Ameryce i Zachodowi wartości.
Stany Zjednoczone nie porzucą Izraela, a Amerykanie nie pokochają muzułmanów z dnia na dzień. Iran nie stanie się w momencie strategicznym partnerem USA, a Hamas nie uzna jutro Izraela. Dzięki przemówieniu prezydenta w Kairze, wielu ludzi Zachodu zobaczyło, że świat islamu nie jest monolitem składającym się z radykałów chcących zniszczyć Wielkiego Szatana.
Zresztą, czy państwo, którego prezydent ma na drugie imię Hussein, naprawdę może być Wielkim Szatanem?
Portal Spraw Zagranicznych pełni rolę platformy swobodnej wymiany opinii - powyższy artykuł wyraża poglądy autora.


Jak Andaluzja stała się prawicowa
Pragmatyzm wygrywa w amerykańsko-chińskich relacjach
Trudne zadanie Rumena Radewa
Péter Magyar wzbudza pierwsze kontrowersje