Portal Spraw Zagranicznych psz.pl




Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home Opinie Polityka Magdalena Górnicka: Krępujące przemówienie Obamy

Magdalena Górnicka: Krępujące przemówienie Obamy


14 czerwiec 2009
A A A

Przemówienie Baracka Obamy w Kairze, choć ciepło przyjęte przez społeczeństwa muzułmańskie, politycznie związało prezydentowi ręce.

Gdy wybory w Libanie wygrała prozachodnia koalicja, na Bliskim Wschodzie zaczęto mówić o „efekcie Obamy”. Prezydent USA miał wywrzeć tak silne wrażenie na obywatelach państw tego regionu, że ci zmienili nastawienie zarówno do Ameryki, jak i do amerykańskich wartości z wolnością i demokracją na czele. Kairska mowa była raczej majstersztykiem dyplomacji publicznej, skierowanej bezpośrednio do społeczeństw, niż próbą ugłaskania przywódców państw, z Ahmadineżadem na czele.

Prezydent Iranu, a po nim – paradoksalnie – izraelski premier, Beniamin Netaniahu, przenieśli przemówienie Baracka Obamy na wymiar tradycyjnej dyplomacji – takiej z czasów Kissingera czy nawet Metternicha.

Mahmud Ahmadineżad, ogłosił, że wygrał „wolne i równe” wybory, został wybrany w demokratyczny sposób przez naród irański. Nawet jeśli kazał aresztować protestujących zwolenników Mira Hosejna Muzawiego, a także jego politycznych sprzymierzeńców. Na niedawnego kandydata na prezydenta, władze nałożyły areszt domowy.

Owszem, Barack Obama wyraził zaniepokojenie wyborami Iranie, ale przecież nie może pouczać Irańczyków, jak mają głosować! Przecież Ameryka chce rozmawiać po partnersku – jak równy z równym, a nie protekcjonalnym tonem, załamując ręce nad tym, że ci Irańczycy nigdy się nie nauczą demokracji. Bo demokracja i rozwój to anty-Ahmadineżad.

W identyczny sposób zagrał z Obamą Beniamin Netaniahu. W sojusz USA z Izraelem nie ma co wątpić – jednak kairskie przemówienie Obamy mogło nie spodobać się prawicowym wyborcom Netaniahu. Premier Izraela – niechętny wstrzymaniu osadnictwa na palestyńskich terenach – nie mógł powiedzieć przecież tego jasno i wyraźnie. Zwłaszcza, że Stany Zjednoczone mocno naciskały go w tej sprawie. Wyraźna odmowa byłaby dyplomatyczny policzkiem. Co więcej, w oczach swoich wyborców – koniec końców – pragnących przecież pokoju i bezpieczeństwa, mógłby wyjść na tego, który blokuje rokowania pokojowe.

Netaniahu postanowił odegrać się na Obamie jego własną bronią. Też wygłosił przemówienie, też na uniwersytecie. Ba, znaczna część jego treści była zbliżona do tego, co powiedział amerykański prezydent!

Beniamin Netaniahu wezwał bowiem Hamas do rozbrojenia, zaznaczył, że jest otwarty na rozmowy z arabskimi przywódcami, poparł stworzenie państwa palestyńskiego. Powiedział niby to samo, ale nie powiedział zarazem nic nowego: „Palestyńczycy muszą wybrać drogę pokoju albo drogę Hamasu” – czytaj: nie będziemy rozmawiać z Hamasem, póki ten się nie rozbroi. Obama już taki kategoryczny by nie był, nie stawiał tak ostrych warunków wstępnych.

Przemówienie Netaniahu nie było niczym innym, jak odpowiedzią skierowaną do Stanów Zjednoczonych: „nie zmieniliśmy zdania”! Dostarczona w sposób, który spodoba się zarówno Izraelczykom, jak i znacznej części sympatyzującej z Izraelem opinii publicznej. Przecież Beniamin Netaniahu jasno zadeklarował, że chce pokoju i państwa dla Palestyńczyków. To oni sami tego pokoju nie chcą. Przecież Izrael nie może ich zmusić.

Jeśli będzie zmuszać – to tylko w samoobronie, bo przecież ani Hamas, ani nawet Mahmud Abbas, nie wypowiedzieli się w podobnym tonie. Dyplomacja publiczna w pewien sposób szyfruje więc prawdziwy przekaz, kierowany do amerykańskich decydentów, a nie społeczeństwa.

Amerykański prezydent nie potrzebuje szyfrantów, by odczytać ten przekaz. Dlatego skupił się na reformie służby zdrowia, zostawiając dyplomację „salonowcom”.

Portal Spraw Zagranicznych pełni rolę platformy swobodnej wymiany opinii - powyższy artykuł wyraża poglądy autora.