|
Milczenie Baracka Obamy w sprawie Iranu mówi więcej niż kolejne wielkie przemówienie. REKLAMA
Barack Obama do tej pory znany z płomiennych mów, teraz ogranicza się do zdawkowego „wyrażania zaniepokojenia”. Mówi tylko to, co absolutnie musi – bo tego oczekują od niego media, a Robert Gibbs, jego rzecznik prasowy, nie może prezydenta w tym wyręczyć.
Okrągłe zdania z podręcznika dla dyplomatów nie pasują do prezydenta-wizjonera. Co więcej, gdy w Iranie ludzie wyszli na ulice, prezydent USA ostentacyjnie zajmuje się reformą służby zdrowia, jakby nie pamiętając, jakie konsekwencje dla Ameryki miało wyjście na ulicę Irańczyków przed trzydziestu laty. Prezydent ma także czas, by napisać esej o ojcostwie do popularnego czasopisma.
Owszem, ostatecznie potępił on Iran za użycie przemocy: przypomina to jednak bardziej apel papieża albo dalajlamy niż głowy państwa chcącego „odnowić amerykańskie przywództwo”. Dlaczego więc Barack Obama milczy? Po prostu zna starą prawdę, iż „mowa jest srebrem, a milczenie złotem”.
Obama to pragmatyk. Działania są dobre, jeśli są skuteczne. Choć słowa są piękne i mogą inspirować do wielkich działań, w ostatecznym rozrachunku liczą się tylko czyny. Milczenie nie oznacza też bierności. Zarówno bierności wobec własnych obywateli – na polu polityki wewnętrznej, jak i na arenie międzynarodowej.
Z powodu niepokojów w Iranie świat nie przestał się kręcić. 50 milionów Amerykanów dalej nie ma ubezpieczenia medycznego. I po to głosowali oni na Obamę, by takie ubezpieczenie dostać, a nie po to, by prezydent zajmował się wyborami w Iranie.
Dalej trwa wojna w Afganistanie, niespokojnie jest w Pakistanie czy – wprawdzie mniej – w Iraku. Dodatkowo, media chcą oglądać prezydenta uśmiechniętego, z rodziną i psem. Zważywszy, że media nadają teraz całą dobę, informacje szybko się dezaktualizują. Nowe media, takie jak Twitter, tylko ten proces przyśpieszają.
„Czarnoskóry Kennedy” wyciągnął chyba wnioski z działania tego właściwego z czasów kryzysu kubańskiego. Wąski krąg decyzyjny, ciągły monitoring sytuacji, zajęcie krajowych mediów innymi sprawami – przynajmniej do pewnego stopnia. Dyplomaci Obamy to w znacznym stopniu ludzie Clintona: doskonale pamiętają więc, że w przypadku Korei Północnej bardziej sprawdziła się taktyka cichych rozmów niż głośnych gróźb. Teraz próbują ten schemat działania przenieść na Iran.
Barack Obama ma też z pewnością w pamięci słowa Reinholda Niebuhra, przedstawiciela chrześcijańskiego realizmu (który łączy zaczerpniętą z Biblii miłość do bliźniego z realizmem): „ochrona cywilizacji demokratycznej wymaga przebiegłości szatana i niewinności gołębia”. Obama powołał się na Niebuhra poprzez swoje przemówienie w Kairze. Wtedy był gołębiem. Milczenie w sprawie Iranu to ta „szatańska przebiegłość”.
Ahmadineżad chce „Wielkiego Szatana”? Proszę bardzo!
Obama milczy, ale daje mówić innym. Choćby samym Irańczykom, poprzez Twittera. Jeden telefon z Departamentu Stanu sprawił, że prace konserwacyjne tego serwisu mikroblogowego zostały przełożone, a dopływ informacji przebiegał (i nadal przebiega) bez większych zakłóceń, pomimo usilnych starań irańskich władz.
Amerykański prezydent pamięta też o specyficznej dumie muzułmanów: niektóre słowa mogłyby zamknąć drogę do porozumienia na zawsze. Ahmadineżad mógłby je wykorzystać w umacnianiu nastrojów antyamerykańskich, zwłaszcza wśród niższych warstw społeczeństwa irańskiego, a nie inteligentów z Teheranu.
Milczenie Baracka Obamy jest też w końcu aktem ogromnej odwagi – prezydent naraża się na krytykę ze strony mediów, organizacji praw człowieka, innych państw. Często tych, którzy byli do tej pory mu najbliżsi. Dla opozycji milczenie Obamy jest argumentem przeciwko prezydentowi i młynem na wodę publicystów sympatyzujących z Republikanami.
Największą sztuką jest teraz przerwanie milczenia i ostre powiedzenie „dość”. „Wyrażając zaniepokojenie” i zaznaczając, że „świat patrzy” na Iran, Barack Obama chyba brał dopiero głęboki oddech.
Portal Spraw Zagranicznych pełni rolę platformy swobodnej wymiany opinii - powyższy artykuł wyraża poglądy autora.
|