|
Przemówienie Baracka Obamy w Ghanie to echo jego mowy inauguracyjnej. Kair był więc "kampanią wyborczą", a Akra to wstęp do prawdziwej polityki? REKLAMA
Wybór Ghany jako pierwszego państwa afrykańskiego, które Barack Obama odwiedzi jako prezydent USA, był oczywisty. Udanie się w pierwszej kolejności do Kenii byłoby postrzegane jedynie przez pryzmat osobistych związków Obamy z tym krajem. Dla Amerykanów byłaby to pewnie po prostu podróż sentymentalna, ale w Kenijczykach mogłaby obudzić niemożliwe do zrealizowania oczekiwania. Prezydent Stanów Zjednoczonych musi się kierować względami politycznymi. Ze względów politycznych Ghana była więc wyborem idealnym. Dodatkowo, Ghana była odpowiednią ilustracją do przesłania, które Obama zawarł w swoim przemówieniu wygłoszonym w tamtejszym parlamencie, a które miało nakreślić jego politykę wobec całej Afryki. Była to ze strony amerykańskiego prezydenta pewnego rodzaju "propaganda sukcesu". Sukcesu, który jednak nie przyszedł sam. Kluczową kwestią, wokół której zbudował swoje przemówienie Barack Obama, była odpowiedzialność samych Afrykanów za losy kontynentu. Przypomina to wygłoszone 20 stycznia w mowie inauguracyjnej wezwanie do odpowiedzialności skierowane do Amerykanów. Obama nawiązał wtedy do purytańskiej etyki pracy i potrzeby działania dla dobra społeczności. Pominął więc całą "skażoną" historię - konsumpcjonizmem, zachłannością, niegodziwością. Odwołał się do momentu narodzin narodu amerykańskiego, pominął późniejsze jego "grzechy". W Ghanie powiedział mniej więcej to samo - nawiązując do chwili uzyskania przez państwa Afryki niepodległości, do czasów Nkrumaha i Kenyatty, pominął późniejsze sprzeniewierzenie ideałom z momentu narodzin poszczególnych państw. W obu przypadkach Barack Obama nie wypowiadał się jednak jak charyzmatyczny kaznodzieja, który macha reką na to, co było i wiedzie ku "nowemu życiu". Obama wypowiadał się bardziej jako surowy nauczyciel, który, owszem, daje szansę, ale nie przyzwolenie na beztroskie i bezrefleksyjne działanie. Takim bezrefleksyjnym działaniem można nazwać przejadanie pomocy wysyłanej przez bogate państwa krajom Afrykańskim. Przynajmniej - pamiętając o tezach wyłożonych przez Dambisę Moyo, autorkę głośnej książki "Dead Aid". Obama nie posunął się tak daleko w swoim przemówieniu. Odwołał się jednak do przykładu Kenii, która w roku jego narodzin (1961) miała PKB wyższe niż Korea Południowa. Amerykański prezydent nie wspomniał nazwiska Moyo, jednak pośrednio znowu potwierdził przytaczane przez nią tezy, gdy przyznał, że sam dokładnie nie wie, jak wygląda amerykański plan pomocowy dla Afryki. Jest on bowiem skomplikowany, nieuporządkowany i brak mu nadrzędnego celu. Barack Obama, krytykując marnowanie potencjału wielu afrykańskich państw, podkreśla jednak, że nieprawdziwy jest wizerunek biednych i bezradnych Afrykanów. Ghana pokazała, że Afrykanie potrafią. "Yes, you can" - powiedział Obama, trawestując własne hasło wyborcze. Taka pozytywna krytyka nie mogła zostać w Afryce puszczona mimo uszu, ani zdyskredytowana przez zarzut rasizmu i wywyższania się dawnych kolonistów. Obama po raz kolejny odwołał się do swojej biografii. Przytaczając historię rodzinną, uwiarygodnił się w oczach Afrykanów, a także dobitnie potwierdził to, o czym mówił: jego ojciec pasał kozy na wsi zapomnianej przez Boga i ludzi, a on sam powrócił na afrykańską ziemię jako prezydent najpotężniejszego państwa świata! Wykorzystanie wątków autobiograficznych przez Obamę - po raz pierwszy od dawna - było jak najbardziej zasadne. Przemówienie w Ghanie, choć pozbawione szczegółów (Darfur wspomniany mimochodem, brak jakiegokolwiek zarysu działań Africomu) i znacznie mniej spektakularne niż to wygłoszone w Egipcie, było jednocześnie bardziej autentyczne. Bardziej jest też prawdopodobne, że zamiast zachwytów ze strony wszystkich oprócz samych adresatów mowy (jak było w przypadku przemówienia kairskiego - zachwycali się przede wszystkim komentatorzy, a nie muzułmanie), tym razem zachwytów będzie mniej, ale adresaci wezmą sobie przesłanie Obamy do serca. Zresztą pierwsze efekty już widać. Kenijska gazeta "Daily Nation" nie skrytykowała Baracka Obamy za wybranie Ghany zamiast kraju przodków, ale przyznała, że amerykański prezydent widać słusznie ma zastrzeżenia do kenijskiego rządu. Zamiast świętego oburzenia - przytomna autorefleksja. Oczywiście, jedno przemówienie, jakkolwiek by nie było piękne i żarliwe, nie zmieni samoistnie polityki zagranicznej. Przemówienie kairskie miało bardziej charakter kampanii wyborczej: konieczna jest bowiem reorientacja amerykańskiej polityki wobec państw muzułmańskich. Natomiast polityka prowadzona wobec Afryki przez prezydenta Busha nie może być równie druzgocąco skrytykowana. Owszem, popełniał on sporo błędów, przykładając większą wagę do kwestii bezpieczeństwa niż na przykład korupcji albo rozwoju gospodarczego, jednak jego program zwalczania AIDS był przyjmowany pozytywnie nawet przez krytyków samego Busha. Wizyta Baracka Obamy w Ghanie, krótka i zepchnięta na koniec podróży do Moskwy i na szczyt G-8,odzwierciedla też dotychczasową politykę Obamy wobec Afryki, której właściwie nie ma. Zbyt wiele się dzieje gdzie indziej - jest przecież Iran, Korea Północna, Honduras, Rosja, Unia Europejska, Chiny, Japonia, Izrael... Afryka jeśli była, to gdzieś mimochodem i po drodze. Czegoś innego można się było spodziewać po synu Kenijczyka... Jednak Obama jest przede wszystkim prezydentem USA. I - pomimo podkreślenia swoich afrykańskich korzeni - tak też się zachowywał podczas swojej ostatniej podróży do Afryki. Właśnie na owym dystansie - z pozoru przesadzonym – polega historyczne znaczenie jego wizyty w Ghanie. Portal Spraw Zagranicznych pełni rolę platformy swobodnej wymiany opinii - powyższy artykuł wyraża poglądy autora. |