Portal Spraw Zagranicznych psz.pl




Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home

Michał Jarocki: Amerykańska (nie)obecność na Westerplatte


31 sierpień 2009
A A A

Obchody siedemdziesiątej rocznicy wybuchu drugiej wojny światowej będą doskonałą okazją do pokazania światu tamtych wydarzeń z polskiej perspektywy. Goście obecni 1 września na Westerplatte pokażą siłę naszej dyplomacji. Jednak gdzie w tym wszystkim są Amerykanie?

Jednym z kluczowych zadań każdego rządu jest dbanie o pozytywny wizerunek własnego państwa w świecie. Nie od dzisiaj bowiem wiadomo, że prestiż i odpowiednia pozycja na arenie międzynarodowej są kluczowym czynnikiem w relacjach z innymi krajami. Dbanie o wizerunek państwa jest w rzeczywistości budowaniem lepszej pozycji w międzynarodowej grze politycznej. Grze, w której poza potencjałem ekonomicznym, demograficznym czy militarnym, liczy się również tzw. softpower, czyli najogólniej mówiąc, odbiór kraju zagranicą.

Od czasu przejęcia steru rządów jesienią 2007 roku, ekipa Donalda Tuska miała ułatwione zadanie w kwestii budowania pozytywnego obrazu Polski na świecie . Spuścizna polityki zagranicznej, odziedziczona po poprzedniej władzy, była idealnym polem do tworzenia wzorowego wizerunku kraju u pozostałych podmiotów międzynarodowych. Temu też m.in. służyła tzw. polityka odprężenia w relacjach z naszymi głównymi sąsiadami. Najpierw poprawa (i ucywilizowanie) stosunków z Niemcami, zapoczątkowane wizytą polskiego premiera w Berlinie, a następnie próby negocjacji z Rosją, skutkujące zniesieniem embarga na polskie mięso, które to stało się kością niezgody na skalę całej UE.

Jednak dbanie o odpowiedni prestiż państwa, to nie tylko dobre relacje z sąsiadami. To również skala i ranga wydarzeń politycznych, których to państwo jest uczestnikiem, bądź też organizatorem. Dlatego też, jednym z głównych celów polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, była próba zapewnienia odpowiednio doborowego towarzystwa, w postaci głów państw i szefów rządów, na uroczystości upamiętniającej siedemdziesiątą rocznicę wybuchu drugiej wojny światowej. Bowiem goszczenie polityków z najwyższej światowej półki jest świadectwem pozycji państwa na arenie międzynarodowej, jak i odpowiednio dobrych relacji z najważniejszymi krajami na świecie.

I po liście obecności można wnioskować, że Polska ma pozytywne relacje z wieloma ważnymi krajami. Swój przyjazd potwierdzili przywódcy (formalni i nieformalni) takich państw, jak Rosja – Władimir Putin, Niemcy – Angela Merkel, Francja – Francois Fillion, Holandia – Jan Peter Balkenende, Szwecja – Fredrik Reinfeldt, czy większość państw naszej części Europy. Pojawi się również brytyjski minister spraw zagranicznych, David Miliband. Rzeczywiście, nazwiska mogą robić wrażenie.

W tej chwili ktoś złośliwy może stwierdzić: „Wszystko fajnie, pięknie. Tylko gdzie są Stany Zjednoczone?”. Dobre pytanie. Co się stało z naszym największym sojusznikiem? Dlaczego na jednej z najważniejszych uroczystości poświęconych drugiej wojnie światowej nie pojawi się nikt z przedstawicieli obecnej amerykańskiej administracji? Dlaczego USA, które od zawsze były czołowym partnerem Polski w jej polityce międzynarodowej, nie będą reprezentowane przez swoich najważniejszych polityków? Powodów może być zapewne kilka, postaram się jednak skupić na dwóch, moim zdaniem, najważniejszych.

Pierwszym z nich może być fakt, iż administracja prezydenta Baracka Obamy ma nieco inne podejście do polityki międzynarodowej niż poprzednia ekipa. George W. Bush reprezentował pogląd mówiący o konieczności twardego podejścia do relacji z Federacją Rosyjską. W tym celu potrzebne mu były państwa regionu Europy Środkowej, które kierowane historycznymi zaszłościami, ochoczo przystawały na wszelkie pomysły Amerykanów odnoszące się ich wielkiego wschodniego sąsiada. Można więc pokusić się o stwierdzenie, że czasy rządów Busha to było polskie „pięć minut” w stosunkach ze Stanami Zjednoczonymi.

Jednak Barack Obama, w przeciwieństwie do swojego poprzednika, promuje zupełnie odmienne podejście do relacji z Rosją. Ogłoszona zaraz po jego zaprzysiężeniu na urząd prezydenta USA, polityka „zresetowania” stosunków z Moskwą, była zapowiedzią złagodzenia podejścia do Rosjan, a co za tym idzie zmarginalizowaniem znaczenia krajów środkowoeuropejskich z Polską na czele.

Od tego momentu Amerykanie za wszelką cenę starali się unikać jakichkolwiek prowokacyjnych (względem Rosji) gestów w kierunku Warszawy, czego dobitnym przykładem może być przeciągający się proces decyzyjny w kwestii instalowania w Polsce i Czechach elementów amerykańskiej tarczy antyrakietowej. Warto przypomnieć, że projekt budowy w byłych państwa bloku sowieckiego, części amerykańskiego systemu obronnego był kością niezgody w relacjach na linii Waszyngton – Moskwa.

Oliwy do ognia z pewnością dolał list, jaki ostatnimi czasy wysłali byli i obecni przywódcy państw środkowoeuropejskich. Adresatem tego listu była Barack Obama, a treścią wezwanie amerykańskiego prezydenta do większego uwzględniania interesów tych krajów, które sporo ryzykując, celowo działały przeciwko Moskwie, czym niewątpliwie wzbudziły jej gniew. O ile rozgoryczenie po stronie Polski czy Czech jest zrozumiałe, o tyle forma jego uzewnętrznienia już zupełnie nie do zaakceptowania. Nie można bowiem otwarcie pouczać prezydenta Stanów Zjednoczonych jak ma się zachowywać w kwestii swojej polityki zagranicznej, a następnie liczyć na jego przychylność. W tym przypadku, śmiem twierdzić, że wspomniany list był wręcz strzałem w stopę dla niektórych państw. Szkoda, że również dla Polski.

Drugim powodem, dla którego amerykańska delegacja wysłana na 1 września jest tak porażająco skromna jest, być może, kwestia drugiej wojny światowej. Stany Zjednoczone bardzo dobrze zdają sobie sprawę z wagi dyskusji, która toczy się w Europie już od wielu dekad, a która dla samych Stanom jest zupełnie nieistotna. Chodzi o spór dotyczący winnych wywołania wojny. I o ile dla USA sprawa jest prosta, wojna zaczęła się siódmego grudnia 1941 roku, w chwili zbombardowania amerykańskiej bazy wojskowej na Pearl Harbor, o tyle dla Europejczyków nie jest to już takie oczywiste.

Można jedynie przypuszczać, że Biały Dom, spodziewając się nowej fali oskarżeń wielu państw europejskich wobec siebie samych, będzie chciał trzymać się z dala od tego problemu. Być może Amerykanie, słusznie, obawiali się, że zwolennicy teorii mówiącej o  winie ZSRR za wywołanie wojny, będą chcieli wciągnąć Waszyngton w tą niekończącą się spiralę walki propagandowej. W sytuacji, gdy Barack Obama stara się odbudowywać stosunki z Rosjanami, angażowanie się w tego typu „zawody” jest zupełnie niepotrzebne.

Obama nie będzie przecież ryzykował swojej linii politycznej dla propagandowych interesów kilku państw w Europie, nie mając w tym żadnego politycznego interesu. W tej sytuacji, Amerykanie postanowili trzymać się z dala od kwestii rozpętania wojny i pozwolić Europejczykom rozwiązywać ten problem między sobą.

Wymienione powyżej powody, dla których Stany Zjednoczone będą reprezentowane 1 września jedynie w osobie Williama J. Perry’ego, byłego Sekretarza Obrony w administracji Billa Clintona oraz gen. Jamesa Jonesa, szefa Rady Bezpieczeństwa Narodowego, powinny być lekcją dla osób odpowiedzialnych za polską politykę zagraniczną. Na pewno przez ostatnie lata popełniono wiele błędów jeśli chodzi o relacje polsko – amerykańskie.

Można wskazywać na zbytnią uległość części polskich polityków, którzy np. akceptowali instalację amerykańskiej tarczy w mgnieniu oka. Można również zarzucać polskim dyplomatom, że nie przewidzieli sytuacji, w której Polska nie jest Stanom Zjednoczonym potrzebna i tak naprawdę kraj nad Wisłą zostaje w pewien sposób porzucony przez niedawnych sojuszników zza oceanu. Błędów można wytykać jeszcze wiele, ale nie w tym rzecz. Błędy się popełnia, lecz należy wyciągać z nich wnioski, aby następnym razem nasz kraj nie został z tzw. „ręką w nocniku” z cichym chichotem Moskwy w tle.

Portal Spraw Zagranicznych pełni rolę platformy swobodnej wymiany opinii - powyższy artykuł wyraża poglądy autora.