Michał Jarocki: Teflonowy prezydent
Wybuch afery „Iran – Contras” miał swoje reperkusje w wielu miejscach na świecie. Irańska armia została pozbawiona dostaw broni, Izrael musiał w dalszym ciągu niepewnie przyglądać się konfliktowi na Półwyspie Arabskim, prawicowa partyzantka w Nikaragui przestała być dotowana przez Stany Zjednoczone, a Białym Dom okrył się skandalem, który kilka osób kosztował on koniec urzędniczej kariery.
Jest połowa lat osiemdziesiątych minionego stulecia. Iran jest w trakcie jednego z najkrwawszych konfliktów zbrojnych w swojej historii. Wojna z Irakiem, której końca nie widać, ciągnie się już od kilku lat. Co gorsza, uzbrojenie wojsk irańskich jest o wiele słabsze od potencjału przeciwnika. Nikt nie ma wątpliwości, że niezbędne są zakupy nowej broni.
Tak w sporym skrócie rysuje się sytuacja Iranu w momencie rozpoczęcia wymiany handlowej ze Stanami Zjednoczonymi. Wymiany o tyle egzotycznej, iż wmieszany w nią był nawet Izrael.
Każda ze stron miała swoje własne pobudki zmuszające je do współpracy, która jeszcze do niedawna wydawała się niemożliwa do wyobrażenia. W przypadku Iranu chodziło oczywiście o wzmocnienie swojej armii, która wykrwawiona i z mocno przetrzebionymi szeregami, coraz słabiej radziła sobie w walce z wrogiem. Przypomnijmy sobie, że rok 1986, w którym to doszło do sprzedaży Irańczykom amerykańskiego uzbrojenia, to czas przestoju na linii frontu. Był to okres przypominający bardziej klasyczną wojnę pozycyjną z momentami większych lub mniejszych ofensyw podejmowanych przez obie strony.
Warto również odnotować, że Irak, który całą tą ośmioletnią wojnę zapoczątkował, korzystał wówczas z uzbrojenia produkowanego z Związku Radzieckim. Władze w Teheranie musiały wobec tego zgodzić się na zakup uzbrojenia oferowanego przez drugie światowe supermocarstwo.
Jeżeli chodzi o motywy kierujące administracją w Białym Domu, należy je traktować kilkutorowo. Pierwszym powodem, dla którego ówczesny prezydent Stanów Zjednoczonych Ronald Reagan złożył swój podpis pod tajnym rozporządzeniem rozpoczynającym cały proceder, był fakt przetrzymywania w Libanie kilkoro amerykańskich obywateli, którzy stali się zakładnikami Hezbollahu - organizacji uznawanej przez część państw na świecie za terrorystyczną.
Ale jaki był związek między dostawą broni do Iranu, a amerykańskimi zakładnikami przetrzymywanymi w Libanie? Na pierwszy rzut oka – żaden. Jeśli jednak przyjrzymy się bliżej liście państw, które wspierały Hezbollah zarówno finansowo jak i logistycznie, dostrzeżemy, że Iran był jednym z głównych donatorów pomocy dla tej organizacji. A to dawało Teheranowi (i nadal daje) niebywałe narzędzie nacisku. Innymi słowy, plan Reagana zakładał, że Biały Dom pomoże uzbroić irańskie wojsko, a Teheran pomoże amerykańskim zakładnikom wrócić do domu. Plan śmiały i logiczny, a jakże.
Jednak na tym nie kończy się lista amerykańskich motywów. CIA nawiązała w tamtych latach kontakty z umiarkowanymi dowódcami irańskiej armii. Obie strony dość szybko doszły do porozumienia i powstał plan, którego powodzenie mogło sprawić, że dzisiejsze relacje amerykańsko – irańskie wyglądałyby inaczej. Otóż w zamian na dostarczenie wojskowym narzędzia do pokonania Saddam Husajna, ci sami wojskowi mieli w przyszłości doprowadzić do obalenia Chomeiniego, duchowego przywódcy Iranu i zmienienia tego kraju w bardziej prozachodni. Taki plan wydaje się już mniej realny niż uwolnienie zakładników.
Biały Dom chciał jednak ugrać jeszcze jedną rzecz na całej tej wymianie. Chodziło tym razem o kraj oddalony od Iranu o wiele tysięcy kilometrów, ale który na sprzedaży broni mógł sporo zyskać. Przynajmniej z punktu widzenia części jego społeczeństwa. Tym krajem była Nikaragua, rządzona twardą ręką przez komunistyczny reżim. Amerykanom, którzy w czasach Zimnej Wojny starali się zwalczać wszelkie przejawy komunizmu pojawiające się „na ich podwórku”, czyli w regionie Ameryki Południowej i Środkowej, bardzo zależało na finansowym wsparciu ruchu oporu wobec niechcianej władzy.
Znamy już motywy obu stron. Pojawia się teraz pytanie, jak można było dokonać sprzedaży broni dla państwa, z którym nie utrzymywało się oficjalnych stosunków dyplomatycznych od czasu zajęcia amerykańskiej ambasady w Teheranie pod koniec lat siedemdziesiątych? Ponadto cała transakcja nie mogła wyjść na jaw z jeszcze jednego powodu. Mianowicie, Stany Zjednoczone za wszelką cenę nie chciały być uznane za państwo opowiadające się po jednej ze stron w iracko – irańskim konflikcie.
I w tym momencie na scenie pojawia się kolejne państwo, które miało ogromny wpływ na przebieg całego procederu – Izrael.
Izraelczykom zależało, aby w konflikcie Iraku z Iranem nie było ostatecznego zwycięzcy. Wychodzili bowiem z założenia, że jeśli jedno z państw uzyska dostęp do złóż ropy sąsiada, szybko przełoży się to na znaczny wzrost dochodów z handlu tym wysoce opłacalnym surowcem, a to w dłuższej perspektywie doprowadzi do wzrostu zagrożenia samego Izraela.
Zatem cała intryga miała przebiegać w następujący sposób: irańscy generałowie zakupią od Izraelczyków amerykańskie rakiety przeciwczołgowe TOW. Następnie Izrael zamówi w USA takie same rakiety, aby uzupełnić swoje własne arsenały. Stany Zjednoczone przeznaczą pieniądze uzyskane ze sprzedaży na wsparcie prawicowej partyzantki w Nikaragui. Tak właśnie miał wyglądać cały proceder, który gdyby wyszedł na jaw, stałby się nie lada problemem dla zainteresowanych państw.
Pierwsza tego typu transakcja miała miejsce w połowie 1985 roku. Wówczas Iran zakupił od Izraela 96 wspomnianych rakiet. Następnie systematycznie w kilkumiesięcznych odstępach dochodziło do sprzedaży kolejnych partii uzbrojenia. W międzyczasie Amerykanie realizowali wówczas swoje wcześniejsze założenia. Hezbollah pod naporem Irańczyków zaczął uwalniać pojmanych zakładników, a nikaraguańska partyzantka dostawała od Waszyngtonu coraz większe sumy pieniędzy, dzięki którym mogła skuteczniej walczyć z komunistami.
Cały proceder trwał nieprzerwanie do listopada 1986 roku, kiedy to libańska gazeta „Ash – Shiraa” opublikowała na swych łamach artykuł opisujący tajną sprzedaż amerykańskiego uzbrojenia armii irańskiej. Co więcej, niedługo później na jaw wyszło również finansowanie prawicowej partyzantki, które było sprzeczne z amerykańskim prawem. Chodzi o tzw. poprawkę Bolanda, która zabraniała władzom Stanów Zjednoczonych udzielania wsparcia ruchom partyzanckim w Ameryce Południowej. W tym momencie cała operacja mogła skutkować postawieniem prezydentowi Reaganowi, który przecież sygnował ją swoim podpisem, oskarżenia o złamanie konstytucji, a konsekwencji rozpoczęciem procedury odwołania ze stanowiska, czyli tzw. impeachementu.
Jednak sprawa przybrała wyjątkowo korzystny dla Reagana obrót. Z chwilą rozdmuchania skandalu przez amerykańskie media, czołowi politycy prezydenckiej administracji zostali zmuszeni do rezygnacji z zajmowanych przez nich stanowisk. Taki los spotkał chociażby członka Rady Bezpieczeństwa Narodowego Oliviera Northa, który został później oskarżony m.in. o celowe niszczenie dokumentów związanych z aferą i skazany na wiele lat więzienia. Jednak pozycja samego prezydenta nawet przez chwilę nie była zagrożona. Reagan nie stracił poparcia zarówno polityków w Kongresie jak i zaufania społeczeństwa. Sposób, w jaki udało mu się uniknąć oskarżeń o łamania zasada konstytucji, doprowadził do określenia go mianem „teflonowego prezydenta”, któremu żadna afera nie jest w stanie zagrozić.
W momencie, gdy nielegalne działania amerykańskich władz ujrzały światło dzienne, proceder sprzedaży broni Irańczykom ustał. Wstrzymaniu uległo również finansowanie nikaraguańskiej partyzantki. Biały Dom nie zdecydowałby się już na żaden tak ryzykowny krok.


Wolność w szwedzkim modelu państwa opiekuńczego