Portal Spraw Zagranicznych psz.pl




Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home

Dariusz Kałan: Ukraina-UE: nieśmiały flirt zamiast romansu


18 październik 2009
A A A

Ostatnia wizyta Wiktora Juszczenki w Brukseli skłania do podsumowania polityki europejskiej Kijowa w minionym pięcioleciu. A ta przypomina waśnie skazanych na siebie kochanków, którzy zamiast poddać się sile namiętności, boczą się i grymaszą.

Czwartkowe spotkanie prezydenta Ukrainy z szefem KE José Manuelem Barroso oraz przewodniczącym PE Jerzym Buzkiem było ostatnim oficjalnym przed styczniowymi wyborami prezydenckimi. Juszczenko, mimo iż już zadeklarował swój start, ma minimalne szanse na reelekcje. Według sondaży z końca września na obecnego lokatora Pałacu Maryńskiego zagłosowałoby zaledwie 2,4% badanych.

 

Zaniechania roku 2005 

 

Po zwycięstwie Juszczenki w ''trzeciej turze'' wyborów w grudniu 2004 roku, czyli finalnym akcie pomarańczowej rewolucji, nadzieje na szybkie zbliżenie Ukrainy z Unią Europejską były bardzo duże. Jednak już wtedy dało się dostrzec gwałtowne rozejście się dwu porządków: nominalnego (retorycznego) i realnego (instytucjonalnego).

 

Zaprzysiężenie Juszczenki zapoczątkowało jego wielką ofensywę dyplomatyczną. Już w lutym 2005 roku w przemówieniu wygłoszonym w siedzibie Rady Europy w Strasburgu nowy prezydent za  priorytet polityki zagranicznej Ukrainy uznał szybkie członkostwo w UE. Zresztą Juszczenko o wzmocnieniu kontaktów ze Wspólnotą myślał na długo zanim wygrał wybory: w grudniu 2003 roku powołał Centrum Europa, składające się m.in. z międzynarodowych ekspertów, którzy przygotowali dla niego szczegółowy program zbliżenia Ukrainy ze strukturami europejskimi. Niedługo po mowie strasburskiej wypełniono wniosek formalny o akcesję, jednakże unijni włodarze mogli zaproponować Ukrainie jedynie protokół, przyznający jej status gospodarki wolnorynkowej.

 

Entuzjazm prezydenta był tonowany nie tylko przez urzędników UE, ale również przez rodzimą biurokrację. Odważnym deklaracjom (minister SZ Borys Tarasiuk stwierdził, że wejście Ukrainy do UE jest możliwe już w 2015 roku) nie towarzyszyły przemiany instytucjonalne. Zarówno Juszczenko, jak i premier Julia Tymoszenko, szybko zrozumieli, że realizacja hasła „europejski wybór Ukrainy” wiązałaby się z głębokimi zmianami strukturalnymi w państwie, przede wszystkim z wprowadzeniem decentralizacyjnej reformy terytorialnej i adaptacją rodzimego prawa do norm unijnych.

 

Żadne z nich nie mogło liczyć na wystarczające poparcie polityczne, bowiem idea decentralizacji, czyli de facto realizacja napisanej na życzenie Leonida Kuczmy noweli do konstytucji, budziła sprzeciw zarówno obozu Tymoszenko, jak i prezydenta. Ponadto bardzo szybko pojawiły się spory kompetencyjne.

 

W pierwszym gabinecie Tymoszenko powstały dwa kluczowe dla pogłębienia procesu integracji urzędy: wicepremiera ds. europejskich i wicepremiera ds. reformy administracyjnej. Pierwszy objął technokrata Ołeh Rybaczuk, drugi – były współpracownik Kuczmy Roman Bezsmertnyj. Obaj przedstawili ambitne projekty głębokich zmian, ale napotkały one na opór innych członków rządu. Po pierwsze: już na etapie ukazu nie rozdzielono kompetencji wicepremiera ds. europejskich i ministra spraw zagranicznych, stąd permanentny spór między Rybaczukiem a Borysem Tarasiukiem, żywo zainteresowanym kwestiami europejskimi. Po drugie: żaden z ministrów nie zgodził się na stworzenie wewnątrz swojego resortu departamentu europejskiego, gdyż to oznaczałoby oddanie części własnych kompetencji w ręce Rybaczuka. Po trzecie: projekty decentralizacyjne Bezsmertnyja nie mogły zostać wprowadzone w życie z powodu braku reformy politycznej, czyli konstytucyjnej (zmiana ustroju na gabinetowo-parlamentarny), czemu najbardziej sprzeciwiało się otoczenie prezydenta. W efekcie obaj wicepremierzy zostali pozbawieni rzeczywistych możliwości działania.

 

Ukraina nigdy później nie miała takiej szansy na trwałe umocnienie kierunku europejskiego jak w roku 2005, kiedy za granicą ciągle jeszcze utrzymywał się wysoki poziom prorewolucyjnej sympatii, a w kraju panowała względna zgoda między dwoma pomarańczowymi ekipami.

Niewielkie osiągnięcia 

Po odwołaniu przez Juszczenkę rządu Tymoszenko we wrześniu 2005 roku Ukraina pogrążyła się w trwającym do dziś i niezrozumiałym dla europejskich elit konflikcie wewnętrznym. A im bliżej zaplanowanych na styczeń 2010 wyborów prezydenckich, tym bardziej kwestie zagraniczne były w debacie politycznej marginalizowane.

 

Przesadzone są te głosy, które mówią o całkowitym zmarnowaniu okresu porewolucyjnego. Mimo coraz niebezpieczniejszego przywracania niektórych elementów kuczmowskiej polityki dwubiegunowości, żaden gabinet, nawet ten kierowany w latach 2006-2007 przez Wiktora Janukowycza, nie zrezygnował z kursu prounijnego. Zresztą to właśnie w okresie rządów lidera Partii Regionów Ukraina podpisała dwa ważne dokumenty: umowę o ułatwieniach wizowych z obietnicą wprowadzenia reżimu bezwizowego (grudzień 2006) oraz mandat negocjacyjny w sprawie porozumienia zastępującego Partnership and Cooperation Agreement (PCA), w styczniu 2007.

Jednakże nawet te dwa zobowiązania nie mogą w pełni satysfakcjonować. Pierwsze stało się w istocie umową o utrudnieniach wizowych, bowiem Polska została zobowiązana do wprowadzenia dla Ukraińców płatnych wiz. Dalsze restrykcje spowodowało rozszerzenie strefy Schengen. Zaś rozmowy o zastępstwie dla PCA, podstawowego instrumentu prawnego regulującego wzajemne stosunki UE - Ukraina, po prostu musiały się rozpocząć, gdyż porozumienie wygasało w 2007 roku.

Prace nad nowym porozumieniem nabrały właściwego kształtu w lutym 2008 roku, kiedy postanowiono, że w ciągu dwu – trzech lat utworzona zostanie pogłębiona strefa wolnego handlu o charakterze umowy stowarzyszeniowej. Jej centralnymi elementami będą: zniesienie barier taryfowych, liberalizacja przepływu pozostałych czynników produkcji i przystosowania ukraińskiego prawodawstwa do standardów UE. Rozmowy nabrały tępa w ciągu ostatnich miesięcy, kiedy prezydencję w Unii przejęła Szwecja. Niedawno Jerzy Buzek stwierdził, że podpisanie politycznej części umowy będzie możliwe już w grudniu tego roku.

Za to dwa niewątpliwie osiągnięcia polityki prozachodniej ostatniego pięciolecia to przyjęty wiosną bieżącego roku polsko-szwedzki projekt Porozumienia Wschodniego, który będzie skuteczny o tyle, o ile nie stanie się alternatywą dla członkostwo w UE oraz otrzyma poważne dofinansowanie (600 mln euro na sześć krajów to kropla w morzu potrzeb); drugim jest przystąpienie Ukrainy do Światowej Organizacji Handlu (WTO) w maju 2008 roku – de facto pierwszy konkretny krok na rzecz zbliżenia ze strukturami zachodnimi.  

Wspomniana wcześniej przychylność Janukowycza dla idei europejskiej nie powinna dziwić; nie jest on tak prorosyjski, jak się powszechnie uważa, ponadto za członkostwem w UE opowiada się co trzeci Ukrainiec. Europejski model cywilizacyjny jest obecnie znacznie bardziej atrakcyjny dla społeczeństwa ukraińskiego niż każdy inny. Politycy w swoich deklaracjach muszą jednak uwzględniać nie tylko nastroje społeczne, ale także – w warunkach ukraińskich – wybory najważniejszych oligarchów. A oni właśnie są, jak pisał kiedyś Paweł Zalewski, „forpocztą ruchu europejskiego”. Wstąpienie Ukrainy do UE to dla nich unikalna szansa na podbicie nowych rynków zbytu.

Gospodarka – tak, polityka – nie 

Unia Europejska póki co przystaje na zbliżenie handlowo-gospodarcze, co przejawia się także w walnej pomocy europejskich organizacji finansowych w walce z ukraińską zapaścią ekonomiczną, a także gotowością unijnego wsparcia modernizacji ukraińskich rurociągów. Jednakże dostrzegalny jest sceptycyzm Wspólnoty wobec integracji politycznej. Ma na to wpływ nie tylko niechęć do kolejnego w niedługim czasie rozszerzenia wschodniego, ale również przekonanie, że Ukraina jest krajem chimerycznym i niestabilnym. W ostatnich latach zostało ono pogłębione przez cztery czynniki: częste zmiany rządów oznaczające zaburzenie ciągłości w polityce zagranicznej, kryzysy gazowe z 2006 i 2009 roku, niejasną rolę ukraińskich wojskowych w wojnie gruzińskiej oraz bezradność elit w zmaganiach z kryzysem gospodarczym.

 

Pierwszy i ostatni świadczą o niedojrzałości ukraińskich decydentów. Jej symbolicznym wyrazem było zachowanie Juszczenki i Tymoszenko podczas czerwcowej wizyty w Kijowie ministrów spraw zagranicznych Polski i Niemiec. Radosław Sikorski i Frank-Walter Steinmeier w imieniu całej Wspólnoty mieli przedstawić listę warunków, jakie spełnić musi Ukraina, aby myśleć o członkostwie w Unii. Tymczasem premier i prezydent wykorzystali przybycie zagranicznych gości do realizacji doraźnych celów politycznych. Żadne z nich nie wykazało dużego zainteresowania przyjazdem ministrów, a rozmowa z Tymoszenko o mało co, a nie zostałaby odwołana. Powodem miało być specjalne odwlekanie spotkania przez Juszczenkę, który miał nadzieję, że dzięki temu zabraknie czasu na wizytę u pani premier. Gorączka wzajemnej nienawiści między niedawnymi sojusznikami osiągnęła już taki stopień, że prezydent przez siedem miesięcy nie powoływał szefa dyplomacji tylko po to, aby sabotować działania rządu. Dopiero na początku października przedstawił kandydaturę znanego oligarchy, Petra Poroszenki, na nowego ministra.

 

Dwa kolejne powody sceptycyzmu UE, przede wszystkim Niemiec i Francji, są związane z obawami przed zatargiem z Moskwą. Trudno spodziewać się, że przywódcy Starej Unii uchylą drzwi Kijowowi w momencie najintensywniejszego od lat sporu na linii Ukraina - Rosja. Mimo iż do tarć dochodziło wielokrotnie, nawet po pomarańczowej rewolucji, to relacje między tymi państwami nie były tak napięte jak obecnie od czasu konfliktu o posowiecką broń nuklearną z początku lat 90. Tylko w ciągu ostatniego lata słyszeliśmy o: kryzysie dyplomatycznym, zakończonym wydaleniem z obu krajów wysokich urzędników ambasad i konsulatów; zaczepnym liście Dimitrija Miedwiediewa do Juszczenki; ustawie o obronie, rozszerzającej możliwość użycia wojsk rosyjskich poza granicami kraju; oskarżeniu Ukrainy o czynny udział w wojnie gruzińskiej przeciwko Moskwie oraz pełzającym nowym konflikcie gazowym. Zarówno Merkel jak i Sarkozy mają świadomość, że intensyfikacja stosunków politycznych UE z Ukrainą będzie oznaczać przenoszenie jej bilateralnych rozgrywek z Rosją na arenę europejską, a na to żadne z nich nie może sobie pozwolić. To paradoksalne, ale właśnie odmrożenie i unormowanie relacji Ukrainy z Rosją może być argumentem decydującym o zmianie stanowiska Paryża i Berlina.

Błędy po obu stronach 

Innym realnym niebezpieczeństwem, oprócz niechęci Niemiec i Francji do nowego rozszerzenia wschodniego, jest utrata wiary Ukraińców we Wspólnotę. Coraz częściej pojawiają się glosy, że to Unia nie wykorzystała szansy, jaka powstała po pomarańczowej rewolucji. Owe obawy społeczeństwa ukraińskiego szybko podchwycili dwaj kandydaci na urząd prezydencki, Janukowycz oraz związany z Juszczenką Arsenij Jaceniuk, którzy niedawno zasugerowali porzucenie szkodliwego „euroromantyzmu”.

 

Kończąca się kadencja Juszczenki była dużym rozczarowaniem dla tych, którzy spodziewali się błyskawicznego poszerzenia współpracy między UE a Ukrainą. Największą przewiną prezydenta jest brak przygotowania administracji państwowej oraz przedłożenie konfliktów wewnętrznych ponad proces integracyjny, co dotyczy zresztą także innych ośrodków władzy. Stanowisko wicepremiera ds. europejskich pojawiło się jedynie w pierwszym rządzie Tymoszenko; żaden kolejny gabinet nie miał specjalnego ministra odpowiedzialnego za stosunki z UE. W końcu udało się doprowadzić do reformy konstytucyjnej, ale zakładane w ustawie uniezależnienie się rady ministrów od prezydenta stało się przyczynkiem do wielkiego sporu kompetencyjnego i w efekcie paraliżu państwa.

 

Błędy popełniła także Unia, która przez większą część ostatniego pięciolecia zajęta była własnymi problemami: zmaganiami z przyjęciem konstytucji europejskiej, a potem Traktatu Lizbońskiego,  wreszcie z kryzysem. Jednakże nie należy lekceważyć zbliżenia gospodarczego, będącego warunkiem niezbędnym choćby częściowej integracji ze Wspólnotą. A podpisanie politycznej umowy stowarzyszeniowej już w grudniu tego roku, podczas kijowskiego szczytu Ukraina – UE, byłoby nie tylko spełnieniem ambicji aktualnie urzędującej prezydencji szwedzkiej, ale także udanym, choć z pewnością nie efektownym, finałem kadencji Juszczenki.

 

Portal Spraw Zagranicznych pełni rolę platformy swobodnej wymiany opinii - powyższy artykuł wyraża poglądy autora.