Paweł Świeboda: Sztuka płacenia rachunku za europejskie przywództwo
-
Paweł Świeboda, demosEUROPA
Jeżeli UE ma uzgodnić na szczycie jakiekolwiek kwoty, Francja i Niemcy muszą chcieć, aby tak się stało. Muszą również uzgodnić między sobą jak pogodzić podział globalnych zobowiązań z kompensacją dla nowych członków.
Prezydent Klaus zepsuł przyjęcie, które szwedzka prezydencja przygotowywała na zbliżające się posiedzenie Rady Europejskiej, chcąc celebrować nieodległe wejście w życie Traktatu z Lizbony. Nowy pomysł polega teraz na tym, aby rozmawiać z czeskim przywódcą "w rękawiczkach", próbując nakłonić go do podpisania dokumentów ratyfikacyjnych bez wywierania nadmiernej presji, co ma umożliwić mu zachowanie w całym zamieszeniu twarzy. Na szczycie będzie sporo kuluarowych dyskusji o stanowiskach do obsadzenia w UE, ale bez złożonego we właściwym miejscu podpisu prezydenta Klausa, nic nie może formalnie się wydarzyć.
Oznacza to, że kwestia finansowania działań służących ograniczeniu zmian klimatycznych oraz adaptacji do jego skutków w krajach rozwijających się zadecyduje o sukcesie szczytu. Jest małe prawdopodobieństwo, że szefowie państw i rządów UE skorzystają z okazji i potwierdzą swoje pretensje do przywództwa w świecie za pośrednictwem realnej gotówki. Szwedzka prezydencja będzie musiała wywrzeć maksymalną presją na państwa członkowskie, aby zgodziły się położyć na stole konkretne sumy pieniędzy na obecnym etapie negocjacji międzynarodowych. W uzgodnionym przed szczytem G20 w Pittsburgu komunikacie, liderzy UE cytowali szacunki Komisji Europejskiej, zgodnie z którymi całkowity koszt niezbędnych działań w państwach rozwijających się ma wynieść 100 miliardów euro rocznie do 2020 roku. Nie wszyscy byli szczęśliwi z powodu umieszczenia tego rodzaju cytatu w tekście, ale mogli z tym żyć. Teraz logicznym następnym krokiem jest podjęcie rachunku i sensowny podział obciążeń wewnątrz UE. Szwedzka prezydencja jest pod wielką presją, bo UE na czerwcowym szczycie zobowiązała się do podjęcia decyzji na temat kwestii finansowania właśnie w październiku.
Sumy, o które chodzi, nie są niewyobrażalnej wielkości, szczególnie biorąc pod uwagę, że wiele z tego, co UE szczodrą ręką przeznaczyłaby na potrzeby krajów rozwijających się powróciłoby w postaci zamówień dla firm europejskich. Niemniej jednak Europejczycy majstrują przy kluczu dystrybucyjnym tak, aby nie przypadło na nich więcej, niż 10-20 procent globalnego wysiłku, co z grubsza odzwierciedla ich udział w globalnych emisjach. Jeżeli zamożność byłaby głównym punktem odniesienia, UE musiałaby przeznaczyć na całą operację dużo więcej środków, pokrywając do 30 procent całkowitych kosztów.
Prawdą jest, że z logicznego punktu widzenia UE może chcieć poczekać na ruch Stanów Zjednoczonych, zanim podejmie własne zobowiązania, ale tego rodzaju logika oznaczałaby, że to USA grałyby pierwsze skrzypce w sprawach klimatycznych, a nie Europa. W sumie chodzi więc o wiarygodność UE w działaniach na rzecz przyjęcia wiążących zobowiązań prawnych na szczycie w Kopenhadze, a nie dobrowolnych i jednostronnych deklaracji, które mają na myśli Stany Zjednoczone. Nawiasem mówiąc, Biały Dom robi teraz wszystko, aby Europejczycy nie uzgodnili żadnych wymiernych zobowiązań na obecnym szczycie, bo mogłoby to radykalnie skomplikować prace nad nową legislacją klimatyczną w Senacie USA. Krajem, który chętnie wstrzyma oddech do czasu ruchu ze strony Stanów Zjednoczonych, jest Francja. Paryż ma generalnie zrelaksowany stosunek do toczących się negocjacji, bo otrzymuje mnóstwo zleceń z całego świata dla swojej energetyki jądrowej i nie chce płacić za to, aby inni sprzedawali w zamian swoje turbiny wiatrowe. Logika jest w tym czytelna.
Problem z kluczem dystrybucji globalnego wysiłku jest też taki, że jeżeli UE będzie trwała przy emisjach jak podstawie wyliczeń, powinna zastosować tą samą zasadę przy wewnętrznym podziale wysiłku finansowego. Byłaby to zła wiadomość dla nowych państw członkowskich, które mają wyższy udział w całkowitych emisjach UE, niż w dochodzie (Polska ma 8 procentowy udział w emisjach przy 3-procentowym udziale w dochodzie UE). Wszystko wskazuje na to, że nowi członkowie będą jedynymi nowymi donatorami na rzecz finansowania działań związanych ze zmianami klimatycznymi w państwach rozwijających się w ramach systemu post-Kyoto. Z uwagi na to, że nie są krajami aneksu drugiego porozumienia z Kyoto, nie musiałyby podejmować dodatkowego zobowiązania, jeżeli nie byłyby członkami UE. Problem z oczekiwaniem płatności ze strony nowych członków jest następujący: a) zaczęły one uczestniczyć w niebagatelnym stopniu w finansowaniu pomocy rozwojowej UE, b) muszą uporać się ze znaczącymi kosztami wypełnienia celów polityki klimatycznej w swoich własnych gospodarkach, c) są w większości (z wyjątkiem Polski) w głębokim kryzysie gospodarczym, który w krajach bałtyckich powoduje konieczność ogromnych oszczędności po stronie wydatków publicznych, d) niektóre z nich (Bułgaria, Rumunia) są uboższe, niż kraje zaliczane do grupy państw rozwijających się (Brazylia), co prowadziłoby do absurdalnych transferów finansowych.
Kilka sposobów rozwiązania tej łamigłówki zostało przetestowanych w przeszłości, ale poległy na francuskim lub niemieckim sprzeciwie. Komisja Europejska zaproponowała jednolitą kontrybucję europejską, która odwoływałaby się do poziomu zamożności jako podstawy podziału wysiłku finansowego. Francja odrzuciła tę propozycję, bo biorąc pod uwagę jej energetykę jądrową, dużo lepiej wychodzi, jeżeli punktem odniesienia są emisje, a nie zamożność. W przypadku odwoływania się w pierwszej kolejności do emisji, niezbędny byłby mechanizm kompensacyjny pozwalający na obniżenie wysiłku finansowego ze strony nowych państw członkowskich. Ten zamysł został z kolei zablokowany przez Niemcy, które zdały sobie sprawę, że musiałyby, zwłaszcza względem Francji, płacić dwa razy, a więc zarówno za swój udział w rachunku europejskim opartym na emisjach, jak i finansując znaczną część kompensacji dla nowych członków.
Jakie jest więc rozwiązanie? Wygląda na to, że mamy kolejną doskonałą okazję dla przywództwa francusko-niemieckiego. Jeżeli UE ma uzgodnić na szczycie jakiekolwiek kwoty, Francja i Niemcy muszą chcieć, aby tak się stało. Muszą również uzgodnić między sobą jak pogodzić podział globalnych zobowiązań z kompensacją dla nowych członków. Raz przynajmniej, nie ma powodu, by winić nowe kraje członkowskie.
Paweł Świeboda jest prezesem demosEUROPA - Centrum Strategii Europejskiej
Portal Spraw Zagranicznych pełni rolę platformy swobodnej wymiany opinii - powyższy artykuł wyraża poglądy autora.


Politycy chwalą, rolnicy ganią. Umowa Unii Europejskiej z Australią wzbudza kontrowersje
Holandia chce się zbroić, ale bez unijnych planów
Europejscy rolnicy mierzą się z wieloma problemami
Zatrzymanie imigracji przez Tunezję to nie tylko koszt finansowy