Magdalena Kowalska-Sendek, Marek Pielach: Drugorzędny kontynent
-
Magdalena Kowalska-Sendek, Marek Pielach, Polska Zbrojna
„Ameryka gotuje, Europa zmywa” – to powiedzenie będzie jeszcze długo aktualne. Nawet po wejściu w życie traktatu lizbońskiego.
Oczywiście dokument ten ma historyczne znaczenie. Podkreślali to wszyscy uczestnicy II Forum Polityki Europejskiej zorganizowanego przez krakowski Instytut Studiów Strategicznych 8 i 9 października. Według opinii profesora Janusza Węca z Uniwersytetu Jagiellońskiego, traktat lizboński jest sukcesem choćby dlatego, że kończy trwającą od 1996 roku debatę na temat reformy ustrojowej UE. Nadaje też Unii osobowość prawną, co oznacza, że zostanie ona przekształcona w organizację międzynarodową w pełnym tego słowa znaczeniu. Wpłynie to oczywiście na podniesienie rangi UE, która będzie mogła aspirować choćby do członkowstwa w ONZ.
Traktat wprowadza też sztywny podział kompetencji pomiędzy UE a państwa członkowskie, co pozwoli ograniczyć dotychczasowe nieporozumienia. Spierać będziemy się jednak na pewno o rozszerzenie Unii. Polska chciałaby w niej widzieć Ukrainę, być może także Turcję. Niemcy chcą zamknąć drzwi Unii po przejściu przez nie Chorwacji.
Broni i odwagi
Parlament Europejski i Rada Europejska to, jak podkreślała w swoim wystąpieniu Elisabeth Kehrer, przewodnicząca Departamentu do spraw Unii Europejskiej w austriackim ministerstwie spraw zagranicznych, najważniejsze siły nowej Europy. Nie wiadomo jednak, czy będą potrafiły zgodnie współpracować.
Jan Tombiński, stały przedstawiciel RP przy Unii Europejskiej, największe zagrożenie wewnętrzne dla Unii widzi właśnie w sporze instytucjonalnym między organami zajmującymi się wprowadzeniem traktatu w życie: „Byle nie było walki o to, kto otrzyma więcej kompetencji. Potrzebujemy dojrzałości politycznej wszystkich aktorów tej gry, żebyśmy nie pogrążyli się w kolejnym kryzysie między instytucjami”, przestrzegał. „Najważniejszą konsekwencją zmian traktatu lizbońskiego jest wzmocnienie efektywności podejmowania decyzji w Radzie przez radykalne zmniejszenie możliwości blokowania ich przez jedno państwo, względnie niewielką ich grupę. To wzmocnienie głosu większości w procesie decyzyjnym”.
Decyzje, które Unia będzie musiała podejmować, są zaś coraz ważniejsze. Nie dotyczą już tylko przywoływanej często w anegdotach krzywizny bananów, ale prawdziwie globalnych problemów. Kryzys ekonomiczny, zmiany klimatyczne, migracje, zagrożenia terrorystyczne i bezpieczeństwo energetyczne to kwestie, z którymi nie poradzą sobie nie tylko poszczególne kraje, ale i Europa jako całość może okazać się za słaba.
„It takes guns and guts”– potrzeba broni i odwagi, to powiedzenie zacytował Gerhard Jandl, dyrektor do spraw polityki bezpieczeństwa w austriackim MSZ, i często do tych słów nawiązywano. Jandl przypomniał też, że już dziś mamy grupy bojowe UE – po 1,5 tysiąca żołnierzy każda, ale nie jest to przecież liczba imponująca. Docelowo powinniśmy dysponować 60 tysiącami żołnierzy zdolnych do natychmiastowej interwencji w każdym punkcie świata. Dopiero z takimi siłami potencjał polityczny Unii Europejskiej dogoniłby jej potencjał ekonomiczny. Aby jednak mieć broń, najpierw potrzebna jest odwaga i polityczna wola. O to zaś bardzo ciężko w czasach kryzysu.
Szybka zmiana
„Amerykanie mówią, że Europejczycy niemają ani broni, ani odwagi”, zauważył Joseph Braml, redaktor naczelny „Jahrbuch Internationale Politik”. Pewnie dlatego w Waszyngtonie zapadła decyzja o szybkiej zmianie priorytetów. Rosja nie jest już głównym zagrożeniem, może być nawet przydatna w rozwiązaniu nowych. Najpoważniejszym z nich jest poddający się wpływowi islamistów Pakistan. Nieprzypadkowo mówi się nawet o „AfPak war” – wojnie afgańsko-pakistańskiej. W tym pierwszym kraju są już amerykańscy żołnierze. Czy pojawią się również w tym drugim? To najważniejsze dziś pytanie. Przyczyną sojuszu z Rosją była właśnie chęć uspokojenia sytuacji w Afganistanie i Pakistanie za wszelką cenę. Iran był dopiero powodem numer dwa.
Braml wskazał nawet precyzyjnie moment zmiany postawy wobec Rosji. Było to wówczas, kiedy Amerykanie zażądali udostępnienia dwóch baz wojskowych w Kirgistanie – bardzo ważnych dla afgańskiego teatru wojny. Spotkali się wtedy ze zdecydowaną odmową kirgiskiego rządu. Rosjanie zaś jasno powiedzieli, że w tym rejonie świata trzeba rozmawiać najpierw z nimi. Amerykanie zrozumieli tę lekcję. Przynajmniej od tego momentu było wiadomo, że nie ma co liczyć na powstanie tarczy antyrakietowej w Europie Środkowej.
W ogóle Europa jako całość nie jest już dla Stanów Zjednoczonych tak ważna jak kiedyś. Wobec rosnącej potęgi Chin w amerykańskiej polityce zagranicznej coraz większą rolę będą odgrywać Japonia i Australia. Na razie tylko nieliczni chcą tworzyć globalne NATO, ale o większym sformalizowaniu związków z tymi krajami mówi się już często. Z tego wszystkiego wniosek jest jeden: główny lokator Białego Domu, patrząc na globus, coraz mniej uwagi będzie poświęcał małemu półwyspowi zwanemu Europą.
Rok bez ropy i gazu
„Co byłoby korzystne dla Unii Europejskiej?” – takie pytanie postawił Harri Tiido, podsekretarz do spraw politycznych w MSZ Estonii. Sam szybko na nie odpowiedział: „Najlepiej, gdyby przez rok nie było żadnych dostaw gazu ani ropy. Dopóki tak się nie stanie, będziemy szukać najłatwiejszych rozwiązań”. Nadal żyjemy bowiem w idealnym świecie, w którym Unia Europejska jest tylko od bezpieczeństwa gospodarczego i społecznego, a twardą polityką ma się zająć NATO. Unia nie zapewnia ochrony państwom członkowskim. Ochronę daje im artykuł V traktatu waszyngtońskiego – sens działania NATO. W sojuszu północnoatlantyckim główną rolę odgrywają zaś Stany Zjednoczone. Unia powinna im bardziej aktywnie pomagać.
Zdaniem Tiido, nie możemy dłużej zakładać, że problemy rozwiążą się same albo rozwiąże je za nas Bóg. Nie powinniśmy też wciąż zarządzać kryzysami, ale zapobiegać konfliktom. Zacznijmy wreszcie działać, zamiast dyskutować. „Decyzje podjęte na poziomie małych krajów są bezużyteczne, dlatego powinniśmy działać wspólnie. W takich kwestiach jak bezpieczeństwo i obrona nie można poddawać pewnych spraw pod głosowanie większościowe, ponieważ nie ma wystarczającego poziomu zaufania w przypadku poszczególnych krajów”, przekonywał przedstawiciel małego kraju – Estonii.
Wszyscy eksperci podkreślali jednak, że wejście Unii w prawdziwą politykę nie może oznaczać przy tym utracenia przez nią jej znaku firmowego – miękkiej siły. Tiido przypomniał słowa Siergieja Ławrowa o tym, że Partnerstwo Wschodnie jest nawet gorsze od rozszerzenia NATO, bo Unia Europejska przejmuje rynki i kontrolę nad umysłami – dlatego jest groźniejsza. Może więc z Europą nie jest jeszcze tak źle.



Politycy chwalą, rolnicy ganią. Umowa Unii Europejskiej z Australią wzbudza kontrowersje
Holandia chce się zbroić, ale bez unijnych planów
Europejscy rolnicy mierzą się z wieloma problemami
Zatrzymanie imigracji przez Tunezję to nie tylko koszt finansowy