Portal Spraw Zagranicznych psz.pl




Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home

Krzysztof Głowacki: Pakistańska zdrada


09 listopad 2009
A A A

Sample Image

Biały Dom zastanawia się, czy nie rozpocząć masowych bombardowań pakistańskich miejscowości.

Całe pogranicze pakistańsko-afgańskie, a także duże obszary na zachodzie państwa to tereny działania zbrojnych oddziałów opozycyjnych wobec centralnego rządu. Islamiści ustanowili swoją władzę w dolinach Hindukuszu i Karakorum, eliminując administrację rządową. W całej Granicznej Prowincji Północno- Zachodniej obowiązuje już tylko prawo koraniczne. Zresztą likwidacja niezależnego sądownictwa postępuje w całym Pakistanie. Islamiści w coraz większym stopniu kontrolują kraj, podczas gdy władza rządu centralnego ogranicza się do dużych miast i względnie lojalnego wojska. Względnie, bo sama armia też jest podzielona.

W tej sytuacji Biały Dom zastanawia się, czy nie rozpocząć masowych bombardowań pakistańskich miejscowości, w których, wspomagani przez tamtejsze służby specjalne, mają ukrywać się przywódcy talibów. Na pierwszy ostrzał ma pójść Kweta, gdzie podobno przebywa jeden z nich – mułła Omar. Amerykanie przyznają, że nie chcąc zrażać do siebie Pakistanu, długo znosili jego podwójną grę. Coraz większe kłopoty zachodnich wojsk w Afganistanie sprawiły jednak, że miarka się przebrała.

Oprócz bombardowań wybranych miast, zwiększenia liczby i zasięgu ataków bezzałogowych samolotów szpiegowskich, Waszyngton zamierza organizować też rajdy komandosów z kryjówek w Pakistanie lub baz w Afganistanie. Namawiać ma do tego wiceprezydent Joe Biden, który, podobnie jak większość polityków Partii Demokratycznej, niechętnie odnosi się do próśb generałów o wysłanie dodatkowych żołnierzy USA do Afganistanu.

Biden przekonuje, że zwiększenie kontyngentu zaostrzy tylko sytuację w rejonie objętym wojną. Lepiej więc zająć się walką z Al-Kaidą i emirami talibów w ich pakistańskich kryjówkach. Pozbawieni przywódców partyzanci łatwiej pójdą w rozsypkę, łatwiej też będzie ich podzielić czy przekupić. Możliwe, że dadzą się przekonać do rozmów o pokoju, które z mułłą Omarem wydają się niemożliwe. Poza tym – powiada wiceprezydent – nie sposób będzie pokonać talibów, dopóki będą mieli bezpieczne kryjówki w Pakistanie, gdzie oficjalnie Amerykanom nie wolno posyłać ani żołnierzy, ani samolotów.

Niebezpieczna gra

Tymczasem, mimo realnego zagrożenia dla sił NATO w Afganistanie, Islamabad – teoretycznie sojusznik USA – zachowuje daleko idącą powściągliwość w ściganiu talibów. Pakistańscy przywódcy nie uważają bowiem obecnych władz w Afganistanie za przyjazne. W efekcie Pakistan za wszelką cenę usiłuje oszczędzać afgańskich talibów, których w latach dziewięćdziesiątych jako jedno z trzech państw świata uznawał i których był głównym mecenasem. Już sam fakt istnienia silnych oddziałów talibańskich sprawia, że rządzący w Kabulu muszą brać pod uwagę życzenia i potrzeby Pakistanu.

Władze w Islamabadzie sądziły, że przekupiły mudżahedinów i będą miały spokój. Nadzieje te okazały się płonne. Talibowie, rozzuchwaleni ustępliwością władz, które zaproponowały im zawieszenie broni na ich warunkach, rozszerzyli swoje wpływy poza Swat. W efekcie, tuż przed majową wizytą w USA, prezydent Pakistanu Asif Ali Zardari wydał wojsku rozkaz do ataku. Niestety, pakistańska armia, szkolona i zbrojona od dziesięcioleci na wojnę z Indiami, nie jest przygotowana do walki z partyzantami. W Malakandzie najpierw wysłano do walki samoloty i śmigłowce, których naloty uczyniły tyle samo szkód talibom, co cywilom. Po miesiącu ciężkich starć rządowemu wojsku udało się zająć jedynie część doliny Swat i połowę Mingory. Nie oczyszczono w pełni z talibów sąsiednich powiatów Buner, Dir i Szangla. Mało tego, wojna w Malakandzie spowodowała największą katastrofę humanitarną w dziejach Pakistanu. Prawie 2,5 miliona uchodźców z 20-milionowej Prowincji Granicznej wegetuje w obcych miasteczkach i wsiach.

Na dwa fronty

Amerykańskie naloty na zbuntowane ziemie Pasztunów oraz na Beludżystan i jego stolicę mogą jednak okazać się dla Pakistanu śmiertelnym zagrożeniem. Beludżowie, podobnie jak Pasztuni, od lat uważają się za dyskryminowanych przez panoszących się w Islamabadzie Pendżabczyków. Podobnie jak Pasztuni, nieraz się też buntowali. Wiedzą o tym dobrze decydenci z Islamabadu i protestują.

Co ciekawe, wspierają ich niektórzy amerykańscy generałowie. Wojskowi obawiają się, że bombardowania Pakistanu nastawią przeciwko nim nie tylko zwykłych mieszkańców, ale przede wszystkim pakistańskich dowódców. Pentagon uważa też, że skupienie sił i energii na walce z Al-Kaidą w Pakistanie doprowadzi do tego, że talibowie wezmą górę w Afganistanie. Wątpliwe również, aby samymi nalotami udało się zlikwidować przywódców Al-Kaidy.

„Jeśli zaczniemy bombardować Kwetę, przeniosą się do Peszawaru, Kaszmiru, Lahore albo Karaczi”, mówił ostatnio dziennikarzowi „Daily Telegraph” jeden z urzędników Pentagonu. Głos w sprawie zabrał też sekretarz obrony USA. Robert Gates otwarcie przyznał w rozmowie z „New York Timesem”, że wojsko USA nie dysponuje w Beludżystanie taką siatką wywiadowczą jak na ziemiach Pasztunów, więc nie może skutecznie bombardować kryjówek talibów i Al-Kaidy.

Niezdecydowanie Amerykanów i podwójna gra Pakistanu działają na korzyść wahabitów. Ostatnio jednooki mułła Omar zjednoczył afgańskich i pakistańskich talibów. Znamienne, że jako pierwsi na rozkaz emira odpowiedzieli najbardziej skłóceni, a jednocześnie najpotężniejsi przywódcy. Mułła Nazir z Waziristanu Południowego, Hafiz Gul Bahadur z Waziristanu Północnego i mułła Fakir Mohammed z Badżauru zawarli przymierze, które poprzysięgło we wszystkim słuchać mułły Omara i walczyć z „niewiernymi”.

Do pierwszych potyczek zjednoczonych talibów z pakistańskim wojskiem doszło w autonomicznej krainie Chajber (biegnie przez nią sławna przełęcz, przez którą Amerykanie transportują trzy czwarte zaopatrzenia dla swoich wojsk w Afganistanie), a także na jej pograniczu z Kurramem i Orakzajem. Niespokojnie jest również w dystryktach Dir i Buner położonych w Północno- Zachodniej Prowincji Granicznej oraz w dolinie Peochar, gdzie ma przebywać mułła Fazlullah, przywódca ekstremistów na tamtejszym obszarze. Amerykanie chcą, aby podzielił los przywódcy pakistańskich talibów Baitullaha Mehsuda.

Trzydziestosześcioletni Mehsud był oskarżany o niemal wszystkie krwawe zamachy, do których doszło w ostatnich latach w Pakistanie, w tym o udział w zamordowaniu w 2007 roku byłej premier Benazir Bhutto. Na afgańsko-pakistańskim pograniczu tak dał się we znaki Amerykanom, że za informację mogącą pomóc w jego schwytaniu obiecywali 5 milionów dolarów. W końcu bezzałogowy samolot „wykonał wyrok” na poszukiwanym wahabicie.

Terroryści przy głowicach

Choć był to potężny cios dla talibów, mudżahedini nie załamali się i wciąż są groźni. Zdaniem niektórych analityków, chcą nawet sięgnąć po pakistański arsenał atomowy. Według profesora Shauna Gregory’ego, szefa Ośrodka Badań nad Bezpieczeństwem Pakistanu z brytyjskiego Uniwersytetu Bradford, w ostatnim czasie pakistańscy talibowie i Al-Kaida co najmniej trzy razy atakowali obiekty atomowe w Pakistanie.

„Ryzyko, że arsenały atomowe lub technologie trafią w ręce terrorystów, jest bardzo realne”, napisał profesor Gregory. Jego zdaniem, niebezpieczeństwo jest tym większe, że przygotowując się przez dziesięciolecia do wojny z Indiami, Pakistan budował swoje bazy atomowe na pograniczu z Afganistanem, kontrolowanym dziś przez afgańskich i pakistańskich talibów. A co gorsza, wspierając ich przez lata skrycie i jawnie, wielu pakistańskich wojskowych i oficerów służb bezpieczeństwa stało się sympatykami talibów, wrogo nastawionymi do wszystkiego co zachodnie.

Według zachodnich wywiadów, Pakistan może mieć około 60 głowic nuklearnych. Strzeże ich 10 tysięcy żołnierzy ze specjalnej jednostki, do której werbunek prowadzony jest w szczególny sposób. Nie przyjmuje się do niej na przykład Pasztunów, którzy nie uznają granicy Pakistanu i uważani są za szczególnie podatnych na religijny fanatyzm. Do oddziałów pilnujących atomowych bomb werbuje się głównie Pendżabczyków, dominujących od lat w pakistańskiej polityce i wojsku. Ostatnio jednak Pendżab stał się…wylęgarnią duchowych przywódców radykalnych organizacji, partyzantów, a także zamachowców-samobójców.
 
Artykuł ukazał się w Polska Zbrojna . Przedruk za zgodą Redakcji.
 
Portal Spraw Zagranicznych pełni rolę platformy swobodnej wymiany opinii - powyższy artykuł wyraża poglądy autora.