Magdalena Górnicka: Wiedzieli, ale nie powiedzieli
Awlaki, gdy był jeszcze imamem przy meczecie w San Diego, miał kontaktować się z zamachowcami, którzy przeprowadzili ataki 11 września.
Przesłuchiwany przez FBI zaprzeczył, jakoby wiedział coś na temat zamachów. Wkrótce potem wyjechał do Jemenu, skąd prowadzi stronę internetową wzywającą muzułmanów do walki z Ameryką w ramach świętej wojny.
Specjalne służby ds. walki z terroryzmem, nadzorowane przez FBI, wiedziały o kontaktach Nidala Hasana z radykalnym imamem. Potwierdziły to dane z komputera psychiatry: mężczyźni prowadzili przez pewien czas intensywną korespondencję.
Obserwacja Hasana w związku z kontaktami z Awlakim rozpoczęła się w grudniu 2008 i zakończyła na początku tego roku.
W raporcie podsumowującym, śledczy konkludował, że nic wielkiego się nie dzieje: Nidal Hasan pisał do imama w sprawach zawodowych: zbierał bowiem materiały do artykułu naukowego na temat skutków psychicznych walki w Iraku i Afganistanie. Najwidoczniej takie stwierdzenie okazało się dla na tyle FBI wystarczające, że nie powiadomili o sprawie nawet US Army.
Wojsko twierdzi bowiem, że nic o kontaktach ich żołnierza z imamem Awlakim nie wiedziało. Ponoć nie wiedział też Departament Obrony – chociaż dwóch śledczych z tego ministerstwa brało udział w obserwacji Hasana. Tak przynajmniej wynika z dotychczasowych ustaleń Pentagonu, który ciągle bada co wiedział, a o czym wiedzieć powinien.
Nie tylko Departament Obrony bada sprawę. Wkrótce ruszą też przesłuchania przed komisja senacką, a wewnętrzne dochodzenie zarządziło też FBI.
Co z tego wszystkiego wynika?
Z pewnością fakt, że istnieje fatalna komunikacja między poszczególnymi służbami odpowiedzialnymi za walkę z terroryzmem. Po 11 września przeprowadzono wiele reorganizacji i zmian strukturalnych, które miały zapewnić tego typu nieporozumieniom: w końcu sygnały o planowanych atakach też wcześniej dochodziły do władz.
Oczywiście, pomimo całej tragedii strzelaniny w teksańskiej bazie, sprawa majora Hasana jest zdecydowanie mniejszego kalibru niż zamachy z 11 września.
Mając w pamięci jednak mechanizm opisany przez Roberta Cialdiniego jako „stopa w drzwiach”, trzeba zauważyć, że drobne ustępstwo pociąga za sobą następne, większe.
Drobne przeoczenie może być ważnym sygnałem na temat funkcjonowania ogromnego systemu: oto znaleziono słabe ogniwo.
Prawdą jest, że administracja Baracka Obamy nie uporządkowała pozostawionej przez George’a W. Busha „war on terror” – ograniczyła się tylko do wypisania recepty, tj. zamknięcia Guantanamo – chociaż najprawdopodobniej nie uda się tego załatwić w wyznaczonym terminie.
Zmiana priorytetów – zarówno w polityce wewnętrznej, jak i zagranicznej, sprawiła, że służby, wydziały i komórki powołane do walki z terroryzmem, ciągle funkcjonują na starych zasadach. Zyskały przy tym sporą niezależność, a dodatkowo – od czasów ujawnienia skandali związanych z Guantanamo i Abu Ghraib, służby te wolą się nie wychylać, by przypadkiem światło reflektorów na nich nie padło: skandal w mediach to pocałunek śmierci.
Obiektywnie rzecz biorąc – Nidal Hasan nie wydawał się wielkim zagrożeniem. Był w końcu Amerykaninem, lekarzem, oficerem US Army. I właśnie dlatego, gdy okazał się słabym ogniwem w funkcjonowaniu systemu walki z terroryzmem, skandalu wokół tragedii w Fort Hood nie dało się uniknąć.
Media tym razem są zdecydowanie bardziej wyważone – nie odżywa dawna islamofobia: poprawność polityczna, a przede wszystkim – zmiana klimatu ideologicznego – dały o sobie znać. Tym gorzej dla śledczych, którzy przeoczyli przypadek majora Hasana: cała uwaga może skupić się na nich.
Kto w dobie kryzysu może być bowiem lepszym kozłem ofiarnym niż rozbuchana, nieefektywna machina, co najgorsze - finansowana z kieszeni podatników?
Portal Spraw Zagranicznych pełni rolę platformy swobodnej wymiany opinii - powyższy artykuł wyraża poglądy autora.


Jak Andaluzja stała się prawicowa
Pragmatyzm wygrywa w amerykańsko-chińskich relacjach
Trudne zadanie Rumena Radewa
Péter Magyar wzbudza pierwsze kontrowersje