|
Od 1991 każda amerykańska inwazja była poprzedzona zakrojoną na bardzo szeroką skalę kampanią propagandową i dezinformacyjną, z wykorzystaniem zaawansowanych technik public relations. W kampaniach tych będących w istocie reklamami wojny, posługiwano się kłamstwami, przeinaczaniem faktów, fałszowaniem historii, wyolbrzymianiem jednych zdarzeń i pomijaniem innych. Pamiętajmy o tym gdy dziś media serwują nam horror stories dotyczące Iranu. Historia nie zaczęła się wczoraj. REKLAMA
Iran od paru tygodni nie schodzi z pierwszych stron gazet. Media z zadziwiającą skrupulatnością informują nas o niecnych postępkach reżimu w Teheranie. Oto co ostatnio można było przeczytać o Iranie w polskich i międzynarodowych mediach: Iran jest o krok od posiadania bomby atomowej, irańscy hakerzy zablokowali dostęp do serwisu Twitter, Iran zatrzymał brytyjskich żeglarzy zmierzających na regaty do Dubaju, Iran przetrzymuje amerykańskich turystów górskich którzy nieświadomie w górach przekroczyli granice iracko-irańską, żołnierze irańscy zatknęli na irackim polu naftowym swoją flagę, Iran ukrywa rodzinę Osamy bin Ladena współodpowiedzialną za ataki na WTC. Czy wszystkie te informacje nie mają czasem na celu wyrobić w nas przekonania, że Iran pozwala sobie na zbyt wiele, że trzeba „wreszcie z tym skończyć”? Od 1991 każda amerykańska inwazja była poprzedzona zakrojoną na bardzo szeroką skalę kampanią propagandową i dezinformacyjną, z wykorzystaniem zaawansowanych technik public relations. W kampaniach tych będących w istocie reklamami wojny, posługiwano się kłamstwami, przeinaczaniem faktów, fałszowaniem historii, wyolbrzymianiem jednych zdarzeń i pomijaniem innych. Pamiętajmy o tym gdy dziś media serwują nam horror stories dotyczące Iranu. Historia nie zaczęła się wczoraj. Celem kampanii propagandowych w USA było przekonanie opinii publicznej do poparcia interwencji militarnej. W świecie zaawansowanego kapitalizmu wszystko staje się towarem, również wojna. Jeśli znakomita część zadań państwa w dziedzinie np. polityki społecznej może być sprywatyzowana, to dlaczego nie miały by być prywatyzowane zadania z dziedziny bezpieczeństwa, w tym wojna? A skoro wojna podlega takim samym zasadom gry rynkowej jak inne towary to kluczową sprawą staje się jej marketing. Daleko idące konsekwencje z tego spostrzeżenia wyciągnęły administracje Prezydenta Georga H.W. Busha (seniora) i jego syna prezydenta Georga W. Busha (juniora). Wojna w takim ujęciu to operacja bardziej o charakterze medialno-marketingowym niż wojskowym. Działania podejmowane przez rząd, który taką wojnę przygotowuje są podobne do działań korporacji planującej wejście na rynek z nową siecią supermarketów. Przyjrzyjmy się technikom stosowanym przez amerykański PR polityczny na podstawie pierwszej wojny w Zatoce. Zilustrujemy go dwoma przykładami: głośną sprawą kuwejckiej „pielęgniarki” oraz technikami relacjonowania przebiegu konfliktu zbrojnego. Rząd USA rozpoczął masowe zastosowanie nowoczesnych technik marketingowych na rzecz interwencji militarnych w 1990 roku za czasów prezydentury Georga Busha seniora. Wówczas chodziło o wyzwolenie Kuwejtu spod okupacji irackiej. PR stosowany przez rząd amerykański w na rzecz wojny nigdy nie był uczciwy. Aby Kuwejt mógł być wyzwolony rząd Stanów Zjednoczonych potrzebował społecznego przyzwolenia na wojnę. Cel uświęca środki. I znów propagatorom wojny w sukurs przyszła ideologia zlecania zadań na zewnątrz. Przekonywanie społeczeństwa powierzono w znacznej części prywatnym firmom PR-owym. We władzach tych firm zasiadali zaufani ludzie prezydenta Busha. Zadaniem jakie postawił przed nimi rząd było zapewnienie poparcia dla idei wojny w Zatoce wśród amerykańskich obywateli oraz decydentów. W krótkiej pespektywie chodziło o senatorów, którzy musieli przegłosować atak na okupowany Kuwejt. Długofalowo chodziło o re-elekcje prezydenta Busha. Wiadomo, że dobrze politycznie skonsumowana wojna, przy rozdmuchaniu nastrojów patriotycznych, mogłaby zapewnić prezydentowi ogromne poparcie. Firmy PR-owe na zlecenie rządu fabrykowały wówczas nieprawdziwe informacje o sytuacji w okupowanym przez Irak Kuwejcie. Informacje te były następnie przekazywane do mediów, które bez weryfikacji robiły z nich newsy. Do historii przeszła historia kuwejckiej „pielęgniarki”. W październiku 1990, w kluczowym momencie kiedy podejmowano decyzje o interwencji USA w Zatoce, zeznała ona przed Kongresem USA, że widziała jak iraccy żołnierze, w okupowanym Kuwejcie, zabijają w szpitalach noworodki wyrzucając je z inkubatorów na „zimną podłogę”. Wypowiedź „pielęgniarki” transmitowała amerykańska publiczna TV, niestety nie podano wówczas tożsamości kobiety powołując się na względy bezpieczeństwa oraz możliwą zemstę ze strony Irakijczyków. Cóż może być bardziej wstrząsającego niż śmierć niewinnych dzieci? Chwytająca za serce relacja zrobiła wielkie wrażenie na opinii publicznej i w znacznym stopniu przyczyniła się do zwiększenia aprobaty dla interwencji. Zeznania kuwejckiej „pielęgniarki” odpowiednio wpłynęły też na amerykańskich senatorów. Jak się później okazało wydarzenia, o których mówiła „pielęgniarka”, w ogóle nie miały miejsca. Ona sama zaś okazała się córką członka kuwejckiej rodziny królewskiej oraz ówczesnego ambasadora Kuwejtu w Waszyngtonie. Nigdy nie była pielęgniarką i prawdopodobnie, po inwazji Saddama, w ogóle nie przebywała w Kuwejcie. Pierwsza wojna w Zatoce była pierwszą wojną, którą można było oglądać niemal „na żywo” w telewizji. Z jednej strony było bardzo dużo materiałów prezentowanych przez media, nie do porównania z poprzednimi konfliktami zbrojnymi. Z drugiej strony była to również pierwsza wojna, w której praca dziennikarzy była poddana ściślej kontroli armii. Reporterzy mogli się poruszać wyłącznie wraz z armią oraz odwiedzać miejsca wybrane przez armie. Dziennikarze mogli tez uczestniczyć w organizowanych specjalnie dla nich konferencjach prasowych, na których przedstawiciele armii podwali informacje dot. przebiegu konfliktu. Rola niezależnych mediów została w znacznym stopniu zredukowana do wydziału propagandy armii. Efektem tego było to, że wiele niewygodnych incydentów nie było raportowanych przez media i tym samym nie przebiło się do społecznej świadomości. Dotyczy to w szczególności strat wśród ludności cywilnej. Czy ktoś widział kiedyś w TV ataki wojsk koalicji w których giną cywile? Gdzie są te tysiące zabitych niewinnych ludzi? Jeśli nie ma ich w telewizji, to tak jakby w ogóle nie istnieli. Przekaz jaki docierał do opinii publicznej był taki, że jeśli ktoś w ogóle umiera na wojnie to są to nasi żołnierze. Ile osób widziało w TV skutki ataku lotnictwa amerykańskiego na wycofujące się w panice z Kuwejtu kolumny irackich żołnierzy i cywilów? Autostrada prowadząca z Kuwejtu do irackiego miasta Basra zyskała sławę autostrady śmierci, po tym jak w lutym 1991 Amerykanie i Brytyjczycy dokonali serii bombardowań na wycofujące się kolumny wojska i cywilów. Wzdłuż autostrady na przestrzeni wielu kilometrów pozostało cmentarzysko czołgów, autobusów, prywatnych samochodów oraz spalonych żywcem ludzi. Nikt wówczas nie liczył ciał poległych. Można postawić pytanie czy zgodne z konwencjami międzynarodowymi jest masakrowanie wycofujących się oddziałów oraz cywili, którzy w oczywisty sposób chcą się poddać? Podobne ataki Luftwaffe z września 1939 na kolumny polskich cywili bez wahania nazywamy zbrodniami wojennymi. Obecnie w mediach mamy do czynienia z kampanią czarnego PR wymierzoną w Iran. Czy oznacza to przygotowanie opinii publicznej do akcji militarnej przeciw Iranowi? Niekoniecznie. Celem USA nie jest wojna z Iranem lecz taka zmiana na szczytach władzy w Teheranie, która zapewni radykalną zmianę układu sił w Zatoce, na korzyść USA. Jeśli zmiana ta nie nastąpi w wyniku protestów i demonstracji to Irańczycy prawdopodobnie będą mogli liczyć na „pomoc” USA. |