|
Dla Ameryki wojna z Iranem byłaby nie tylko trzecią, toczoną w tym samym czasie, wojną, ale też spośród wszystkich, zdecydowanie najdroższą. Można więc zadać pytanie: czy obecne rozruchy nie są inspirowane z zewnątrz? REKLAMA
Tu nie będzie rewolucji...śpiewał w latach '80 rzeszowski nowofalowy zespół 1984 i jak się miało wkrótce okazać, miał rację. Parę lat później minister Kiszczak i tajni współpracownicy funkcjonariuszy ministra Kiszczaka dogadali się w Magdalence, na użytek „społeczeństwa”, urządzając spektakl pod tytułem „Okrągły stół”. Co bystrzejsi obserwatorzy niemal natychmiast dostrzegli szwindel i tylko „intelektualiści” - wbrew oczywistym faktom – wciąż bredzili (a często nadal bredzą!), o kompromisie czy „refolucji”(sic!). Oczywiście dla zawodowych rewolucjonistów o skrajnie lewicowych korzeniach był to problem; z jedne strony wypadało podkreślać wartość „kompromisu”, tym bardziej gdy samemu brało się w nim udział, z drugiej zaś strony „wieczni chłopcy” i „wieczne dziewczynki” wzdychający do czasów, gdy w imię idei godnych Mao Tse-tunga czy Lwa D. Trockiego, wiecowali na uczelniach, nie mogą sobie darować, że nie poprowadzili na barykady „ludu pracującego”. Najlepiej zresztą z portretami Marxa i Lenina w dłoniach.
Te tęsknoty widać wyraźnie za każdym razem, kiedy gdzieś na świecie (poza „II PRL” zwaną czasami III RP) czuć swąd palonych opon czy słychać wycie policyjnych syren. Witana niemal ze łzami w oczach „rewolucja rumuńska”, okazała się ordynarnym puczem, za „kolorowymi rewolucjami” w państwach post-sowieckich, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa stały amerykańskie (skądinąd skuteczne) służby specjalne, a za każdą zadymą w Mińsku (też witaną jako „rewolucja”!) stoją najprawdopodobniej służby specjalne państw „starej” Europy (i nieskuteczne, i nieudolne). Z tym większym entuzjazmem „wieczni rewolucjoniści” witają każde pojawienie się demonstrantów na ulicach irańskich miast. Cóż, pojawia się oto nadzieja na kolejną rewolucję...
Problem Iranu jest zresztą dosyć złożony. Choć, oczywiście Mir Hossein Musawi, wbrew opiniom mainstreamowych mediów, nie jest „biednym opozycjonistą”, gnębionym przez islamski reżim. Trudno napisać tak o człowieku, który w latach 1981 – 89 był premierem Iranu. Co więcej brutalność reżimu w tym czasie zdecydowanie przewyższała brutalność obecnych władz! Jakby tego było mało Mir Hossein Musawi jeszcze całkiem niedawno był dyrektorem Irańskiej Akademii Sztuki i członkiem Najwyższej Rady Rewolucji Kulturalnej! Jak na „opozycjonistę” w ponoć „totalitarnym” państwie, są to dość eksponowane stanowiska. Również prezydent Mahmud Ahmadineżad jest postacią cokolwiek enigmatyczną. Jego życiorys jest oczywiście dobrze znany, ale... Ahmadineżad pochodzi z rodziny, która zupełnie niedawno porzuciła chrześcijaństwo na rzecz islamu. Korzenie rodziny są jedna żydowskie! Można zadać pytanie czy radykalnie antyizraelska retoryka Ahmadineżada nie wynika z chęci udowodnienia Irańczykom, a i sobie samemu, że takie pochodzenie nie ma dlań żadnego znaczenia? Tak czy inaczej nie jest dobrze, gdy pochodzenie – a może kompleksy(?) – kierują decyzjami prezydenta silnego i dużego państwa z mocarstwowymi aspiracjami.
Jednoznaczne poparcie Zachodu dla demonstrantów musi jednak rodzić szereg pytań. Są one o tyle istotne, że o Iranie ostatnimi czasy głośno nie tylko ze względu na zamieszki, ale również z powodu programu atomowego tego państwa. Retoryka Stanów Zjednoczonych, a ostatnio również – o dziwo – Francji, jest coraz bardziej agresywna i coraz bardziej niechętna władzom w Teheranie. Ameryka jest gotowa za wszelką cenę przerwać realizację irańskiego programu jądrowego. Ponieważ władze irańskie nie podejmują dyskusji na ten temat, uważając, że mają prawo rozwijać energetykę jądrową, co jakiś czas sytuacja się zaostrza.
Oczywiście w sytuacji, kiedy Amerykanie wciąż prowadzą – nieformalną – wojnę w Iraku i – zupełnie jawną – w Afganistanie, trudno wyobrazić sobie, by amerykańska opinia publiczna z radością powitała otwarcie kolejnego frontu... Mogłoby się nawet pojawić niewygodne pytanie: w imię czego ta wojna? Wszak antyamerykańska retoryka radykalnych ruchów islamskich bierze się wyłącznie z tego, że Stany Zjednoczone są sojusznikiem i mecenasem Izraela. I to bez względu na to, co robi ten ostatni. Sam rozwój technologii atomowych jest raczej słabym powodem ataku na Iran. Nie tylko technologię, ale wręcz broń jądrową mają już i Izrael i – zdecydowanie mniej stabilny od Iranu – Pakistan. Co jakiś czas pojawiają się więc w depeszach agencyjnych kolejne komunikaty dotyczące agresywnej polityki „ajatollahów” wobec sąsiadów. Co ciekawe po jednym, góra dwóch, dniach informacja znika z czołówek serwisów. Nie jest dementowana, ale raczej wyciszana.
Dla Ameryki wojna z Iranem byłaby nie tylko trzecią, toczoną w tym samym czasie, wojną, ale też spośród wszystkich, zdecydowanie najdroższą. Iran jest i wielokrotnie większy i ludniejszy od Iraku, zaś w przeciwieństwie do Afganistanu, nie jest wyniszczony wieloletnią wojną, zarówno z najeźdźcami zewnętrznymi, jak i pomiędzy rodzimymi frakcjami zbrojnych ugrupowań politycznych. Dzięki dochodom ze sprzedaży ropy dysponuje również stosunkowo dobrze uzbrojoną i wyszkoloną armią oraz jednostkami Gwardii Rewolucyjnej. Nawet w Afganistanie i Iraku, mimo wielu lat wojny, sukcesy amerykańskie nie zapierają tchu w piersiach. Tym mniejsze są szanse na takie sukcesy w Iranie. Można więc zadać pytanie: czy obecne rozruchy nie są inspirowane z zewnątrz?
Bez wątpienia „rewolucja”, obalenie Ahmadineżada i zastąpienie go Musawim (lub innym „liberałem”) przyniosłoby Ameryce sporo korzyści. Precedens, zresztą już jest! W 1953 roku CIA zorganizowało i przeprowadziło w Iranie Operację „Ajax”. Impulsem były reformy rządu premiera Mossadegha, irańskiego nacjonalisty, który zażądał od British Petroleum (BP) renegocjacji warunków eksploatacji irańskich złóż naftowych. Ponieważ BP nie wykazało ochoty do jakichkolwiek rozmów Mossadegh znacjonalizował wszelkie złoża irańskie. Wtedy – za namową Brytyjczyków – wkroczyła do akcji CIA. Szefem Operacji „Ajax” został wyznaczony jeden z najbardziej doświadczonych agentów CIA, Kermit Roosevelt Jr. Opracowanie planu, zlecono zaś Donaldowi Wilberowi.
Głównym zadaniem agentów było inspirowanie i wzmacnianie powszechnego buntu przeciw władzy, korumpowanie sił bezpieczeństwa i sprowokowanie masowych wystąpień przeciw ośrodkom rządowym. Szybko nawiązano kontakty z irańską opozycją, odpowiednio ją wzmacniając i dofinansowując. Inspirowano na szeroką skalę antyrządowe akcje, angażując coraz liczniejsze gremia. Odpowiednio informowane i sterowane masy społeczeństwa zagwarantować miały wertykalną powszechność buntu. Pewność powodzenia miały zabezpieczyć specjalne jednostki, rekrutujące się z miejscowej ludności. Tak utworzone oddziały partyzanckie, w kluczowym momencie, miały wejść do akcji, przypieczętowując sukces.
Centralnym ośrodkiem spisku stała się amerykańska ambasada w Teheranie. Z tego miejsca kierowano i koordynowano cały spisek. Rola budynku ambasady urosła do roli legendy i do dziś wzbudza ogromne emocje. Na ulicach Teheranu protestowały coraz większe pro- i antyreżimowe tłumy. W mieście zaczęło dochodzić do walk, w których życie utraciło kilkaset osób. Sytuacja stawała się coraz bardziej napięta, a premier Mossadegh powoli zaczął tracić nad nią kontrolę. Uzbrojone grupy partyzantów zaczęły szturmować ośrodki rządowe, zaatakowana i zniszczona została rezydencja premiera. Na stronę zamachowców przechodzić zaczęła przekupiona armia. W obliczu nieuchronnej klęski Mossadegh skapitulował i 19 sierpnia 1953 roku został aresztowany.
To oczywiście nie musi oznaczać, że wychodzący dziś na ulice irańskich miast – głównie młodzi – ludzie są inspirowani przez CIA. Co więcej, ta ostatnia ma utrudnione zadanie...57 lat temu „mózg” operacji znajdował się w amerykańskiej ambasadzie, której dziś tam, po prostu, nie ma. Z drugiej strony, sytuacja polityczna Iranu, wziętego w kleszcze amerykańskie ze wschodu (Afganistan) i z zachodu (Irak) jest nie do pozazdroszczenia. CIA może pozwolić sobie na działania wielopłaszczyznowe.
Za tezą, iż demonstracje inspirowane są z zewnątrz może przemawiać choćby to, że najgwałtowniejszy przebieg miały one w dniu szyickiego święta Aszura, obchodzonego w Iranie bardzo uroczyście. Śmiertelne ofiary starć w tym dniu to dla opozycji dar losu. I choć sprowokowanie starć w celu „zyskania” męczenników byłby wyjątkowym cynizmem, ewentualne zyski w postaci urzędów, kontraktów i ciepłych słów ze strony „wspólnoty międzynarodowej”, byłyby zapewne tym czynnikiem, który osłabiłby wśród opozycyjnych przywódców, wyrzuty sumienia. Kto wie, czy nawet poświęcenie życia własnego bratanka, Alego, nie jest ceną, którą gotowy jest zapłaci za władzę na Iranem Mir Hossein Musawi? O ile inspirowanie irańskiej opozycji, wywoływanie zamieszek czy prowokowanie starć z policją na ulicach Teheranu, Meszhedu czy Isfahanu wymaga dyskrecji i finezji, o tyle pomoc dla zbrojnych ugrupowań antyrządowych na rubieżach państwa jest dość łatwa do przygotowania i zrealizowania. Co jakiś czas pojawiają się, zresztą informacje o kolejnych zamachach na instytucje państwowe i irańskim Beludżystanie.
Poza działającymi w Afganistanie Amerykanami, swoje „porachunki” może tu również wyrównywać Pakistan. Paradoksalnie, talibowie, będąc wrogami USA, są równie wielkimi, jeśli nie większymi wrogami Iranu! A nie da się zaprzeczyć, że spora część Talibanu jest „dzieckiem” pakistańskiego wywiadu wojskowego. Talibowie nigdy nie czuli specjalnej sympatii do Iranu. Po pierwsze dlatego, że nie pałają sympatią do heretyków szyickich, po drugie zaś dlatego, że oskarżają Iran o zdradę ideałów rewolucji islamskiej. Faktem jest, że w czasie rządów Talibanu ich najbardziej zagorzałym krytykiem był właśnie Iran. I w przeciwieństwie do Zachodu, irańscy ajatollahowie nie zapałali „świętym oburzeniem” na talibów dopiero po wysadzeniu w powietrze posągów Buddy w Bamianie. Póki co najbardziej aktywną grupą terrorystyczną jest w tych rejonach Jundallah (Żołnierze Boga). Jundallah uważa się za „obrońcę praw sunnitów w Iranie” i – jak wszystko na to wskazuje – ma nie tylko powiązania z Pakistanem, ale również ze Stanami Zjednoczonymi. Cele zamachów, owych „obrońców sunnitów” zdają się na to wyraźnie wskazywać. Do „wygrania” są również żyjący na zachodzie Iranu; Kurdowie i Azerowie. Tych ostatnich mieszka więcej w Iranie niż w Azerbejdżanie!
Do niedawna głównym sojusznikiem Teheranu była Moskwa. Jednak po tajnym(!) spotkaniu Putin -Netanjahu we wrześniu ubiegłego roku, Rosja dość gwałtownie zmieniła front i dołączyła do krytyków Iranu...Nie za darmo, zapewne? Co więcej, nowy rurociąg z Turkmenistanu do Chin nie tylko łamie rosyjski monopol na przesył paliw w Azji Środkowej, ale przy niewielkich nakładach, związanych z budową połączeń z rurociągami irańskimi, otwiera dla Teheranu gigantyczny, chiński rynek zbytu. Trudno wyobrazić sobie, by taki obrót spraw budził entuzjazm w Moskwie.
Jak w tej sytuacji rozwiną się wydarzenia w Iranie? Pytanie nie jest proste i zapewne nawet sami „rozgrywający” nie znają na nie odpowiedzi? Równie dobrze Ameryka (lub Izrael) może zdecydować się na rozwiązania siłowe, jak i na dyplomatyczną grę. Atak na Iran pociągnąłby za sobą konsekwencje trudne do wyobrażenia. Wszak mimo przytłaczającej przewagi, Stany Zjednoczone nie mogą poradzić sobie z „obdartusami w klapkach” biegającymi po afgańskich górach. Tym trudniej wyobrazić sobie „małą, zwycięską wojenkę” z Iranem. Zapewne peany na cześć Musawiego w prasie zagranicznej będą tym głośniejsze im więcej ludzi wyprowadzi on na ulice...Nie bacząc przy tym na ich zdrowie i życie! Ahmadineżad mógłby łatwo sprawdzić dobrą wolę opozycji proponując jej dialog. Jeśli do niego dojdzie, kolejnym krokiem może być jakaś forma consensusu, jeśli nie, może to oznaczać, iż zagraniczni mocodawcy opozycji liczą na jakąś formę zamachu stanu, który oczywiście „wolne media”, nazwałyby szumnie „rewolucją”!. Ahmadineżad z czystym sumieniem mógłby pokusić się w takiej sytuacji o represje skierowane przeciwko – już nie opozycji – ale obcym agentom wpływu. Portal Spraw Zagranicznych pełni rolę platformy swobodnej wymiany opinii - powyższy artykuł wyraża poglądy autora. |