Portal Spraw Zagranicznych psz.pl




Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home

Magdalena Górnicka: Obama i europejska hydra


03 luty 2010
A A A

Barack Obama zrezygnował z udziału w madryckim szczycie UE – USA. Traktat z Lizbony skonfundował bowiem nie tylko samych Europejczyków (z Irlandczykami na czele), ale również i Biały Dom.

Decyzja Baracka Obamy podkreśla fakt zupełnie odmiennego pojmowania Unii Europejskiej jako podmiotu stosunków międzynarodowych po obu stronach Atlantyku. Amerykański prezydent, jak wielu polityków z prawa i z lewa sceny politycznej, pojmuje UE jako grupę państw, z których każde ma własny, nadrzędny interes narodowy, ważniejszy od interesu Unii.

Takie podejście związane jest ze specyfiką amerykańskiego rozumienia integracji. O ile w Europie trwają ciągle debaty nad tym, którą teorię integracji przyjąć (i czy w ogóle można mówić o jednej teorii – zważywszy na zmianę charakteru integracji w historii), to w Stanach wszystko wydaje się dużo prostsze. Punkt odwołania dla Amerykanów jest bowiem jeden – ich własny.

W gruncie rzeczy, pozostawia to dwa modele integracyjne do wyboru: oparty na międzyrządowości oraz – oczywiście – na modelu federacyjnym.

Zacznijmy od tego drugiego. Winston Churchill, który jako pierwszy zgłosił postulat integracji europejskiej w okresie powojennym, postulował nic innego, jak stworzenie Stanów Zjednoczonych Europy. Podobną wizję – Europy federacyjnej – miał Jean Monnet, jeden z ojców integracji europejskiej.

Przechodząc do historii najnowszej, kontynuatorem marzenia o Europie federacyjnej, był Joschka Fischer, a spełnieniem owego snu – eurokonstytucja. Jednak Francuzi i Holendrzy nie byli gotowi stać się „one nation under God” (abstrahując od walki o Invocatio Dei , a w efekcie – skrupulatne wyrugowanie wszelkich religijnych odniesień – zresztą samo wyrażenie w kontekście USA odnosi się do okresu późniejszego niż powstanie państwa i pochodzi z Mowy Gettysburskiej Abrahama Lincolna, na którego znowu powołał się Louis Bowman, inicjator dodania tego wyrażenia do Pledge of Allegiance ). Nie ma konstytucji, nie ma narodu – i Amerykanie, naród ukształtowany nie przez więzy krwi i wspólnotę losów, lecz przez wartości zapisane w ustawie zasadniczej, doskonale o tym wiedzą.

Skoro nie ma konstytucji, to trzeba się w odniesieniu do UE odwołać – zgodnie z amerykańskimi doświadczeniami – do okresu sprzed 1787 roku. Do tego czasu (od 1781 roku) obowiązywały Artykuły Konfederacji, które przygotował (w 1777 r.) ten sam Drugi Kongres Kontynentalny, który uchwalił Deklarację Niepodległości. Po deklaracji ideowej mamy więc bardzo pragmatyczny dokument. Dopiero potem możliwy jest dokument polityczny, łączący (na zasadzie kompromisu, nie addytywności) zapisy obu wcześniejszych.

Artykuły Konfederacji to bardziej „przymierze przyjaźni” między 13 amerykańskimi stanami, niż dokument o charakterze konstytucyjnym. Każdy ze stanów zachował – zgodnie z zapisami Artykułów – swoją niepodległość, wolność i niezależność. Zamiast stałej, federalnej władzy wykonawczej, powołany został Kongres, złożony z przedstawicieli poszczególnych stanów. Owo zgromadzenie delegatów było odpowiedzialne za politykę zagraniczną, wojnę i pokój, armię, i inne – wówczas pomniejsze – funkcje. W gestii stanów pozostały natomiast zagadnienia związane z podatkami, egzekwowaniem prawa i regulowaniem handlu międzystanowego. Farmer z Massachusetts, Daniel Shay, obnażył słabość amerykańskiej armii, gdy stanął na czele rebelii przeciwko stanowemu rządowi, w nieskończoność podnoszącemu podatki. Coraz wyższe międzystanowe taryfy celne (owszem, służące początkowo interesom lokalnych elit),  hamowały rozwój handlu i specjalizacji przemysłu.

Amerykańska konstytucja powstała więc z prostej, pragmatycznej potrzeby: wolnego handlu. Nie została przyjęta zupełnie bezproblemowo, a jej przygotowaniu towarzyszyła ostra w osądach debata. Sama konstytucja – w odróżnieniu od Deklaracji Niepodległości, nie twierdziła, że „wszyscy zostali stworzeni równymi”, dopuszczając później adekwatną do momentu dziejowego interpretację jej zapisów.

Skąd my to znamy? Czy nie przypomina to dynamiki integracji europejskiej? Jednak różnica jest zasadnicza: gdy Amerykanie jednak konstytucję przyjęli, Europejczycy zatrzymali się tuż przed – niezdecydowani na utworzenie „jednego narodu”.

W takim razie, Amerykanie postanowili się odwołać w stosunku do UE prawie jak do stanów sprzed przyjęcia konstytucji: jako do osobnych państw, szukających i zabezpieczających przede wszystkim własne interesy.

Nie inaczej rozumuje obecna administracja. Chociaż Barack Obama podkreśla przywiązanie do multilateralizmu w stosunkach międzynarodowych, de facto prowadzi on politykę opartą na zasadach koncertu wielkich mocarstw: Rosja, Chiny, Indie i Europa jako taka.

„Europa” w rozumieniu Obamy to coś szerszego niż Unia Europejska: to cały kontynent z Turcją włącznie. Nie można jednak oprzeć się wrażeniu, że interesy prezydent USA chce jednak robić z tymi, którzy na swoim podwórku mają najsilniejszą pozycję. Z Francją, Niemcami, Wielką Brytanią.

Wejście w życie Traktatu z Lizbony nieco zmieniło tę sytuację. Trudno ryzykować tezę, że na  lepsze. Biały Dom poczuł się skonfundowany zmianami, zwłaszcza w zakresie polityki zagranicznej, że już nawet nie chce rozmawiać z Francją czy Niemcami. Po prostu nie wie z kim!

Rzecznik Departamentu Stanu, Philip J. Crowley, powiedział, że Traktat z Lizbony powoduje niejasności, z kim i kiedy powinien rozmawiać amerykański prezydent. Dodał, że najpierw sami Europejczycy muszą uzgodnić między sobą podział obowiązków w świetle nowego traktatu. Zaznaczył, że Biały Dom jest w stałym kontakcie z hiszpańskim rządem, który aktualnie sprawuje prezydencję w UE.

„Financial Times” napisał natomiast, że decyzja Baracka Obamy o rezygnacji z uczestnictwa w szczycie, „obnaża prawdę o europejskiej <polityce  szczytów>”. Zgodnie bowiem z Traktatem Lizbońskim, szczyt UE-USA powinien odbyć się w Brukseli, a nie w Madrycie. Jednak Hiszpania, która przygotowywała się do prezydentury mniej ograniczonej niż ta, którą przyszło jej – w myśl traktatu – sprawować, nie chciała zbyt łatwo zrezygnować z prestiżowej imprezy. Zwłaszcza, że premier Jose Luis Zapatero jest w kraju ostatnio mało popularny.

Amerykańscy analitycy i publicyści podkreślają, że „Unia Europejska jest w trakcie procesu”,  przystosowując się do Traktatu z Lizbony. Europejczycy natomiast samą Unię postrzegają w kategoriach dynamicznych – ciągłego procesu, który nie zakończy się wraz z implementacją zmian strukturalnych.

Paradoksalnie, stanowisko Amerykanów może umocnić Unię wewnętrznie. Dużo zależy jednak od tego, jak dogadają się osoby na najwyższych stanowiskach w UE i jak aktywnie zdecydują się działać.

Obama- tak jak kiedyś Henry Kissinger – chce mieć jeden „telefon do Europy”. I pewność, że jeśli odbierze go Herman van Rompuy, to nie będzie musiał czekać na przekierowanie do Jose Luisa Zapatero. I odwrotnie.

Natomiast Catherine Ashton – do której to zadań właśnie należy odbieranie takich telefonów, coraz częściej tłumaczy się dziennikarzom właśnie z takiej dyplomacji zakulisowej, w przeciwieństwie do spektakularnych działań swojej amerykańskiej odpowiedniczki. Ostatnio – choćby w kontekście Haiti.

Barack Obama, przyzwyczajony do amerykańskiego systemu prezydenckiego, przez jego pryzmat postrzega władzę wykonawczą innych państw, dla organizacji międzynarodowych rezerwując rolę forum spotkań liderów, a nie samodzielnego organizmu politycznego.

Kilkugłowa europejska hydra budzi w Stanach lęk: na miejsce „załatwionej” jednej głowy – wyrastają natychmiast następne, z ciągle to nowymi interesami. Obama przyjął więc taktykę  mitycznego Heraklesa - ten szyję po odciętej głowie – przy pomocy Iolaosa – przypalał pochodnią: wtedy nie odrastały kolejne głowy potwora.

Po „załatwieniu” jednej z europejskich spraw, Barack Obama robi krok w tył, przenosząc ciężar zainteresowania jak najdalej od Starego Kontynentu, a Unii okazując lekkie zniecierpliwienie. Doskonale bowiem pamięta, że sama hydra lernejska, przeszła do historii tylko dzięki Heraklesowi.
 
Portal Spraw Zagranicznych pełni rolę platformy swobodnej wymiany opinii - powyższy artykuł wyraża poglądy autora.