Portal Spraw Zagranicznych psz.pl




Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home

Magdalena Górnicka: Ameryki czas na "Herbatkę"


07 luty 2010
A A A

Pierwsza konwencja Tea Party w Nashville przyciągnęła uwagę ogólnokrajowych mediów, dotychczas traktujących ten ruch jako zjawisko marginalne, a jego zwolenników – jako politycznych oszołomów, zarzucając im nawet "nie-amerykańskość".

Zarówno „Time”, jak i „Newsweek” – opisujące do tej  pory Tea Party z lekkim przymrużeniem oka – w ostatnich numerach zamieściły teksty zaskakująco wyważone, prezentujące aktywistów ruchu jako kolejną, nową siłę w amerykańskiej polityce.

Tea Party pomogło też przemówienie Sarah Palin – gościa specjalnego konwencji. Palin – była kandydatka na wiceprezydenta u boku Johna McCaina, napisała książkę, zrezygnowała ze stanowiska gubernatora Alaski, i wyruszyła „w Amerykę” na spotkania autorskie. Stała się w ten sposób ulubienicą małomiasteczkowej, konserwatywnej Ameryki. Takiej, która nie wierzy w „zmianę” Obamy. I – w odróżnieniu od rozczarowanych prezydentem wyborców – nigdy w „zmianę” Obamy nie wierzyła.  Bo jak tu wierzyć komuniście i/lub ukrytemu muzułmaninowi?

I chociaż nie wszyscy członkowie ruchu Tea Party wierzą, że prezydent w sekrecie wyznaje islam (w to, że nie urodził się w Ameryce wierzą to birthersi), a USA chce przemienić w Związek Socjalistycznych Stanów Ameryki, to trzeba przyznać, że nie darzą Baracka Obamy zaufaniem.

Początki Tea Party nie zapowiadały, że stanie się on poważnym ruchem społecznym. Ot, kilkoro niezadowolonych prawicowych aktywistów i dziennikarzy, postanowiło dać wyraźny znak sprzeciwu wobec polityki nowego prezydenta.

Grunt był przygotowany: wszystko zaczęło się jeszcze zanim Obama został prezydentem: chodziło bowiem o aktywny sprzeciw przejęciu przez rząd kierownictwa nad Fannie Mae i Freddie Mac, a później  - przeciw tzw. bailoutowi banków. Znamienne, że część sympatyków nowego ruchu, sama straciła domy w wyniku kryzysu. Mimo to – tłumaczyli prasie – nie chcą żadnej pomocy od rządu. To ich życie i ich decyzje. Z czasem sprzeciw objął kolejne reformy Obamy: pomoc z budżetu państwa dla przemysłu motoryzacyjnego czy próby wprowadzenia powszechnego ubezpieczenia zdrowotnego. Właśnie dzięki walce z tą ostatnią, Tea Party wypłynęła na szerokie wody.

Złożona z luźnej konfederacji lokalnych grup aktywistów, zasłynęła w przerywaniu i dezorganizowaniu spotkań demokratycznych polityków z wyborcami, na których wyjaśniali oni szczegóły planu Baracka Obamy w związku z reformą służby zdrowia.

Tea Party – nawiązująca do „Bostońskiej Herbatki”, od której de facto zaczęła się amerykańska rewolucja, związana jest  z nazwiskiem dziennikarza Ricka Santellego, który 19 lutego, w Chicagowskiej Izbie Handlu, wołał: „Oto prawdziwa Ameryka! Jak długo jeszcze chcecie płacić hipotekę swoich sąsiadów, którzy kupili dom z dodatkową łazienką, i teraz narzekają, że nie mają z czego zapłacić rachunków?”. Santelli zaapelował o „Chicagowską Herbatkę” (Chicago Tea Party), by się temu sprzeciwić.

Tyrada Stantellego trafiła na YouTube, gdzie inspirowała powstawanie kolejnych, niewielkich grupek aktywistów, skupionych wokół anty-waszyngtońskich stron internetowych. Część to formy protestów wobec bardzo konkretnych spraw: na przykład serwis 92percentgroup.org, prowadzony przez 18-letniego studenta, kontestował tylko Homeowner Affordability and Stability Plan – czyli ustawę pomocową dla tych, których nie stać na spłatę hipoteki. 92 procent w nazwie grupy odzwierciedla „92 procent Amerykanów, którzy regularnie swoją hipotekę spłacają”.

Właśnie z podobnych mikro-grup narodził się ruch Tea Party. Są, oczywiście, pośród nich także całkiem poważni gracze, jak choćby , FreedomWorks – firma zajmująca się  organizowaniem mniejszych, lokalnych struktur protestu. Co ciekawe, władze Freedom Works (wśród których są byli prominentni działacze Partii Republikańskiej), otwarcie zapowiadali od samego początku, że będą wzorować się na Baracku Obamie, który właśnie na lokalnych aktywistach, samoorganizujących się przez internet, oparł swoją kampanię prezydencką.

Tea Party – jakkolwiek ciągle podzielone na grupki o partykularnych, czasami sprzecznych interesach, zostało włączone jako realna siła amerykańskiej polityki dopiero wtedy, gdy związany z nią kandydat, Scott Brown, wygrał wybory uzupełniające do Senatu USA na miejsce po zmarłym Edwardzie Kennedym. Brown, chociaż sam określa się jako „Republikanin”,  w swojej kampanii mocno polegał na aktywistach ruchu Tea Party, koordynując całość – jakżeby inaczej – dzięki serwisom społecznej sieci.  Wielu ekspertów jest zdania, że Tea Party (czy w ogóle prawica – wliczając w to Partię Republikańską), szybko  wyciągnęła naukę ze zwycięstwa Obamy, i teraz znacznie lepiej sobie radzi w sieci niż Demokraci czy sam prezydent.

O co walczy Tea Party? O mały rząd, niskie podatki, ograniczenie budżetu federalnego. Kieruje nimi złość i irytacja – także w stosunku do Republikanów jako tych, którzy dla władzy wyrzekli się prawdziwych amerykańskich interesów. Postulują także reformę zasad wyborczych: m.in. przez łatwiejsze rzucanie wyzwania „zasiedziałym” waszyngtońskim politykom,  a także ukrócenie praktyki gerrymanderingu [stronniczego, „profilowanego” tworzenia okręgów wyborczych].

Na pierwszą ogólnokrajową konwencję Tea Party, miało – według wstępnych szacunków – 600 delegatów (plus pięciuset, którzy mieli w ostatniej chwili wykupić bilety tylko po to, by usłyszeć Sarah Palin). Jak podkreśla tygodnik „Time”, delegaci przybyli do Nashville, są „dużo bardziej pragmatyczni niż lokalni aktywiści”. Przykładowo: zachwycają się zwycięstwem Scotta Browna w wyborach do Senatu, chociaż – oficjalnie – gardzą wszelką władzą, ponieważ ona psuje i demoralizuje. A poza tym – prawdziwy aktywista musi działać, a nie rządzić.  Liderzy poszczególnych grupek jednak coraz odważniej wyglądają ku jesiennym wyborom do Kongresu: liczą, że uda im się wprowadzić do parlamentu polityków, którzy „podzielają ich wartości”.

Nieco problematyczny jest stosunek Tea Party do Republikanów. Bardziej radykalni z tych pierwszych twierdzą, że najlepszym rozwiązaniem byłoby przejęcie przez nich rządów w Partii Republikańskiej. Natomiast Michael Steele, przewodniczący Republikanów, chce przyciągnąć aktywistów Tea Party „infrastrukturą do działania”.

Problemem Tea Party może być brak wyraźnego przywództwa. Chociaż jej członkowie zapewniają, że tego nie potrzebują (twierdzą, że ich styl zarządzania to „My, Naród” – „We the People” – movement). Trudno takim liderem nazwać Sarah Palin. Chociaż małomiasteczkowa Ameryka jej ufa, ona sama nie do końca wydaje się wiarygodna w tej roli. Za wygłoszenie przemówienia na konwencji Tea Party, miała zażądać 100 tys. dolarów honorarium. Jest jeszcze „cudowne dziecko” Tea Party - Marco Rubio,  walczący o nominację Republikanów w walce o stanowisko senatora z Florydy. O Rubio – nowej gwieździe konserwatystów, pisały już chyba wszystkie większe pisma. Jednak sam Rubio nie do końca jest przekonany do jednoznacznego powiązania z etykietką Tea Party: jak opowiadali „Newsweekowi” jego doradcy, chce on zachować pole do manewru. Rubio, syn uchodźców z Kuby, przywołując na wiecach historię swoich rodziców, podkreślał niebezpieczeństwa „przejęcia państwa przez rząd”.

Jak pokazują wyniki sondażu NBC News/Wall Street Journal, 41 proc. Amerykanów pozytywnie postrzega Tea Party,  w porównaniu z 35 proc. pozytywnych opinii o Demokratach i 28 proc. o Republikanach. Szczególne poparcie dla ruchu Tea Party wyrażają wyborcy niezależni, którzy rozczarowali się Barackiem Obamą, a którzy przecież  jeszcze rok temu masowo go popierali.

O ile Tea Party raczej nie przemieni się z dnia na dzień w trzecią partię na politycznej scenie Ameryki, o tyle niemal pewne jest stworzenie  przez najbardziej wpływowe grupy tego ruchu PAC [Political Action Commitee] – komitetu wspierającego określone sprawy (a nie kandydatów). PAC może zbierać pieniądze i prowadzić kampanię na rzecz określonej kwestii – najczęściej, współgrającej z programem wyborczym określonego kandydata. PAC, którego nie dotyczą limity pieniędzy przeznaczanych na wybory w poszczególnych etapach, może więc znacznie pomóc (lub zaszkodzić) kandydatowi związanemu limitami wydatków. A to jest już realna siła polityczna.

Na koniec, warto wspomnieć, że przy okazji „narodzin” Tea Party, nie zabrakło polskiego akcentu. Do USA wybrał się bowiem Lech Wałęsa, by poprzeć Adama Andrzejewskiego w wyścigu o nominację Republikanów w wyborach na gubernatora Illinois. Tak się składa, że Andrzejewski jest aktywnie związany z ruchem Tea Party. Na spotkaniach z wyborcami w Chicago, były polski prezydent raczej chłodno odniósł się do sprawowania władzy przez Baracka Obamę.  Nie do końca oddając sens słów Wałęsy, amerykańscy dziennikarze – zwłaszcza ci sympatyzujący z ruchem Tea Party, obwieścili, że zdaniem „legendy Solidarności, Stany Zjednoczone straciły moralne przywództwo w świecie, a zamiast nadziei, którą obiecywał Obama, jest tylko beznadzieja”.

Z takiej beznadziei zrodził się ruch Tea Party. Tworząc jednak struktury wpływu politycznego, pokazuje, że nie jest całkiem pozbawiony złudzeń na to, że uda się zmienić Amerykę. Chodzi tylko o to, żeby to zwolennicy Tea Party, a nie Barack Obama, zmieniali Stany Zjednoczone.
 
Portal Spraw Zagranicznych pełni rolę platformy swobodnej wymiany opinii - powyższy artykuł wyraża poglądy autora.