|
Rok 2009 przyniósł większe zainteresowanie USA sprawami koreańskimi. Czy ostatnie zaangażowanie Waszyngtonu okaże się silniejsze od powiązań Korei Północnej z Chinami? REKLAMA
Strona 1 z 2 W ciągu ostatnich dwunastu miesięcy reżim Kim Dzong Ila zrobił wiele, aby skutecznie przypomnieć o sobie oficjelom z Białego Domu. Po objęciu urzędu przez Baracka Obamę północnokoreański przywódca wyraził nadzieję na rozwój wzajemnych stosunków „po ostatnich ośmiu latach wojennej polityki administracji Busha”. Ponadto, wielu amerykańskich urzędników określało stosunki z Pjongjangiem jako dobrze rokujące, przy czym nadal podnoszono problem wcześniejszych zobowiązań Korei Północnej w kwestii programu nuklearnego.
Intensyfikacja sporu
Początkowy optymizm zaczął topnieć w kolejnych tygodniach. Na początku kwietnia z bazy w Musudan-ri Korea Północna wystrzeliła rakietę dalekiego zasięgu Taepodong-2, a 25 maja przeprowadzono podziemną próbę nuklearną. Obydwa północnokoreańskie kroki spotkały się z krytyką USA, które na forum Rady Bezpieczeństwa ONZ forsowały pomysł dotkliwego ukarania Korei Północnej. O ile w przypadku próby rakietowej udało się wyłącznie potwierdzić dotychczasowe zobowiązania wobec Pjongjangu (rezolucja RB ONZ nr 1718 z 10 października 2006 roku o zakazie prowadzenia przez Koreę Północną badań nad programami rakiet balistycznych i nuklearnym), o tyle próba nuklearna oznaczała przyjęcie 12 czerwca rezolucji RB ONZ nr 1874, która nakłada na Koreę Północną zakaz importu i eksportu broni oraz zobowiązuje państwa do przeprowadzania odpowiednich inspekcji na ich terytorium. W odpowiedzi na decyzje ONZ Korea Północna zadeklarowała ostateczne wystąpienie z rozmów sześciostronnych i dalsze prace na rzecz rozbudowy potencjału militarnego.
Impulsem, który w kolejnych miesiącach dał nadzieję na rozpoczęcie rozmów między Pjongjangiem a Waszyngtonem, była sierpniowa wizyta byłego prezydenta Billa Clintona w stolicy Korei Północnej. Choć administracja Obamy oficjalnie twierdziła, że misja uwolnienia dwóch amerykańskich dziennikarek była wyłącznie prywatnym przedsięwzięciem Clintona, jednak, mając na uwadze późniejsze wydarzenia, łatwo domyślić się, że wizyta byłego prezydenta była elementem szeroko zakrojonego planu USA wobec Korei Północnej. Świadczy o tym choćby fakt, że wśród delegacji Clintona znaleźli się lekarze, którzy mieli ocenić stan zdrowia Kim Dzong Ila. Ponadto, coraz głośniej mówiono o możliwej wizycie specjalnego przedstawiciela USA ds. Korei Północnej Stephena Boswortha, oficjalnie zaproszonego przez północnokoreańskie władze. Odpowiedzią na zaproszenie była decyzja Baracka Obamy, który w trakcie listopadowej wizyty w Korei Południowej poinformował, że 8 grudnia Stephen Bosworth uda się do Pjonjangu w celu nakłonienia Korei Północnej do powrotu do rozmów sześciostronnych.
Misja Boswortha
Zgodnie z zapowiedziami, specjalny przedstawiciel USA od 8 do 11 grudnia przebywał w Pjongjangu, gdzie spotkał się z północnokoreańskim ministrem spraw zagranicznych i przedstawicielem Korei Północnej w rozmowach sześciostronnych. Nie doszło jednak do spotkania z Kim Dzong Ilem, który w tym czasie wizytował m.in. zakłady produkcji ciągników i winiarnie w prowincji Jagang, co pokazało cyniczną postawę północnokoreańskiego przywódcy w stosunku do amerykańskiej delegacji. Po wizycie północnokoreańska agencja informacyjna KCNA poinformowała, że Korea Północna i USA osiągnęły szereg porozumień oraz zgodziły się na kontynuowanie współpracy w przyszłości w celu zmniejszania różnicy stanowisk. W trakcie rozmów poruszano wiele zagadnień, takich jak traktat pokojowy, normalizacja stosunków dwustronnych, pomoc gospodarcza i energetyczna i denuklearyzacja Półwyspu Koreańskiego.
Północnokoreańskie komentarze wyraźnie wskazywały, że głównym celem Pjongjangu była dyskusja nad formalnym zakończeniem wojny koreańskiej i poprawą sytuacji gospodarczej. Natomiast strona amerykańska twierdziła, że spotkanie miało służyć przede wszystkim wznowieniu rozmów sześciostronnych, dotyczących denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego. Po powrocie z Pjongjangu Bosworth wielokrotnie podkreślał głębokie niezadowolenie USA z powodu północnokoreańskich deklaracji, mówiących o intensywnych pracach nad wzbogacaniem uranu. Wtórowała mu sekretarz stanu USA Hillary Clinton, która oznajmiła, że wizyta ambasadora Boswortha miała potwierdzić stałe zaangażowanie USA w rozmowach sześciostronnych, zaznaczając przy tym, że powodzenie całego procesu zależy od współpracy wszystkich zainteresowanych stron.
Krytyka i list Obamy
Ogólnikowe treści, wynikające z wizyty amerykańskiego przedstawiciela ds. Korei Północnej, sprawiły, że pojawiło się wiele krytycznych uwag w kontekście perspektyw rozwiązania północnokoreańskiego problemu. Zarówno lekceważąca postawa samego Kim Dzong Ila w stosunku do amerykańskiej delegacji, jak i nacisk na problemy traktatu pokojowego i pomocy gospodarczej, pokazały, że Korea Północna nie ma najmniejszych zamiarów poddać się dobrowolnej denuklearyzacji. Stosunkowo sceptycznie na temat wznowienia negocjacji wypowiedział się również przedstawiciel Korei Południowej ds. nuklearnych Wi Sung-Lac, który ocenił, że ciężko oczekiwać, aby wizyta Boswortha miała większy wpływ na powodzenie rozmów sześciostronnych.
Krytycznego podejścia nie zmienił również list prezydenta Baracka Obamy do Kim Dzong Ila, wręczony przez Boswortha w trakcie pobytu w Pjongjangu. Choć treść listu nie została ujawniona, zgodnie z informacjami południowokoreańskiej agencji informacyjnej Yonhap Obama miał zaproponować Kimowi powstanie biura łącznikowego w Pjongjangu, które stanowiłoby pierwsze stałe przedstawicielstwo USA w Korei Północnej. Zwolennicy pomysłu uważają, że istnienie amerykańskiej placówki umożliwiłoby regularny dialog na temat zarówno rozmów sześciostronnych, jak i pozostałych kwestii, takich jak traktat pokojowy czy pomoc gospodarcza dla Korei Północnej.
|