|
Prawie dwadzieścia milionów Irakijczyków weźmie udział w zaplanowanych na 7 marca wyborach parlamentarnych. Wybory, oprócz tego że będą świętem irackiej demokracji, (jeśli taka istnieje), prawdopodobnie staną się też okazją do zademonstrowania swoich frustracji przez różne, oficjalne i mniej oficjalne ugrupowania polityczne i religijne. Będą to już drugie, po upadku dyktatora, wybory parlamentarne w Iraku. REKLAMA
Strona 2 z 2 Wątpliwości i sympatyczny atrament
Wielu Irakijczyków, szczególnie sympatyków ugrupowań opozycyjnych nie wierzy, że wybory będą uczciwe. Dowodem na to ma być chociażby sam skład irackiej Wysokiej Komisji Wyborczej (IHEC), która jest w pełni kontrolowana przez obecną koalicję 5 partii rządzących Irakiem.
Za brak odpowiedniej kontroli nad przygotowaniem i przeprowadzeniem wyborów zapewne odpowiada też zbyt mała, bo tylko ok. 500 osobowa reprezentacja międzynarodowych obserwatorów. Nie są oni w stanie być wszędzie i do tego wystarczająco długo, by faktycznie monitorować przebieg wyborów.
Na dodatek wiele pozarządowych organizacji amerykańskich, które wcześniej wysłały swoich obserwatorów na wybory, teraz straciło zapał. Części po prostu zabrakło funduszy, innym zainteresowania.
Wprawdzie w lutym, 28 członków Kongresu Amerykańskiego wysłało list do prezydenta Obamy, prosząc go o większe zainteresowanie irackimi wyborami, jednak Biały Dom nie uznał ani tego apelu ani irackich wyborów za wystarczająco ważne, argumentując, że są one wewnętrzną sprawą Iraku.
Oprócz braku wystarczającej liczby międzynarodowych obserwatorów oraz nieufności wobec Wysokiej Komisji Wyborczej Iraku, atmosferę podgrzewają pogłoski o planowanych oszustwach wyborczych, co może doprowadzić do protestów i manifestacji znanych chociażby z Iranu.
Na przykład niedawno, jeden z szyickich duchownych ogłosił w Nadżafie swoje zaniepokojenie doniesieniami na temat pojawienia się szczególnego rodzaj tuszu, który będzie używany w wyborach. Tusz ten podobno znika w ciągu 24 godzin, co może być wykorzystywane w niektórych punktach wyborczych do łatwego fałszowania głosów. Nawołuje się więc wyborców do przynoszenia własnego tuszu, niezbędnego do postawienia odcisku palca.
Tak więc wiele różnych pogłosek, plotek, nawet dziwniejszych od magicznego tuszu, przyczynia się do siania w irackim społeczeństwie sceptycyzmu i niewiary w sens wyborów. Psychologiczna wojna wyborcza trwa.
Zagrożenie ze strony pozszywanej armii
W Iraku są też problemy bardziej skomplikowane niż aktualne zagrożenia dla przebiegu procesu wyborczego. Nawet jeśli okaże się, że wybory były uczciwe i przejrzyste, istnieją kolejne zagrożenia czyhające na nowy, w założeniu demokratycznie wybrany rząd.
Takim zagrożeniem są chociażby same irackie siły zbrojne, przenikane i kontrolowane przez różne bojówki i ugrupowania, nie zawsze mające na względzie dobro kraju. Po likwidacji armii irackiej w 2003 roku, Paul Bremer wydał rozkaz integrujący dziewięć różnych milicji, w sumie około 100.000 osób, w jeden organizm. Na początku wydawało się, że jest to dobry pomysł.
Jednak nie przewidziano, że partie czy ugrupowania utrzymujące swoje milicje, nadal będą miały nad nimi kontrolę, nawet gdy te staną się już częściami składowymi nowej irackiej armii czy policji. Przykładem jest brygada Badr, związana z Najwyższą Radą Islamską w Iraku. Pomimo iż włączono ją do sił zbrojnych Iraku, to zachowano dotychczasową hierarchię i podporządkowanie.
Tak było też z dwoma kurdyjskimi ugrupowaniami, PUK i KDP, których bojownicy, wcieleni do irackiej armii na podstawie odpowiedniego porozumienia, w oczywisty sposób pozostali lojalni swoim macierzystym organizacjom a nie irackiemu rządowi.
W wielu przypadkach, od 2003 roku, określone ugrupowania a raczej ich przywódcy kontrolowali całe jednostki wchodzące w skład irackiej armii i policji. Taki stan trwa do dnia dzisiejszego. W tej sytuacji zrozumiała wydaje się być obawa rządu irackiego, o lojalność takiej pozszywanej armii.
Wiele dokonanych do tej pory zamachów, w tym te najbardziej spektakularne, mogło bowiem dojść do skutku tylko dlatego, że zamachowcy korzystali z pomocy wojska i służb bezpieczeństwa. To nie rokuje dobrze na przyszłość.
Oczywistym jest, że twórcą całego zamieszania wokół armii irackiej i autorem jej obecnej destrukcji był Paul Bremer, cywilny amerykański administrator Iraku. Efekty jego krótkowzrocznych decyzji widać na każdym kroku. Nieporadność w zarządzaniu Irakiem została jednak doceniona przez Prezydenta Busha, nadaniem mu Medalu Wolności. Co dalej
Sytuacja w Iraku jest zła i zapewne w ciągu tego roku ulegnie dalszemu pogorszeniu, a przynajmniej skomplikowaniu. Odpowiedzialni za to są sami Amerykanie, których interwencja, rozpoczynająca ten horror, okazała się oczywistym błędem. Ten błąd muszą jednak naprawić już sami Irakijczycy, chociaż cena ich powrotu do normalności ciągle rośnie. Do tego budzą się coraz to nowe demony. To będzie ciężki rok, jednak innej drogi nie ma. Trudne wybory powoli stają się specjalnością Iraku.
Portal Spraw Zagranicznych pełni rolę platformy swobodnej wymiany opinii - powyższy artykuł wyraża poglądy autora.
|