|
Gdzie leży Europa? Dokąd rozpościerają się jej granice? Gdzie zaczyna i kończy się europejskość? Na tak sformułowane pytania nie ma prostych odpowiedzi. Precyzyjne umiejscowienie Europy w przestrzeni terytorialnej jest zadaniem o ile potrzebnym, o tyle w praktyce niewykonalnym. Jak bowiem pisał T. Judt w swoim Eseju o Europie: "Istnieje [...] wiele <<Europ>>; każda z nich może słusznie domagać się prawa do tego tytułu, żadna do monopolu". Wytyczając granice Starego Kontynentu trzeba więc zarówno uwzględniać roszczenia wszystkich "prawdziwych Europejczyków" jak i tych, którzy chcą dopiero nimi zostać. Nie wolno też pominąć tej Europy, która - można by powiedzieć za Wolterem - "chce stać się wiedząca", a więc świadoma swojej przynależności cywilizacyjnej. REKLAMA
Strona 3 z 5 Realizacja adaptacji kreatywnej zakłada eliminację zagrożeń dla narodowej tożsamości z równoczesną promocją otwartości i rozwoju. Przekładając tę formułę na język praktyki - wymaga ona od Unii Europejskiej starannie przygotowanego, pod względem instytucjonalnym i budżetowym, dalszego pogłębiania i poszerzania integracji międzynarodowej. Największym wyzwaniem dla Europy jest ewentualne członkostwo Turcji i Ukrainy w Unii Europejskiej. W tym kontekście pojawiają się opinie o cywilizacyjnej nieprzystawalności tych państw do struktur europejskich. Zwolennicy determinizmu kulturowego są przekonani o nieuchronnym "zderzeniu cywilizacji". Już F. Koneczny twierdził, że cywilizacje są wręcz skazane na rywalizację, a S. Huntington dostrzega wzrost wpływu kultury, a zwłaszcza religii na stosunki międzynarodowe, określając to zjawisko jako Revanche de Dieu (Zemsta Boga). Ten ostatni utrzymuje, że "organizacje międzynarodowe oparte na wspólnocie kulturowej, jak Unia Europejska, mają o wiele większe szanse powodzenia niż te, które usiłują przekraczać kulturowe granice". Zdaniem Huntingtona, UE nie powinna więc dalej rozrastać się pod względem terytorialnym o państwa obce cywilizacyjnie a akces Rumunii i Bułgarii ocenia w kategoriach błędu politycznego. Unia Europejska grupuje obecnie państwa należące wyłącznie do cywilizacji zachodniej, a perspektywa członkostwa Ukrainy i Turcji prowadziłaby do spotkania w jednym organizmie politycznym aż trzech cywilizacji - zachodniej, prawosławnej i islamskiej. W podobnym tonie wypowiadają się też F. Fukuyama i R. Kagan, dla których "wejście nowych państw do organizmu, który trzeszczy w posadach, może tylko pogorszyć jego stan […]" i "zaostrzy problem z tożsamością". Obaj politolodzy amerykańscy dodają jednak po chwili, że "ze względów geostrategicznych" są zdecydowanymi zwolennikami przyjęcia Turcji. Ukraina i Turcja określane są często jako państwa "rozszczepione", "na rozdrożu", które są jakby "jedną nogą" w Europie, a drugą w Azji. Jeśli Unia Europejska odwróci się o nich, to Ukraina - zgodnie z tezą Huntingtona o "instynktownym łączeniu się w grupy przez kraje o tej samej tożsamości kulturowej" - zacznie ciążyć ku Rosji, a Turcja ku republikom Azji Środkowej, w których ludność posługuje się językami tureckimi. Europa nie może do tego dopuścić. Proces poszerzania jej granic politycznych powinna traktować jak historyczną konieczność i moralny obowiązek. Od otwartości Unii Europejskiej zależeć będzie bowiem przyszłość nie tylko Ukrainy, państw bałkańskich czy Turcji, ale będzie ona pozytywnie oddziaływać na globalny stan stosunków międzynarodowych. Przyczyni się do powiększenia obszaru stabilności i bezpieczeństwa w Europie, który będzie promieniował na sąsiednie regiony (co jest szczególnie pożądane dla niestabilnego Bliskiego Wschodu i obszaru WNP). Doprowadzi też do zwiększenia przewidywalności stosunków międzynarodowych w Europie i zwiększy gwarancje utrzymania pokoju. Przyjęcie nowych państw do Unii Europejskiej nie powinno również generować zagrożeń dla tożsamości europejskich (lokalnych, regionalnych czy narodowych), a wręcz przeciwnie - może przyczynić się do ich renesansu. Dialog kultur - rzeczywisty, spontaniczny, oddolny - zawsze bowiem prowadzi do ich wzbogacania i rozwoju. Natomiast izolacja - jak głosi Deklaracja Meksykańska z 1982 roku - prowadzi do tego, że kultura "więdnie i ginie". Europa musi więc jednoznacznie opowiedzieć się za liberalną proliferacją wzorców i wartości kultury, odrzucając konserwatywną inercję i narcyzm. Ponadto, spotkanie czy nawet współistnienie z odmiennymi cywilizacyjnie państwami nie byłoby niczym nowym dla Europy, gdyż od zawsze była otwarta na wpływy z zewnątrz jak i wewnętrzne ścieranie poglądów. E. Morin uważa, że kultura europejska "bez przerwy od wieku XV jest w stanie wrzenia - jest antagonizmem między europocentryzmem a tendencją do uniwersalizmu otwartego na wszystkie kultury". W cywilizacji europejskiej ważne są nie tylko idee przewodnie (chrześcijaństwo, rozum, humanizm, nauka), ale także ich antyidee. Stąd tylko "zapładniające spotkanie rozmaitości, komplementarności, konkurencji" jest w stanie wytworzyć nową jakość i zmianę, tak potrzebne współczesnej Europie. Autor daleki jest jednak od naiwnego optymizmu i dostrzega konieczność przedstawienia również "ciemnych stron" i zagrożeń dla tożsamości europejskich, wynikających z otwartości subkontynentu. W tym kontekście najczęściej powtarzaną obawą jest możliwość "rozsadzenia" ram Unii Europejskiej przez nie-asymilujących się muzułmanów i zakłócenie równowagi sił w Europie i na świecie. Problem gett i enklaw islamskich jest szczególnie widoczny we Francji, z kilkumilionową społecznością arabską i w RFN zamieszkałej przez niemniejszą liczebnie ludność turecką i kurdyjską. Co ciekawe, według S. Huntingtona jest to również największe wyzwanie, przed jakim stoją obecnie Stany Zjednoczone, z tą jednak różnicą, że odnosi się to do Latynosów. Niekontrolowany napływ ludności islamskiej do Europy może przyczynić się do rewitalizacji nacjonalizmów i powstania nowych konfliktów na tle etnicznym, czego dowodem jest zjawisko neofaszyzmu, m.in. w Niemczech, Francji i Holandii. Inna kwestia, że napływowa ludność muzułmańska funkcjonuje zazwyczaj na peryferiach goszczącego społeczeństwa, parając się często działalnością kryminalną - narkobiznesem, handlem bronią a w skrajnych przypadkach również aktywnością terrorystyczną. Niepokojący jest fakt, że przyrost naturalny wśród emigrantów muzułmańskich jest kilkakrotnie wyższy od tego, jaki notuje się w starzejących się społeczeństwach europejskich. Z czasem więc, Europa będzie stawać się coraz mniej "europejska", a proces ten będzie wzmacniany przyzwalającą postawą samych Europejczyków, wymuszoną perspektywą drastycznego spadku liczby osób w wieku produkcyjnym i krachu systemów emerytalnych. Aby Europa zachowała wysoką dynamikę rozwoju i mogła skutecznie rywalizować na polu gospodarczym z USA i Japonią, potrzebne są jej ręce do pracy i "świeża krew", i wiele nie poradzi na to, że będą to "islamskie", a przynajmniej "nieeuropejskie" ręce i krew. Pojawia się również kwestia przyszłego członkostwa Turcji w Unii Europejskiej. Według prognoz demograficznych, za kilkanaście lat byłaby ona największym pod względem liczby mieszkańców krajem Unii, przed Niemcami i Francją. Przyjęty we Wspólnotach system decyzyjny, biorący pod uwagę liczbę ludności państw, czyniłby z Turcji kraj o największej sile głosu w instytucjach i organach unijnych. Uważa się, że argument o niekompatybilności cywilizacyjnej Turcji do Europy jest tylko "zasłoną dymną", a prawdziwa przyczyna veta dla Turcji w UE wynika z tego, jaką siłą decyzyjną dysponowałaby Ankara w poszerzonej Unii.
|