|
Zanim „My name is Khan” (Nazywam się Khan) z gwiazdami Bollywoodu Shahrukhiem Khanem i Kajol Devgan w rolach głównych pojawił się na ekranach kin przez Indie przetoczyła się fala protestów przeciwko filmowi. Armia Śiwy (Shiv Sena) nawoływała do bojkotu filmu po tym jak jego główny bohater, muzułmanin Shahrukh Khan będący współposiadaczem zespołu krykietowego Kolkata Knight Riders skrytykował fakt, że indyjskie kluby nie kupują zawodników z ligi pakistańskiej.
REKLAMA
Skrajnie-prawicowa Shiv Sena uznała tę wypowiedź za anty-indyjską i zażądała od aktora publicznych przeprosin. Gdy ich nie otrzymała lider Armii Śiwy - Bal Thackeray domagał się od właścicieli kin by nie pokazywali „My name is Khan” i zagroził, że jego bojówki rozprawią się z tymi, którzy nie zastosują się do bojkotu. Ostatecznie skończyło się na tym, że film wszedł na ekrany indyjskich kin zgodnie z zaplanowanym terminarzem. W bastionie Armii Śiwy, czyli stanie Maharashtra w dniu premiery tj. 12 lutego kina, w których był wyświetlany najnowszy film Karana Johara zostały zabezpieczone przez dodatkowe bataliony policji. Wielu bojówkarzy Shiv Seny zostało aresztowanych przez policję, a synowi Bala Thackeraya Uddhavowi czasowo odmówiono państwowej ochrony, która przysługuje mu z racji zasiadania w stanowym parlamencie. Protesty Armii Śiwy zdały się jednak na nic. Shahrukh Khan nie przeprosił za swoje rzekomo anty-indyjskie stwierdzenie, a film nie został zbojkotowany ani przez zdecydowaną większość właścicieli kin, ani przez widzów. Protesty Shiv Seny zapewniły mu najlepszą z możliwych reklam. Film zarejestrował rekordową oglądalność nie tylko w Indiach, ale również poza granicami kraju.
Czy jednak wart jest takiej reklamy? Z pewnością nie jest to arcydzieło, choć podejmuje bardzo ważny temat jakim jest wzrost niechęci do muzułmanów w krajach niemuzułmańskich po 11 września 2001 i niezwykle niebezpiecznej tendencji do upatrywania terrorystów dżihadystów wśród wszystkich wyznawców islamu. Ten temat jeszcze szczególnie istotny w naszym kraju gdzie media są głównym źródłem informacji na temat muzułmanów i postrzeganie islamu i jego wiernych jest bardzo mocno naznaczone obrazami medialnymi. Czy formuła bollywoodzkiego filmu jest jednak wystarczająco pojemna do podejmowania takich ważnych tematów społecznych? Z pewnością tak, choć w „My name is Khan” ta formuła wydaje się trochę spłycać wagę podjętego problemu. Film opowiada historię życia tytułowego bohatera - Rizwana Khana - indyjskiego muzułmanina cierpiącego na syndrom Aspergera. Do 11 września 2001 Rizwan jest szczęśliwym człowiekiem, który wiedzie spokojne życie ze swoją świeżo poślubioną hinduską żoną Mandirą (bardzo dobra kreacja Kajol Devgan) i jej synkiem Samem z wcześniejszego małżeństwa. Po zamachach terrorystycznych na WTC i Pentagon ich sielankowe życie niemalże z dnia na dzień przeradza się w koszmar. Punktem zwrotnym jest śmierć syna Mandiry w wyniku pobicia noszącego wszelkie znamiona przemocy o podłożu dyskryminacji religijnej i rasowej. Żona Rizwana Khana jednoznacznie obwinia swojego męża za śmierć jej ukochanego synka twierdząc że „Sam umarł tylko dlatego, że nazywał się Khan”. Rizwan opuszcza swoją żonę, która nie chce go znać i udaje się w podróż po USA której celem jest spotkanie prezydenta i przekazanie mu jednej krótkiej informacji o treści ‘Nazywam się Khan i nie jestem terrorystą!!!” Zanim jednak uda mu się zrealizować ten zamiar, zmienią się prezydenci, a jego czeka wiele pasjonujących przygód. Część z tych obrazów jest jednak tak bardzo wyidealizowanych, że nawet w bollywoodzie wyglądają podejrzanie. Myślę tu przede wszystkich o dość tandetnych scenach z powodzi. Choć film jest niezwykle krytyczny wobec USA oskarżając społeczeństwo amerykańskie o szeroko rozpowszechnioną muzułmanofobię i islamofobię to jego całościowy wydźwięk jest podobny do ogólno-indyjskiego podejścia do USA, czyli niezwykle pro-amerykański. Da się to zaobserwować szczególnie w scenach z kataklizmu gdy wszystkie społeczności jednoczą się w obliczu wspólnego zagrożenia. Film warto zobaczyć, choćby po to żeby zdać sobie sprawę z tego jak Hindusi widzą Stany Zjednoczone, a w ich odbiciu swój własny kraj z niezwykle skomplikowanymi relacjami pomiędzy różnymi społecznościami religijnymi. Ten obraz własnego kraju w lustrzanym odbiciu USA jest bardziej stanem do którego Hindusi aspirują niż manifestacją aktualnego stanu rzeczy. Z pewnością są to jednak chwalebne aspiracje. Jak wiadomo w bollywoodzie absolutnie kluczowa jest muzyka. Ta jednak w „My name is Khan” specjalnie nie zachwyca. Szkoda, że do tego zadania nie został zaangażowany Rahman bo to z pewnością filmowi wyszłoby to tylko na dobre. Nie zawiodła za to mega gwiazda bollywoodu grająca głównego bohatera filmu. Film warto zobaczyć chociażby dla fenomenalnego Shahrukha Khana, który genialnie odnajduje się w roli osoby cierpiącej na zespół Aspergera. Oglądając „Nazywam się Khan” można wręcz odnieść wrażenie, że Shahrukh Khan gra samego siebie i osobiście cierpi na to rzadkie zaburzenie. Nade wszystko gorąco polecam „My name is Khan” dla jego głównego przesłania, które można sprowadzić do stwierdzenia - nigdy nie uogólniaj o wiernych jakiejkolwiek religii. To, że ludzie Zachodu najczęściej słyszą o terrorystach, którzy są muzułmanami nie oznacza, że wszyscy terroryści to muzułmanie, a tym bardziej że wszyscy muzułmanie to terroryści. Film przeciwko przesadnej polityce obronnej i zaostrzonym środkom bezpieczeństwa, które biorą na celownik wszystkich muzułmanów (w tym Shahrukha Khana na lotnisku w USA w trakcie końcowych prac nad filmem) jest bardzo na czasie. Nic dziwnego, że spotkał się on z entuzjastycznym przyjęciem w kręgach muzułmańskich w Indiach i na świecie, i z o wiele mniej przychylną reakcją wśród osób które z podejrzliwością patrzą na każdego Khana. Khanów jak Kowalskich na świecie wielu i warto pamiętać, że zdecydowana większość z nich nie ma absolutnie nic wspólnego z terroryzmem. Artykuł ukazał się na portalu arabia.pl |