26 kwiecień 2010
-
Miłosz J. Zieliński
Węgrzy dokonali wyboru najbardziej oczywistego, a zarazem najtrudniejszego od czasu przemian demokratycznych. Oczywistego, gdyż ośmioletnie rządy lewicy przyniosły kryzys ekonomiczny i społeczny o znacznych rozmiarach. Trudnego, bo choć prawicowy Fides był murowanym kandydatem do wygranej, mógł nie otrzymać 2/3 miejsc w parlamencie niezbędnych do komfortowego rządzenia (w tym do zmiany konstytucji).

Potencjalną przeszkodą mogło okazać się zjawisko typowe przede wszystkim dla Węgrów, jeśli wziąć pod uwagę jego trwałość i siłę. Nacjonalistyczny radykalizm, reprezentowany przez partię Jobbik. Duch traktatu z Trianon, pozbawiającego państwa węgierskiego ponad 70 procent jego terytorium z czasów monarchii habsburskiej, od 90 lat unosi się nad Balatonem i nie pozwala zapomnieć o utraconej potędze. Winni tego są wszyscy dookoła, zwłaszcza państwa ościenne - Słowacja, Rumunia i Serbia. Jednakże oprócz wrogów zewnętrznych, ogromny potencjał do wykorzystania dla radykalnych nacjonalistów stanowi niespełna dziesięcioprocentowa mniejszość etniczna, obwiniana o wszelkie niepowodzenia węgierskie – Romowie. Ich kwestia towarzyszyła kampanii wyborczej. Każde liczące się w wyborach ugrupowanie nie mogło przejść nad nią do porządku dziennego. Romowie są przedstawiani jako środowisko do szpiku kości przesiąknięte przestępczością, alienujące się od reszty społeczeństwa i stanowiące realne zagrożenie dla „prawych obywateli”. Tylko nieliczni są przy tym świadomi, że z około 800-tysięcznej grupy osób wykluczonych społecznie, tylko 40 procent stanowią Romowie.
Uzyskana przez partię Viktora Orbana przewaga może zachęcać do deprawacji i zachłyśnięcia się sukcesem. Ale oprócz tych zagrożeń niesie ze sobą jedną gigantyczną szansę dla całych Węgier. Fides może rządzić bez wsparcia Jobbiku, dzięki czemu prawdopodobieństwo radykalizacji posunięć nowego gabinetu w kwestiach etnicznych jest znacznie mniejsze. Orban i jego frakcja mają potencjał, dzięki któremu dyskusja na temat problemów Węgier i Węgrów z bolesną przeszłością może zostać sprowadzona na znacznie bezpieczniejsze tory i przez to zbliżyć się do uwolnienia od rewanżyzmu w tak intensywnej postaci. Proces ten potrwa zapewne wiele lat i nie będzie łatwy. Ważne jest jednak to, że obecnie możliwe jest jego rozpoczęcie. Być może Węgrzy bardziej skoncentrowani są na wyjściu z gigantycznego kryzysu ekonomicznego, który daje się im we znaki już od kilku lat (znacznie dłużej niż obecne problemy globalnej gospodarki) i za to będą wdzięczni rządowi, jeśli stanie na wysokości zadania. Ale Europa z pewnością podziękuje Orbanowi za wprowadzenie jego kraju na ścieżkę ostatecznego rozliczenia się z przeszłością.