|
"Indie biorą cudzoziemca szturmem, chwytają za gardło i ściskają żołądek. Nie pozwalają tylko na jedno: na obojętność" - pisał Tiziano Terziani o swoich pierwszych doświadczeniach z Indiami. Po kilkudziesięciu latach – przy założeniu, że chce się Indie prawdziwie zobaczyć - niewiele się zmieniło. Doświadczając, obserwując i poznając ten kraj, także sąsiadujący z nim od północy Nepal, nie dało się uniknąć zarówno fascynacji, jak i frustracji związanej z tym ogromnie różnorodnym obszarem, na temat którego ktoś kiedyś powiedział, że rząd w Delhi administrując nim codziennie dokonuje cudu. REKLAMA
Strona 2 z 2 Pokhara (Nepal), niedziela - wtorek 07-09.02.2010 r., godz.19:40
Chcąc oszczędzić i czas i pieniądze, zdecydowaliśmy, że sensownie byłoby z Kathmandu do Pokhary przejechać nocą, dotrzeć tam jeszcze przed świtem i zobaczyć wschód słońca nad Himalajami zaraz po przyjeździe. Okazało się jednak, że pewne sprawy przerosły nasze europejskie wyobrażenia o tym jak taki przejazd mógłby być zorganizowany. Znajomy z Kathmandu pomógł nam negocjować niektóre kwestie z jednym z nielicznych przewoźników, który na nocną podróż się zdecydował – za nie byłe jaką zresztą sumę dwunastu tysięcy nepalskich rupii. Zaskoczeniem był dla nas fakt, gdy o umówionej godzinie stawił się nie tylko on, ale grupa trzech osób, z których jako kierowca przedstawiony nam został co najwyżej siedemnastoletni (jak twierdził) chłopaczek. Rahul jeszcze przed odjazdem, po tym jak zjedliśmy wspólną kolację, poprosił mnie na bok i oznajmił, żebyśmy nie zgadzali się na żadne postoje poza dużymi miastami, bo to znak, że … mogą coś kombinować. Ciekawe jak mielibyśmy się nie zgodzić – pomyślałem. W zasadzie przez cały przejazd zastanawiałem się, czy będziemy mieli jakieś problemy. Dodatkowo nasz młody kierowca już po trzech godzinach był zmęczony, chciał spać. Nie zgodziliśmy się na to i w dalszej części podróży widać było jak ze sobą walczy, ciągle ziewa i próbuje się cucić na różne sposoby. Na moje uwagi, żeby ze sobą rozmawiali, albo że jest zmęczony reagowali z pretensjonalnym oburzeniem, prawie agresją. Poczęstowałem ich gumą do żucia co na chwilę poprawiło sytuację.
Droga była wąska i kręta, często dziurawa. Bardzo słabo, a często w ogóle nie oświetlona. Mogę się tylko domyślać jak strome były niektóre jej fragmenty, gdyż niemal ciągle jechaliśmy pod górę. Dodatkowo zdawało się, że tamtejsi kierowcy za punkt honoru obierali sobie najpierw zmieniać pas jazdy, potem przyspieszając najeżdżać na siebie, by w ostatniej chwili dynamicznie skręcając wymijać się już na swoich pasach. Po pierwszych kilku takich manewrach patrzyliśmy na siebie z niepokojem, potem nawet trochę przywykliśmy, chociaż do końca trasy każdy samochód z naprzeciwka dostarczał nowych emocji. W końcu zdecydowaliśmy się na postój, mieliśmy trochę zapasu czasu, a nasz kierowca był wykończony. O umówionej godzinie próbowaliśmy go dobudzić. Lekko zamroczony podniósł tylko głowę, a gdy nas zobaczył, znowu schował się pod kocem. Skonsternowani nie widzieliśmy co robić. Pomysłów było kilka, w końcu jednak udało nam się go dobudzić i namówić do dalszej jazdy. Teraz, z perspektywy czasu, wydaje się to nam nawet śmieszne, ale przed wyjazdem i w jego trakcie, naprawdę różne myśli przychodziły nam do głowy. A pole manewru mieliśmy naprawdę niewielkie. Sami, pośrodku niczego w kraju Trzeciego Świata, środek nocy i podpowiadająca różne scenariusze wyobraźnia.
Do Pokhary dotarliśmy około piątej rano. Większą część górskiej serpentyny pokonaliśmy samochodem, ale zostało jeszcze około czterdziestu minut pieszej wspinaczki. Po wypiciu herbaty w jednej z przydrożnych nepalskich chatek, dotarliśmy na górę około szóstej. Zmęczeni i zmarznięci po nieprzespanej (albo słabo przespanej) nocy. Słońce zaczęło wschodzić przed siódmą. Lekka mgła dość długo ograniczała widoczność, ale po chwili zaczęły się pojawiać pierwsze siedmiotysięczniki , potem wyłonił się szczyt najwyższy - mierzący 8167 m n.p.m. majestatyczny Dhaulagiri, do połowy XIX wieku uważany za najwyższą górę świata. Młody chłopaczek z którym przyjechaliśmy, twierdzący, że miał szesnaście lat, mimo iż wyglądał na co najmniej cztery lat mniej, pełnił rolę przewodnika wskazując nam szczyty i opowiadając od czasu do czasu o kolejnych elementach krajobrazu. Część turystów, głównie – jakżeby inaczej – Japończyków, robiła zdjęcia. Kontemplacja. Chłodne powietrze. Jakby inny styl życia tutejszych. Dziwne uczucie – być tu, w Nepalu i obserwować wschód słońca w Himalajach. Kto by pomyślał kilka miesięcy temu?
Popołudniu tego dnia urywając się z hotelu pozbawionego elektryczności i ciepłej wody, udaliśmy się do Starej Pokhary. W porównaniu do Kathmandu jest tu dużo ciszej, spokojniej. Ludzie są bardziej naturalni, jakby bardziej nas ciekawi. Sprzedawcy nie są nachalni. Praktycznie nikt nie wyciąga ręki po pieniądze. Jemy obiad w malutkiej, bardzo skromnej, zorganizowanej minimalnym nakładem sił i kosztów miejscowej knajpce. Płacimy 80 rupii nepalskich czyli około 8 zł za dwa duże obiady. Dużo spacerujemy. Rano kręciliśmy się jeszcze po turystycznej części Pokhary, przepłynęliśmy też łódką na wyspę, gdzie odbywał się aranżowany ślub. Młoda para sprawiała dość przygnębiające wrażenie.
Tutaj dygresja. Fakt aranżowanych ślubów, bardzo powszechny w Indiach i Nepalu, od początku był dla mnie czymś trudnym do przełknięcia. To jedna z bardziej zapamiętanych przeze mnie kwestii mówiących o różnicach kulturowych. Wcześniej sporo o tym czytałem, słyszałem opowieści, ale dopiero fakt zetknięcia się, obserwowania takiej ceremonii, daje prawdziwe poczucie zrozumienia o czym właściwie mówimy. Pierwszy raz spotkałem się z takim ślubem na malutkiej wysepce właśnie w Pokharze, gdzie odbywała się ceremonia. Jakby wyciszona atmosfera, rozmowy szeptem, brak muzyki i jakiejkolwiek fanfaronady. Odświętne, kolorowe i efektowne stroje, pan młody ubrany jak książę. Ale na twarzach głównych aktorów widowiska więcej niepewności niż radości. Zdawali się być sobie zupełnie obcy i przejmująco smutni. Ktoś powiedział mi, że nawet gdyby było inaczej, to nie wypada okazywać im radości, że należy raczej okazać żal, gdyż rozstają się ze swoimi rodzinami. Miałem jednak silne poczucie, że radości w tej dwójce nie ma wcale, choćby nawet bardzo mocno ukrytej. Do dziś większość małżeństw w Indiach (podobnie w Nepalu) jest aranżowanych, w gazetach pojawiają się ogłoszenia przedstawiające zalety dziewczynek (kasta, kolor skóry, dziewictwo, perspektywy zawodowe). Często kilkunastoletnie dziewczęta wydawane są za mężczyzn, których nigdy wcześniej nie widziały. Wśród ubogich rodzin popularne jest wydawanie za mąż już kilkuletnich dziewczynek, gdyż wtedy posag wynosi jedynie około 500 rupii – 10 dolarów. Ciągle częste są przypadki sati - spalenia wdów, rzekomo przypadkiem, podczas wykonywania prac domowych.
Innym razem przypomniały mi się aranżowane śluby podczas spotkania z Alokiem - znajomym Hindusem w Varanasi. Po wymianie kilku zdań, niespodziewanie zapytał naszą koleżankę o jej plany małżeńskie. Był nie mniej zdziwiony ich brakiem niż koleżanka jego pytaniem. Chcąc wybawić ją z kłopotów, wyjaśniłem mu pośpiesznie, że w naszej kulturze nie ma nic dziwnego ani nagannego w tym, że pozostaje się bez ślubu po dwudziestym piątym roku życia, nawet jeśli chodzi o kobietę. Sytuacja była dla mnie tym bardziej zabawna, że chwilę wcześniej pytał mnie o moją narzeczoną, a sam oznajmił mi, że dalej jest „singlem”, co sprawiło oczywiste wrażenie, jakoby robił krok w kierunku naszej znajomej. Potem, w czasie rozmów z osobami przebywającymi w Indiach dłużej, dowiedziałem się, że tego typu sytuacje i pytania zdarzają się bardzo często, by nie powiedzieć, że niemal zawsze w kontaktach Indusów z Europejkami.
Wieczorem, po spacerze po starej Pokharze, udaliśmy się z kolegą do baru w turystycznej części miasta na mecz Chelsea – Arsenal (2-0) – futbol jest wszędzie (!). Bardzo przyjemnie i wesoło było pogadać z Dave’m , Nepalczykiem tam spotkanym, który siedem lat mieszkał w Moskwie, a od dziesięciu żyje w Londynie. M.in. gorąco nas zachęcał, żeby odważnie poznawać nepalskie dziewczyny.
Na poniedziałek (08.02) zaplanowaliśmy trekking po okolicach Pokhary. Wynajęty przewodnik oprowadzał nas po robiących niekiedy piorunujące wrażenie miejscach. Dziewicza przyroda, Himalaje, kwitnące rododendrony, których kwiat jest symbolem Nepalu. Mijaliśmy wioski z ciekawie się w nas wpatrującymi dziećmi, brudnymi, boso biegającymi z szeroko pootwieranymi oczyma. Domy bardzo marne, pokryte strzechą. Biegające zwierzęta, najczęściej malutkie kózki. I w tym wszystkim ogromny, wręcz namacalnie wyczuwalny spokój. Po południu wysłałem kartki pocztowe do Polski i kupiłem „An Elegy for Democracy. Forget Kathmandu” – pasjonująca lektura.
Chitwan (Nepal), środa 10.02.2010 r.
Już sama trasa z Pokhary do Chitwan, przy sporym deszczu i bagażach załadowanych na dach autobusu, odkryła nam część fascynującego ogromu tutejszej przyrody. Większość trasy jechaliśmy ciągnącą się w nieskończoność serpentyną wzdłuż Karnali – najdłuższej rzeki Nepalu. Po południu zjedliśmy, a wieczór spędziliśmy na organizacji następnych dni. Pijąc wódkę (wskazana po eksperymentach z tutejszą kuchnią), pewne poruszenie wywołał w nas przebiegający po belce w domku dziewczyn szczur. Znowu nie ma ciepłej bieżącej wody, przynoszą ją podgrzaną, w wiadrach, a taki prysznic stanowi już swego rodzaju wyzwanie. Pełno tu robactwa. Za dwuosobowy pokój płacimy 150 rupii – zabawne, że dwa razy więcej wydałem dzisiaj na obiad.
Dzisiaj rano ruszyliśmy na wędrówkę po dżungli do miejscowego parku narodowego. Na wstępie jeden z naszych przewodników, wymachując trzymanym w ręce kijem, powtarzał zupełnie serio, że zarówno nosorożce, jak i tygrysy zwykle nie atakują ludzi. Potem zaś przedstawił różne warianty zachowań na wypadek ich spotkania. Z trójką przewodników kręciliśmy się po parku około czterech godzin, widzieliśmy jednak tylko ptaki, kilka saren i małp. Więcej szczęścia mieliśmy za to na popołudniowym safari jeepem, gdzie oprócz krokodyli, gwiazdą przedstawienia był długo pozujący do zdjęć, z odległości zaledwie kilku metrów nosorożec. Tego dnia, przed popołudniem widzieliśmy też bardzo dla nas efektowną kąpiel słoni. Ciekawe jest to, jak szybko przyzwyczajamy się do niedawno jeszcze dziwnych dla nas obrazków – choćby słoni na ulicach, stanowiących tu normalny środek transportu.
Zastanawiałem się też z resztą grupy nad mentalnością tutejszych ludzi i nad tym, czy mamy prawo do moralnej oceny ich zachowania. Dlaczego, choćby zniszczona podczas II wojny światowej Polska, mimo narzuconego jej na wiele lat systemu komunistycznego, potrafiła stać się stabilnym i szybko rozwijającym się państwem. Tymczasem tu panuje tak straszny marazm, a jedynymi pomysłami na rozwój i zarobek są te związane z turystami z zachodu. Bardzo łatwo jest wpaść w pułapkę uzurpacji z ignorancją oceniając coś, czego wartości być może dostrzec w naszej optyce nie potrafimy. Faktem jednak jest wszechobecna bieda i cywilizacyjne zapóźnienie. Czy winni są europejscy kolonizatorzy jak mówi nam obecnie większość mainstreamowych źródeł? A może to tubylcza mentalność, czy różniący się od naszego system wartości? Na ile istotny jest klimat, geopolityczne położenie? A może to splot tych wszystkich i wielu jeszcze innych czynników.
Wieczorem byliśmy też na Tharu Culture Programme – bardzo ciekawym pokazie miejscowych tańców etnicznych w wykonaniu wyłącznie mężczyzn. Toteż jeden z kobiecych tańców wykonał przebrany facet szokując sporą część głównie zachodniej widowni. Generalnie jednak, akcent podczas występu położony został przede wszystkim na wyeksponowanie nepalskiej kultury.
O świcie wybraliśmy się na przejażdżkę na słoniach. Do dżungli wjechaliśmy na dwóch zwierzętach, uznawanych tu za niepodzielnych władców terenu. Idąc, słoń wyznacza sobie trasę tratując to co stanie mu na drodze. Żadne inne zwierzę nie jest w stanie mu zagrozić. Jednocześnie jako roślinożerca nie jest dla innych ssaków niebezpieczny. Nieco później byliśmy świadkami niesamowitego widowiska. Słonie, na których jechaliśmy poprowadzone zostały do wodopoju, gdzie szereg zwierząt w kompletnym spokoju, niespłoszonych poiło się, spacerowało i patrzyło nam prosto w oczy. Słońce przenikające o świcie zakamarki ciemnej jeszcze miejscami dżungli. Budzące się życie. Natura, harmonia i prawdziwy spokój.
Dopisek. Po przekroczeniu granicy nepalsko-indyjskiej i odebraniu obowiązkowych pieczątek w paszportach (Nepalski celnik wbił mi na wyjazd tutejszą swastykę), znaleźliśmy autobus do Gorakhpur. Przed wejściem pojawił się nagle, z pozoru elegancki facet około trzydziestki, z pytaniem czy mamy wykupiony bilet do Varanasi. Odpowiedzieliśmy, że tak myśląc, że chce nam takowe sprzedać. Wtedy on stwierdził, że potrzebuje nasze bilety, aby zadzwonić na dworzec i potwierdzić nasz odjazd. Nie wylegitymował się, nie przedstawił. Coraz bardziej agresywnie domagał się naszych biletów, w końcu mu je pokazaliśmy, dalej nie rozumiejąc jego roli, nabierając za to coraz większych podejrzeń. Nie wiedzieliśmy czy jest w jakimkolwiek kontakcie z obsługą autobusu, nie było w pobliżu nikogo z kierowców ani sprzedających bilety, których można by o to zapytać. Cały czas byliśmy sceptyczni, więc gość kilka razy wykrzyczał w nerwach formułkę, że skoro tak, to możemy wracać z powrotem do Nepalu (jakkolwiek dziwne i abstrakcyjne, by to w tej sytuacji nie było). Zrobił jakąś parafkę na wydruku naszego biletu, potem na swoim i … ogłosił, że za potwierdzenie pobiera opłatę w wysokości 390 rupii. W reakcji na to natychmiast stwierdziłem, że nie ma mowy i że w tej chwili idę na policję. Facet się spłoszył i zaczął uciekać. Inny (pewnie będący z nim w zmowie) rzekomo zaczął nas uspokajać, niby to oglądając nasze bilety i z uśmiechem, życzliwie je nam oddając. Też był chyba tą groźbą policji przejęty, bo razem z naszym, oddał nam kilka innych, przejętych od zagranicznych turystów biletów. Pociąg z Gorakhpur do Varanasi miał godzinę opóźnienia, ale dojechaliśmy nim na miejsce bez większych komplikacji. I bez wcześniejszego potwierdzenia.
 Varanasi (Indie), czwartek - sobota 11-13.02.2010 r.
Na początku to było irytujące. Teraz, po około godzinie zaczynam się przyzwyczajać. Chrapanie wydaje się mieć jakiś rytm, jakąś prawidłowość. Po krótszym dźwięku, przychodzi dłuższy, głębszy, potem bardziej przeciągły. Po dłuższym czasie zaczynam odróżniać, który skąd dochodzi, wyobrażam sobie kto wydaje z siebie takie chrapnięcie. Większość przypomina parskanie konia. Stada koni. Dochodzi ze wszystkich stron. Osacza. Rodzi dziwny stan. Niepokój? Bardziej pasuje tutaj inne słowo, ale w tej chwili nie mogę go odnaleźć. Ryszard Kapuściński pisał, że aby zrozumieć miejscowych należy z nimi żyć. Spać tam gdzie oni i jeść to co oni. To na pewno prawda. Często pewnie przychodzi się wtedy zastanawiać nad granicą poświęcenia. Teraz np. krążą mi po głowie myśli – pytania. Ludzie dookoła ciężko oddychają. Kaszel. Jakie choroby są jego przyczyną? Czy są zaraźliwe? A jeśli tak, to czy są groźne? Z drugiej strony osłabła jakby moja wrażliwość na wszechobecny brud i nędzę. Każde kolejne miasto zdaje się zwiększać moją tolerancję. Nie robią już wrażenia żebrzące dzieci, ani pełzający i pozbawieni niektórych członków żebracy. Jemy w różnych – jeszcze niedawno zupełnie nie wchodzących w grę miejscach, na razie udaje nam się przez to przechodzić bez większych komplikacji. Nie sposób jednak nie wzdrygnąć się wewnętrznie na widok setek (może więcej?) osób, stłoczonych na dworcowych posadzkach w Gorakhpur i Varanasi. Jeden z żebraków, pozbawiony nóg, agresywnie się do mnie czołgał, pobrzękując raz po raz miseczką. Co chwilę napotyka się na wymiociny albo mocz, które tutaj chyba nikogo ani nie dziwią ani nie obchodzą. W drodze od granicy do Gorakhpur, na środku przepełnionego autobusu, nikogo specjalnie nie poruszył wymiotujący na podłogę przez kilkanaście minut chłopiec.
W Varanasi spotkaliśmy się w hotelu ze znajomymi koleżanki, mieszkającymi tu i pracującymi Hindusami, Alokiem i jego kolegą. Przekonywali nas, że to tylko ludzie opowiadają złe historie o Benares, że wszelkie negatywne opowieści i stereotypy o tym mieście są na siłę kreowane. Jakże jednak ze swoją europejską wrażliwością reagować na to co widzę? Choćby dziś, po wjeździe do miasta, gdzie w czasie ulewy daliśmy się w końcu przekonać (wbrew przestrogom Lonely Planet, ostrzegającym przed naciągaczami) do wzięcia rykszy spod dworca. To co widzieliśmy po drodze to były obrazki rodem z trzeciego świata. A krótkie spojrzenia przez uchylone czasami drzwi pozwalały niemal zajrzeć tej przerażającej rzeczywistości w oczy.
Kolejny przystanek. Zajmuję górną pryczę w pociągu ostatniej klasy. Mam doskonały punkt obserwacyjny. Leżę około pół metra ponad głowami przechodzących Indusów. Niezrozumiały język. Dziwne odczucia. Mimo tych wszystkich okoliczności czuję się jednak bezpiecznie. Otaczają mnie głównie starsi ludzie o życzliwych twarzach i spojrzeniach. Mam nadzieję, że to się nie zmieni do końca podróży.
Wydźwięk tego co pisze może być bardzo negatywny, a to oczywiście tylko część prawdy. Przede wszystkim mimo tej wielkiej nędzy to do tej pory, nie licząc kilku naciągaczy, nie spotkało nas nic złego. Większość ludzi chętnie pomaga. Choćby ci dwaj koledzy z Varanasi, poproszeni by zabrać nas do sklepu, uparli się, że pojadą sami, bo my jesteśmy ich gośćmi - choć przecież byliśmy w hotelu - i kupili nam prowiantu na naszą podróż pociągiem.
Varanasi ma w sobie coś magicznego. „Stare i legendarne, oddane Siwie, wieniec odrapanych pałaców powoli obsuwających się do Gangesu, ideał pielgrzymów, raj śmierci”. Podobno już brytyjscy kolonizatorzy zachwycali się jego tajemniczą aurą, mistyką. Wielkie wrażenie zrobiła na mnie obserwacja hinduskich ceremonii w tutejszych ghatach (jest ich tu osiemdziesiąt), tym bardziej, że do miasta trafiliśmy w okresie najważniejszego dla Hindusów święta. Płyniemy łodzią po Gangesie – najświętszej hinduskiej wodzie, w której dorzeczu rodziła się indyjska kultura. Kremacje w Jalasai Ghat, wedyjskie śpiewy brahminów, muzyka, kadzidła, lampki oliwne, kwiaty, bujne kolory. Setki tysięcy Hindusów obmywających się w rzece w oczekiwaniu na mokszę. Niewiele z tego z pewnością zmieniło się przez ostatnich kilkaset lat. Choćby te wąskie, brudne uliczki zapełnione pielgrzymami i chodzącymi swobodnie krowami, wszechobecny zapach rozkładającego się łajna. Ponad trzy tysiące świątyń. Malowniczość. Masa fabryczek i sklepików z jedwabiem. Jak powiedziała spotkana w hotelu Francuzka, która była tu po raz pierwszy piętnaści lat wcześniej, miasto pozostało takie samo, więcej jest jedynie samochodów i telefonów komórkowych.
Ganges jest najświętszą rzeką dla wszystkich hindusów. W Indiach zresztą znaczenie rzeki jest szczególne. J.C. Carriere pisze: „Indie wolą rzekę od morza. W spływie wody niosącej zarówno urodzaj jak i zagrożenie, widzą niewyczerpany zasób uczuć i symboli. Morze nie przemawia do Hindusów. Nigdy nie otaczali go czcią. Nigdy go nie podbili. Jest raczej przeszkodą niż przyjacielem. Rzeka przeciwnie: jest zarazem obrazem przestrzeni i czasu, życia i śmierci, stałości i odnowy. Większość wielkich, świętych miejsc leży nad brzegiem którejś rzeki, a czasem takim miejscem jest sama rzeka, którą od źródeł do ujścia zdaje się otaczać nadprzyrodzona opieka”.
W Varanasi widzieliśmy też kilka świątyń hinduskich. Nie było komfortowym zdejmowanie obuwia przed każda kolejną, zwłaszcza w obliczu padającego intensywnie deszczu. Niektóre obrzędy były zastanawiające, niemal wszystkie – pewnie ze względu na moją ignorancję - dla mnie niezrozumiałe. Jednak gros z nich ocierało się, czy wręcz emanowało kiczem. Nijak w tych dziecinnych często obrazkach nie mogłem doszukać się mistyki, poważnej głębi. Wydaje mi się, że zdecydowanie łatwiej byłoby mi o to np. w buddyzmie. Ale jak już napisałem jestem laikiem jeśli chodzi o obie te religie.
Nawiązując do wydanej niedawno książki Jeana-Claude Carriera, muszę napisać - może dlatego, że jestem już bardzo zmęczony, pisząc te słowa w sypialnym wagonie ostatniej klasy - że w Indiach trudno mi się będzie zakochać. Fascynują na pewno przeróżne ich aspekty. Ogromna jest ich ciekawość, ale pełnym i bezwarunkowym moje uczucie względem nich nie będzie. Ciąg dalszy nastąpi...
|