Strona główna
Notatki z podróży po subkontynencie indyjskim cz. II Drukuj Email
( 24 głosy)




Joachim Chochołowski   
23.05.2010.
 1 2 >>>
"Indie biorą cudzoziemca szturmem, chwytają za gardło i ściskają żołądek. Nie pozwalają tylko na jedno: na obojętność" - pisał Tiziano Terziani o swoich pierwszych doświadczeniach z Indiami. Po kilkudziesięciu latach – przy założeniu, że chce się Indie prawdziwie zobaczyć - niewiele się zmieniło. Doświadczając, obserwując i poznając ten kraj, także sąsiadujący z nim od północy Nepal, nie dało się uniknąć zarówno fascynacji, jak i frustracji związanej z tym ogromnie różnorodnym obszarem, na temat którego ktoś kiedyś powiedział, że rząd w Delhi administrując nim codziennie dokonuje cudu.
REKLAMA

Pierwsza część relacji: Notatki z podróży po subkontynencie indyjskim cz. I

Kalkuta (Indie), niedziela - wtorek 14-16.02.2010 r.

Do Kalkuty dotarliśmy w sobotę (13.02.) późnym wieczorem. W hotelowym pokoju załapałem się jeszcze na drugą połowę meczu ligi angielskiej. Potem  zdecydowanie królował już krykiet – narodowy sport w Indiach (który jednak przywieźli tu ze sobą Brytyjczycy). Pociąg spóźnił się około pięciu, może sześciu godzin – indyjska norma. Nawiasem mówiąc Indie są jednym z bardzo nielicznych krajów ciągle jeszcze rozbudowujących tabor kolejowy. Pierwszy pociąg wyruszył tu z Bombaju w 1853 roku, a trzydziesto- cztero kilometrowa trasa pokonana została w siedemdziesiąt pięć minut. Dziś mamy tu około sześćdziesiąt trzy tysiące kilometrów torów i ponad siedem tysięcy dworców. Codziennie przewożonych jest ponad jedenaście milionów osób. Podróż pociągiem to rytuał. Swoisty element kultury, pomagający lepiej zrozumieć Indusów. To szansa na bliskie z nimi spotkanie. Szansa na obserwację i rozmowy.

ImageZ taniego hotelu, w którym zmęczeni zajęliśmy miejsce, wyszliśmy jeszcze tylko zjeść, w tradycyjnie lekko obskurnej knajpie. Tym razem na talerzach, a nie na liściach bananowca. Było za to bardzo tanio i wesoło. Jeden z panów (z chyba dziewięciu pracujących przy naszym stoliku) poczuł się nawet na tyle swobodnie, że rozebrał się do majtek i w takim właśnie stroju (jak się domyślam dlatego, że były to już ostatnie godziny jego pracy) jakby nigdy nic paradował przed nami. Szczególnie zdziwione były tym nasze trzy koleżanki.

Kalkuta jest miastem, której mieszkańcy – Bengalczycy – nie bez racji uważają ją za kolebkę indyjskiej inteligencji. To tu w 1772 roku przeniesiona została z Madrasu stolica brytyjskiej administracji. W tym mieście – najważniejszym dla indyjskiej kultury - wedle przekazów znajduje się również największa na świecie liczba księgarń (jak się potem okazało dominują niestety pozycje z cyklu „Hotel management” i słowniki angielskiego).

Niedziela to całodzienne zwiedzanie miasta. Po szybkim śniadaniu udaliśmy się na Victoria Memorial – jak piszą w przewodniku – „pomnik  pychy brytyjskiego imperializmu”. Budynek, zwłaszcza z zewnątrz robi duże wrażenie. Także dlatego, że otoczony ogrodami, wydaje się stanowić swoistą enklawę, odskocznię od zgiełku, harmidru i brudu miasta. Trudno uciec od wrażenia, tego samego dla wielu tu goszczących, że „włamaliśmy się wgłąb pękniętego marzenia, marzenia o brytyjskim imperium w Indiach”. Podobne uczucia ma się zresztą w położonej nieopodal katedrze św. Pawła  – pierwszej anglikańskiej katedrze w Indiach.

ImageSama Kalkuta przytłacza. Po pierwsze zanieczyszczenie i gęstość powietrza. Doprawdy trudno jest tu oddychać (w Polsce podobne uczucie ma się zazwyczaj na chwilę przed przyjściem burzy). Drugą sprawą jest nędza i ubóstwo mieszkańców. Żebracy (dzieci, kaleki) są wszędzie. Brud przywiera do człowieka momentalnie. W wielu dzielnicach ludzie mieszkają na ulicach lub prowizorycznych  quasi-domach,  skąd miejscami dochodzi olbrzymi  smród i odór. Niektórzy żebracy agresywnie nagabują, inni wpatrują się intensywnie powodując niekomfortowe sytuacje (zwłaszcza w obliczu naszych białych twarzy i w domniemaniu wypchanych portfeli oraz przewieszonego przez ramię sprzętu fotograficznego). Mnóstwo ludzi śpi na ulicy. Dodatkowo ciągły ruch, zgiełk i przebijające się w nieskończoność dźwięki trąbienia wiecznie się wyprzedzających i zmieniających pasy pojazdów. Bazar kwiatowy – na temat którego jeden ze spotkanych przewodników zapewniał nas, że będziemy zachwyceni – przedstawiał smutny obraz. Nagie dzieci, straszny smród.

Z drugiej strony miłe obrazki. Mężczyźni przeprowadzający stado kóz przez środek miasta. Setki chłopaków grających w krykieta i zapraszających nas do gry. Ciekawi nas, zainteresowani ludzie, uśmiechający się i zagajający rozmowy w tramwaju. Albo inni ustawiający się raz po raz i proszący o zrobienie im zdjęcia - po co? dlaczego chcą być na naszym zdjęciu?. Sok z bambusa i miła rozmowa ze stojącą w kolejce miejscową dziewczyną I ciągle odczuwalny puls tego zniszczonego miasta, nadający mu niezwykłą energię.

ImagePo siedemnastej byliśmy kompletnie wyczerpani. Udało się nam jakimś cudem znaleźć miejsce, gdzie sprzedają miejscowe piwo – KingsFisher. Kolega wyszedł ze sklepu szczęśliwy, z całym kartonem. Planowaliśmy wypić je na dworze. Patrząc na mapę znaleźliśmy trochę zieleni przy terenie oznaczonym jako Fort William, ale okazał się on być … zamkniętą bazą wojskową. Kolejna próba to jedna z Ghat,  jak się okazało koszmarnie zanieczyszczona i brudna. Trzeciej próby nie podejmowaliśmy. Obraliśmy kurs do hotelu.

Wolę Kalkutę nocą. Około dziewiętnastej wyszedłem sam, na dwugodzinny spacer. Jedzenie z Uliczne jedzenie „do ręki”  (veg roll za dziewięć rupii) i spacer w morzu ludzi. Nocą nie widać tak bardzo wszechobecnej nędzy i brudu. Są światła, rozjaśniające jakby twarze osób. Oddycha się lepiej. Takie miasto lubię.

Gdy spacerowałem, zaczepił mnie porządnie ubrany facet i ładnym angielskim rozpoczął rozmowę. Gadaliśmy jakieś dziesięć minut, mówił m.in. że studiował IT w Bangalore, a do Kalkuty przyjechał razem z ojcem w poszukiwaniu pracy. Mówił, że ciężko  ją znaleźć i od tygodnia obaj żyją na ulicy. Gdyby miał osiemdziesiąt rupii na zdjęcia paszportowe, łatwiej byłoby mu znaleźć zajęcie. Dałem mu dwadzieścia i życzyłem powodzenia. Po chwili pojawił się bardzo pewny siebie, uśmiechnięty mężczyzna, pytając czego ode mnie chciał ten poprzedni. Powiedział, że to alkoholik i żebym więcej nie dawał pieniędzy ludziom na ulicy. W Indiach to całkiem częsta postawa uświadamiająca turystów, którzy poprzez swoje datki niekiedy pogłębiają tylko problemy. Przedstawił się jako Dj, zaprosił do klubu Tantra nieopodal (filozoficznie tantra oznacza pełne zespolenie płci w Absolucie, niebezpieczne ze względu na swój orgiastyczny charakter) , zachwalając tamtejsze dziewczyny. Po powrocie do hotelu zmieniłem ubranie i razem z kolegą udaliśmy się w kierunku klubu. Miejsce okrutnie kontrastowało z resztą Kalkuty. Bardzo nowoczesne. Bardzo bogate. Bardzo czyste. Zważywszy na parkujące tu na oszklonym parkingu samochody, na pewno również bardzo drogie. Zdecydowaliśmy się wypić piwo w barze po drugiej stronie ulicy i wrócić do hotelu.

ImagePoniedziałkowy lot do Chennai mieliśmy późnym popołudniem, więc rano było jeszcze trochę czasu na Kalkutę. Pojechaliśmy do domu Matki Teresy. Jest tam jej grób, muzeum oraz skromny pokój, który zajmowała przez ponad czterdzieści lat. Potem pojechaliśmy do przytułku – umieralni,  prowadzonego przez siostry z założonego przez nią zakonu Misjonarek Miłości. Jakże inne od nocnych było to doświadczenie! Widząc ludzi leżących na pryczach i ciepło oraz miłość emanujące od sióstr, nasuwa mi się – jak rzadko kiedy – słowo podziw. Tym bardziej, że nie było to działanie ad hoc, tylko długa, żmudna i wytrwała praca latami. W każdym z tych miejsc zostawiliśmy trochę pieniędzy, nie czekając, mimo nalegań sióstr na żadne potwierdzenia. Mieliśmy przekonanie, że tu na pewno nie zostaną zmarnowane. W księdze kondolencyjnej, wystawionej w malutkim muzeum poświęconym albańskiej zakonnicy, napisałem: „I would like to tribute self – sacifice on the way of defending human dignity”.

Zdążyliśmy też zajść do świątyni bogini Kali, od imienia której  pochodzi nazwa miasta. I po raz kolejny nie mogłem się przekonać do tamtejszego obrządku. Przede wszystkim – mimo licznych kadzideł – smród. Biegające, albo leżące na posadzkach zwierzęta. Ofiara z kozy, co było dla mnie sporym zaskoczeniem . Ludzie o pomalowanych twarzach, zakolczykowani w różnych dziwnych miejscach. Stoją w kolejce, aby oddać cześć … komuż by innemu – Shivie (tak przynajmniej poinformował nas samozwańczy przewodnik, któremu z czasem jednak jakby coraz mniej wierzyłem). Na zewnątrz świątyni  zbiornik z wodą (podobno świętą), gdzie parę osób odbywało rytualną kąpiel, wśród biegających dookoła kilkuletnich, nagich dzieci. Na koniec nasz samozwańczy (kolejny!) przewodnik poprosił nas o dotację, z której świątynia będzie rzekomo dokarmiać biednych. Poprosił nas o 1500 rupii, pokazując niby przez kogoś podpisane rachunki dotyczące wpłat takich sum. Wręczyliśmy mu – tradycyjnie – sto rupii.

Chennai – Mamallapuram (Indie), środa 17.02.2010 r.

Mamalla („Wielki Zapaśnik”) założył to miasto w VII wieku. Dziś jest ono wpisane na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO i chętnie odwiedzane przez turystów.  Przenieśliśmy się tutaj wczoraj wieczorem. Wcześniej spacerowaliśmy po Marinie – najdłuższej (około dwanaście kilometrów) plaży w Chennai (do 1996 roku miasto funkcjonowało pod nazwą Madras) i – przez chwilę – po centrum miasta (okolice Egmore, dworca i innych starosaraceńskich budowli). Ze względu na klimat i konieczność naładowania akumulatorów stwierdziliśmy zgodnie, że przydadzą się nam co najmniej dwa dni odpoczynku. Region Tamilnadu wydaje się być do tego miejscem doskonałym. Świadomość tego, że mamy luty i ponad 30 stopni Celsjusza sprawia dodatkową frajdę.  Po śniadaniu, przez kilka godzin, zażywaliśmy na zmianę kąpieli słonecznej i tej w wodach zatoki Bengalskiej, czy jak kto woli Oceanu Indyjskiego. Bajka.

ImageWydaje mi się – i zastanawiałem się na ile jest to uwarunkowane pogodą – że wolę Południe i ludzi Południa Indii. Wydają się być bardziej rozluźnieni, swobodni, częściej się uśmiechają. Mówią lepszym angielskim (dla większości z nich jest to ich drugi po tamilskim, a przed hindi język). Mówi się, że stan Tamilnadu to łagodne wprowadzenie do Indii dla kogoś z zachodu. Wiele rzeczy dookoła zdaje się to potwierdzać. Nagromadzenie świątyń. Niezliczone poematy powstałe w tym właśnie miejscu. Wiktoriańskie i bogate Chennai (dawny Madras) mimo iż jest piątym największym miastem w Indiach pozwala złapać oddech. Ulice są tu ładne i czyste, budynki eleganckie.  Miejsce to już w czasach rzymskich stanowiło przystań dla handlu i polityki między wschodem i zachodem, rolę taką pełniąc jeszcze na długo później.

Wszędzie znowu mnóstwo handlarzy sprzedających niemal wszystko. Koraliki, obrazki, różne szmateczki, paszminy (nazwa pochodzi od perskiego słowa paszm oznaczającego wełnę). Sprzedawane są one za, w ich opinii warte wysiłku (ich przygotowania i pracy przy sprzedaży w upale) sumy, stanowiące dla kogoś z transatlantyckiej cywilizacji tylko marniutki promil wydatków na wakacjach. Mała dziewczynka sprzedała nam dziś na plaży jakąś obrączkę. Teraz z balkonu obserwuję kilka kobiet wraz z córkami, obwieszonych koralikami i raz po raz zaczepiających, zazwyczaj niezainteresowanych, turystów.

Upał jest ogromny. Powietrze stoi. Przypominają mi się znowu słowa Kapuścińskiego – co prawda o innym miejscu, ale bardzo tu pasujące -  że z racji klimatu Afryka jest przede wszystkim cywilizacją przetrwania. Tu, w Tamilnadzie, nie mają także śródziemnomorskiej sjesty. Klimatyzacja w hotelowym pokoju jest zbawienna. Wiele oddałoby się za dobre zimne piwo, o które jest tu jednak wyjątkowo trudno. Wczoraj – nasz pierwszy tutaj spędzony wieczór – spotkaliśmy przerażonego Brytyjczyka, który z wielkim niepokojem pytał nas o najbliższy bar. Dziś ten wczoraj śmieszny problem jest nam jakby bliższy.


Drukuj Email
 
Powiązane tagi:

Panstwa:  Indie   Nepal  
Podzielam twoje opinie o Indiach. Bardzo ciekawy artykuł. Pozdrawiam.
joannalupinska, 2010/06/10 04:01
Dodaj swój komentarz do tego artykułu...
Imię (wymagane)
Komentarz
Zaloguj lub zarejestruj się aby móc dodawać komentarze.

Prezydent Bronisław Komorowski zapowiada, że Polska będzie korzystać z doświadczeń Francji w czasie przypadającej na przyszły rok naszej prezydencji w Unii Europejskiej.
więcej...
Niemiecki rząd przyjął projekt ustawy, która ma pozwolić zaoszczędzić państwu do 2014 roku ponad 80 miliardów euro.
więcej...
Nicolas Sarkozy, wypowiadając wojnę "przestępcom urodzonym za granicą", zainaugurował kampanię wyborczą.
więcej...
 AnalizySystemy polityczne  Imigracja  Cywilizacje  Konflikty  Ekologia  Terroryzm  Polityka zagraniczna  Dyplomacja  Emigracja  Separatyzm  Stosunki międzynarodowe 
 GospodarkaWaluty  Ropa naftowa  Sektor bankowy  Giełdy  Rynek pracy  Nieruchomości  Surowce  Gaz ziemny  Media  Technologie  Przemysł samochodowy 
 OrganizacjeNATO  OBWE  OPEC  ONZ  Al-Kaida  G-20  MFW  WNP  ASEAN  WTO 
 PaństwaNiemcy  Francja  Izrael  USA  Wielka Brytania  Indie  Chiny  Rosja  Irlandia  Ukraina  Turcja  Hiszpania  Brazylia  Iran  Sudan  Włochy  Afganistan  Gruzja  Informacje dla wyjeżdżających 
 Po godzinachRecenzje  Film  Wywiady  Książka 
 RegionyUnia Europejska  Bałkany  Afryka  Bliski Wschód  Daleki Wschód  Kaukaz  Azja  Darfur  Krym  Kaszmir 
 StylSavoir vivre 
 Unia EuropejskaSłownik UE  Komisja  Prezydencja  Strefa Euro  Traktat lizboński  Strefa Schengen  Partnerstwo Wschodnie  Europejska Polityka Sąsiedztwa 
Zaloguj sie
         
     
SERWIS SPECJALNY
Prezydencja_serwis
REKLAMA
UE_serwis_specjalny