Inwestea Konsultea Wschod24 Afryka24 Pe24
Strona główna
Notatki z podróży po subkontynencie indyjskim cz. II Drukuj Email
( 34 głosy)




Joachim Chochołowski   
23.05.2010.
<<< 1 2 
"Indie biorą cudzoziemca szturmem, chwytają za gardło i ściskają żołądek. Nie pozwalają tylko na jedno: na obojętność" - pisał Tiziano Terziani o swoich pierwszych doświadczeniach z Indiami. Po kilkudziesięciu latach – przy założeniu, że chce się Indie prawdziwie zobaczyć - niewiele się zmieniło. Doświadczając, obserwując i poznając ten kraj, także sąsiadujący z nim od północy Nepal, nie dało się uniknąć zarówno fascynacji, jak i frustracji związanej z tym ogromnie różnorodnym obszarem, na temat którego ktoś kiedyś powiedział, że rząd w Delhi administrując nim codziennie dokonuje cudu.
REKLAMA

Mamallapuram (Indie), czwartek 18.02.2010 r.

Ryszard Kapuściński w "Podróżach z Herodotem": " Doświadczenia południowe bardzo różniły się od bolesnych północnych. Południe wydawało się pogodne, spokojne, senne, trochę prowincjonalne.(...) Indie to w każdej dziedzinie nieskończoność, nieskończoność bogów i mitów, wierzeń i języków, ras i kultur, we wszystkim i wszędzie, gdzie spojrzeć i o czym pomyśleć, zaczyna się ta o zawrót głowy przyprawiająca nieskończoność. Jednocześnie instynktownie czułem, że to co widzę wokoło, to tylko zewnętrzne znak, obrazy, symbole, za którymi kryje się rozległy i różnorodny świat wierzeń, pojęć i wyobrażeń, o którym nic nie wiem. Przy okazji zastanawiałem się też, czy jest on mi niedostępny dlatego, że nie miałem o nim wiedzy teoretycznej, książkowej, czy może także z jeszcze głębszego powodu, a mianowicie dlatego, że mój umysł był zbyt przeniknięty racjonalizmem i materializmem, aby wczuć się i pojąć tak pełną duchowości i metafizyki kulturę, jaką jest hinduizm." Ot, taka dygresja, wstawiona przeze mnie w tym miejscu, która mogłaby się pojawić w każdym momencie mojego opisu.

ImageDzisiaj więcej zwiedzania. Za 250 rupii część z nas (niektórzy udali się na plażę) zwiedzała dziś Panca Ratha -  wciągnięte na światową listę dziedzictwa UNESCO. Krążąc po mieście szukaliśmy  kolejnych zabytków. Szczególnie wyróżnia się położona przy brzegu Jalashayana z VIII wieku. Misterne wykonanie, egzotyka samych budowli, rzeźb oraz pleneru robiły duże wrażenie. Z drugiej strony ponad trzydziestostopniowy upał dawał się we znaki (a w kwietniu i maju temperatura oscyluje tu podobno w granicach 40-50 stopni Celsjusza). Po obiedzie, jeszcze wczesnym wieczorem, poszliśmy wykąpać się  w oceanie i podziwiać zachód  słońca. W drodze brzegiem morza, zauważyliśmy wielkiego żółwia, już martwego, wyrzuconego na piach. Rozdziobywany był przez miejscowe ptaki ( prawie jak u Żeromskiego: „rozdziobią nas kruki, wrony” – doprawdy dziwne skojarzenie).

Wracając z plaży wręczyłem jednemu z napotkanych chłopców piłkarską koszulkę reprezentacji Polski. Obiecałem sobie jakiś czas temu uczynić z tego dobrą tradycję każdego wyjazdu. Wcześniej, jeszcze w Pokharze, straciłem dobrą okazję do podarowania prezentu być może jeszcze właściwszej osobie – małemu, może pięcioletniemu chłopaczkowi, który w nepalskich górach dzielnie kopał ze mną piłkę, kiedy zatrzymaliśmy się na chwilę u jego rodziny, żeby się czegoś napić i zjeść. W końcu jednak na plaży w Mamallapuram zapytałem jednego z miejscowych chłopaków  puszczającego latawiec, czy lubi futbol i jaki jest jego ulubiony zespół. Z błyskiem w oku odpowiedział, że tak, że Manchester United. Może będzie kopał futbolówkę po miejscowej plaży z orzełkiem na piersi.

ImageWczorajsze popołudnie spędziłem na długiej drzemce, spowodowanej chyba nadmiernym wygrzaniem się na plaży i – być może – tutejszym jedzeniem. Mogła to być też zemsta Shivy - tutaj najczęściej występującej na figurkach i wszelkiego rodzaju pamiątkach pod postacią  „Kosmicznego Tancerza” - z której po obejrzeniu jej w n-tej świątyni robiliśmy sobie niewybredne żarty. Ciekawym doświadczeniem była poranna wizyta u miejscowego fryzjera. Golenie za pomocą tradycyjnej brzytwy to przyjemne i bardzo odświeżające doświadczenie. A z racji panujących dookoła warunków sanitarnych, nie pozbawione również dreszczyku emocji.

Mam trudności z wybieraniem pamiątek. Kupiłem miejscowe i myanmarskie papierosy, marmurowe podstawki do herbaty, paszminę, kamienną tabliczkę z hinduskim błogosławieństwem, figurkę Ganesy oraz kulisty świecznik z wizerunkami słoni. Za to z każdym dniem wydaję się bardziej aklimatyzować w miejscowej kulturze, lepiej się targuję, orientuję w nazwach (choćby jedzenia) i czuję się – jakby to dziwnie nie zabrzmiało – coraz bardziej u siebie.

W czasie naszej wyprawy spotkaliśmy wiele ciekawych osób, m.in. Kanadyjkę w hotelu w Varanasi, która sama podróżuje od kilku miesięcy, a zwiedziła już m.in. Filipiny, Birmę i Tajlandię. Sama. Zastanawiam się nad ideą podróżowania. Czy sensem podróży, jej istotą, jest sama podróż i jej doświadczanie, czy też raczej dotarcie do celu. Czy lepiej jest podróżować w grupie, czy samemu? Na pewno inaczej. Wyjazd zmienia wtedy bardzo swój charakter. Wyjeżdżając w czasie ulewy z Varanasi, albo podróżując w nocy sleeperem do Kalkuty, albo quasi-busem z Kathmandu do Pokhary, czułem się w jakiś sposób odpowiedzialny, za dziewczyny z naszej grupy. Byłem skupiony i nadmiernie (niepotrzebnie) spięty. Będąc sam z pewnością skupiłbym się bardziej na doświadczaniu. Na pewno każda chwila spędzana często na błahych rozmowach, przeznaczana byłaby na myślenie, refleksję, zastanowienie się nad zjawiskami, szukanie ich przyczyn i analizę. Podróżując w pojedynkę, szuka się kontaktu z „localsem”, bo na dłuższą metę ciężko jednak wytrzymać bez kontaktu z ludźmi,  a  to jest z kolei chyba najlepszy sposób na poznanie Innego. A przez to na poznawanie obcych miejsc, kultur. Ich odkrywanie. Próby zrozumienia.

Mumbai – Delhi (Indie), Helsinki (Finlandia), piątek - wtorek 19-23.02.2010 r.

Kolejny raz powraca pytanie o sens podróży. Czy chodzi o jej cel, czy jej doświadczanie? To już ponad siedemdziesiąt godzin bez prysznica. Czas przerywany jedynie drzemką na lotniskach w Delhi i Helsinkach oraz kilkoma próbami zapadnięcia w sen w kolejnych samolotach (Mumbai-Delhi, Delhi-Helsinki, Helsinki-Warszawa).

Ostatnie dwa dni przed powrotem spędziliśmy w Mumbaiu (do 1995 roku funkcjonowała nazwa Bombaj). Mieście gigancie z liczbą mieszkańców szacowaną przez niektóre źródła na dwadzieścia milionów. Mieście, które z siedmiu bagnistych i malarycznych wysepek od początku XVIII wieku wyrastało na centrum handlu i życia finansowego całych Indii.

ImageNajpierw rykszą z lotniska na przystanek kolejki miejskiej, potem do głównego punktu turystycznego miasta – neogotyckiej stacji Victoria Terminal. Stąd wzięliśmy dwie taksówki po sto rupii każda, żeby szybko dostać się do nagranego wcześniej hotelu. Trochę pokrążyliśmy, taksówkarz popytał o trasę i znaleźliśmy się … po drugiej stronie ulicy od miejsca, z którego wyruszyliśmy. Tego dnia poszliśmy się jeszcze w okolice  Gateway of India i słynnego hotelu Taj. Świeże powietrze znad wody, szerokie ulice i ciekawe budynki dają bardzo dobre pierwsze wrażenie na temat miasta.

Następnego dnia okazuje się, że takiego stricte turystycznego zwiedzania zostało nam  raptem kilka godzin. Hotel Taj Mahal z 1903 roku (to tu przeprowadzono zamach terrorystyczny w 2008 roku , w którym zginęło 166 osób), wiktoriańskie budowle przy Mayo Road, Uniwersytet (niestety ochrona nie wpuszcza turystów do środka), gmach Sądu, fontanna Flory. Posiedzieliśmy trochę na jednym z licznych Majdanów – placów, gdzie setki Indusów gra w krykieta. Tu ciekawostka: drugim – zaraz po Gandhim – najlepiej rozpoznawanym Indusem jest kapitan reprezentacyjnej drużyny Sachina Tendulkara. Obrazuje to jak ważnym sportem w Indiach jest krykiet.

Bollywood. Osiemdziesiąt milionów widzów dziennie, trzysta-czterysta powstających rocznie filmów w samym Bombaju, najdroższe filmy kosztują około dwudziestu milionów dolarów. Olbrzymi przemysł, uznawany nawet za  ważną, osobną gałąź,  przez państwowe władze. Co ciekawe, jest wielce prawdopodobnie, że będąc białym turystą zostanie się zaczepionym na ulicy i poproszonym o zagranie jakiegoś epizodu, bądź wystąpienie w roli statysty (nas także to spotkało, niestety następnego dnia mieliśmy już samolot do NewDelhi). W kinie byliśmy dwukrotnie, m.in. na „My name is Khan” z Shah Rukh Khanem – gwiazdą Bollywood (w Indiach nie tak dawno była spora awantura po tym jak nie został on rozpoznany w USA –sytuacja ta dobrze obrazuje kompleksy hindusów). Oba filmy słabe, ale można z nich wiele o Indiach, jego mieszkańcach i ich emocjach – wyczytać. Mam jedynie niedosyt, gdyż oba widziałem w multipleksach, a nie lokalnych kinach mających podobno swój niepowtarzalny koloryt, gdzie ludzie tańczą, dotykają się, dopingują lub wygwizdują bohaterów.

ImageByliśmy z kolegą  w określanej największą na świecie, dzielnicy czerwonych latarni. Po długim spacerze z hotelu - jak się okazało bardzo ciekawym, bo obejrzeliśmy prawdziwe, nie ugładzone muzułmańskie dzielnice -  trafiliśmy na właściwą ulicę. Nie było jednak widać żadnych oznak zjawiska szeroko i dramatycznie opisywanego literaturze, jak i pokazanego na rewelacyjnych zdjęciach Mary Ellen Mark. Albo byliśmy w innym miejscu, albo bardzo się ono zmieniło. Żałuję  trochę, że nie udało mi się wybrać do bombajskich slumsów – Dharavi.

Na koniec udaliśmy się jeszcze promem na wyspę Elefanty, na której znajdują się wczesnohinduskie skalne świątynie z prawdopodobnie VI w p.n.e. Rzeźba słonia, od którego wyspa wzięła swoją nazwę znajduje się obecnie przy Victoria Garden. Dominuje oczywiście wizerunek Siwy, z rzeźbą, na której przedstawiona jest jej postać o trzech twarzach. Każde źródło na jakie się natknąłem, mówi o wysokich walorach artystycznych rzeźb. Po zwiedzeniu zabytku wciągniętego na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO czuliśmy się jednak mocno zawiedzeni. Jakby trochę zabrakło Indusom pomysłu na jego zaprezentowanie.

Obsługa naszego hotelu przekazała nam i taksówkarzom, których dla nas zamówiła, błędne informacje na temat lotniska, z którego wylatujemy. Zdążyliśmy na wieczorny samolot dosłownie w ostatniej chwili. Kierowcy Ambasadorów – indyjskich samochodów już od lat 20. XX wieku wpisujących się w miejscowy krajobraz wielkich miast, chcieli oczywiście jeszcze coś ugrać przy tej okazji, tym razem bezskutecznie. Po lądowaniu w Delhi zmuszeni byliśmy czekać jedenaście godzin na samolot do Helsinek. Po raz kolejny miałem okazję do obserwacji i przemyśleń związanych z wszechobecnym strachem przed zamachami. Setki policjantów i żołnierzy zabezpieczają lotnisko, na które wejść można tylko po okazaniu biletu i to dopiero na niedługo przed lotem. Dodatkowo, było to kilka dni po zamachu terrorystycznym w Punie (kolebce terroryzmu indyjskiego, gdzie 1897 roku dokonany został pierwszy na tej ziemi zamach), o którym wiadomości zdominowały wszystkie miejscowe media. Terroryści niewątpliwie wzbudzają w Indiach strach, uczucie podobno przywiezione tu dopiero przez Anglików. Wcześniej wszyscy żyli tu w oparciu o abhaj – nieustraszoność, oznaczające przede wszystkim wytrwałość w znoszeniu cierpień i zgodę na własny los. Do samej śmierci większość Hindusów podchodziło wcześniej obojętnie, godząc się na nią i uważając ją za normalny etap cyklu życia. Dziś terroryzm jako narzędzie zastraszenia w celu osiągnięcia celów politycznych, odgrywa w Indiach niestety dużą rolę. Zdecydowanie dało się to czasem wyczuć w atmosferze ruchliwych dzielnic, placów, czy lotnisk właśnie.

W Finlandii okrutnie zmarzliśmy starając się zabić czas zwiedzając stolicę. Następnie – chyba pierwszy raz bez żadnych komplikacji – dotarliśmy do kraju lotem Helsinki-Warszawa.  


ZAKOŃCZENIE


Jean-Claude Carriere w swoim „Alfabecie zakochanego w Indiach” pisze, że miłość do tego kraju jest trudna, wymaga czasu oraz „szczególnej postawy, w której sprzyjająca zachwytowi niewinność spojrzenia łączyłaby się z krytycznym sceptycyzmem, stale kwestionującym przedmiot miłości, gotowym oczerniać go, nawet nienawidzić.”  Dalej autor nazywa swoje uczucie pisząc: „(…) nienasycona gotowość, to pragnienie, by widzieć i wiedzieć, utrzymujące nas w stanie nieustannego rozbudzenia, czujności w tym najmniej nudnym kraju świata, gdzie nuda i często jej towarzysząca obojętność są nie do pojęcia, nie należą do tutejszej rzeczywistości. Indie wyrywają nas z nas samych, raz przez odrzucenie, kiedy indziej przez przyciąganie, albo przez tę najsilniejszą z ciekawości, taką która nie wie ani czego szuka, ani na co może liczyć, ani czego ma się obawiać. Co spojrzenie, to niespodzianka. Nieustanna prowokacja dla wzroku i myśli.”

Ale Indie to dziś przecież nie tylko wrażenie, duchowość i wielka kultura. To drugi (a wkrótce – szacuje się że około 2030 roku  -  pewnie pierwszy) najludniejszy kraj świata z około miliardem dwustu milionami obywateli. Obecnie to 16% populacji światowej na 2,42% powierzchni ziemi. [Niedawno ogłoszony spis powszechny pokaże na ile szacunki dotyczące liczby ludności były trafne.] W wyniku tzw. „zielonej rewolucji” – Indie są samowystarczalne jeśli chodzi o produkcję żywności, nawet ją eksportują, ale wskutek zachwianej dystrybucji ciągle 20% obywateli nie ma do niej dostępu i żyje poniżej granicy ubóstwa. Produkt krajowy brutto na przestrzeni ostatnich dwudziestu pięciu lat rośnie tu średnio na poziomie blisko 6%, znacznie przyspieszając po reformach przeprowadzonych na początku lat 90-tych. Mimo nieporównywalnie mniejszych inwestycji w porównaniu z Chinami (Tylko w 2005 roku Chiny zainwestowały 200 miliardów w infrastrukturę, podczas gdy Indie 28 miliardów), kraj ten w długofalowej prognozie ma być jednym z czołowych politycznych aktorów na świecie.

Dla podróżującego, wrażenie, że całych Indii nigdy się nie pozna, jest nieodparte. Nawet po tak krótkim pobycie takie przekonanie wydaje się być naturalne. Być może wpływa na to fakt, iż jak pisał Aleksander Gieysztor, jest to miejsce, gdzie nie istnieje europejskie, linearne pojęcie czasu, a jest on postrzegany jako ”nieustanny rytm przemian: śmierci i odradzania się”. Kraj swoistego i jedynego w swoim rodzaju przymierza z czasem. Kraj ponad pięciuset plemion posługujących się przeszło czterdziestoma językami. Mający dwadzieścia cztery prężnie działające giełdy. a jednocześnie stanowiący ogromny rezerwat wierzeń, kultur i tradycji. Często podaje się magiczną liczbę 33 333 bogów. Historia Indii obejmuje ponad dziewięć tysięcy lat, ale jak słusznie pyta Krzysztof Mroziewicz: „Jaki (…) sens może mieć historia, znaczenie upływu czasu, dla ludzi, którzy używają tego samego wyrazu na oznaczenie wczoraj i jutro („kal” w hindi)”.

"Im większy był mróz tym chętniej myślałem o upalnej Kerali, im szybciej zapadał zmrok, tym wyraźniej powracał obraz olśniewających wschodów słońca w Kaszmirze. Świat nie był już jednolicie mroźny i śnieżny, ale podwoił się, zróżnicował: był jednocześnie mroźny i upalny, białośnieżny, ale i zielony, rozkwiecony." – pisał Ryszard Kapuściński. Miejsca tak bardzo inne od znanych  nam do tej pory, niewątpliwie poszerzają horyzonty myślenia i doświadczania. Teraz, po przeszło miesiącu od mojego powrotu  wciąż trudno zapomnieć mi o obrazach, wrażeniach, które mocno się we mnie osadziły. Zostaną, mimo że wiele z przeżytych tam chwil docenić można jedynie z perspektywy czasu, "(...) bo choć jest prawdą, że Indie przypominają ci nieustannie o twojej śmiertelności, to prawdą jest też coś przeciwnego. Tak, chwytają za gardło, ściskają żołądek, mieszają w głowie i grają na nosie - nigdy nie dają ci spokoju - ale właśnie wraz z tysiącem niewzruszonych, agresywnych, odrażających sprzeczności ofiarowują - dziwna rzecz - także spokój."Może właśnie to jest powód, dla którego chce się tam jeszcze wrócić…



Drukuj Email
 
Powiązane tagi:

Panstwa:  Indie   Nepal  
Podzielam twoje opinie o Indiach. Bardzo ciekawy artykuł. Pozdrawiam.
joannalupinska, 2010/06/10 04:01
Dodaj swój komentarz do tego artykułu...
Imię (wymagane)
Komentarz
Zaloguj lub zarejestruj się aby móc dodawać komentarze.

Jednostki Wojska Polskiego będą realizować szereg zadań w czasie Mistrzostw Europy w Piłće Nożnej Euro 2012.
więcej...
Wartość chińskiego eksportu spadła w styczniu, był to pierwszy spadek eksportu od ponad dwóch lat.  Wzbudziło to obawy chińskiego rządu co do wpływu globalnego spowolnienia gospodarczego na rozwój gospodarki kraju.
więcej...
Nie bez przyczyny Zbigniew Brzeziński w swej „Wielkiej szachownicy” obok Niemiec, Francji i Rosji umieścił właśnie Chiny i Indie jako państwa prowadzące wielowymiarową politykę. Chiński tygrys i indyjski słoń śmiało wyrażają swoje cele. Czy możliwa jest zatem współpraca między...
więcej...
 AnalizySystemy polityczne  Imigracja  Cywilizacje  Konflikty  Ekologia  Terroryzm  Polityka zagraniczna  Dyplomacja  Emigracja  Separatyzm  Stosunki międzynarodowe 
 GospodarkaWaluty  Ropa naftowa  Sektor bankowy  Giełdy  Rynek pracy  Nieruchomości  Surowce  Gaz ziemny  Media  Technologie  Przemysł samochodowy 
 OrganizacjeNATO  OBWE  OPEC  ONZ  Al-Kaida  G-20  MFW  WNP  ASEAN  WTO 
 PaństwaNiemcy  Francja  Izrael  USA  Wielka Brytania  Indie  Chiny  Rosja  Irlandia  Ukraina  Turcja  Hiszpania  Brazylia  Iran  Sudan  Włochy  Afganistan  Gruzja  Informacje dla wyjeżdżających 
 Po godzinachRecenzje  Film  Wywiady  Książka 
 RegionyUnia Europejska  Bałkany  Afryka  Bliski Wschód  Daleki Wschód  Kaukaz  Azja  Darfur  Krym  Kaszmir 
 StylSavoir vivre 
 Unia EuropejskaSłownik UE  Komisja  Prezydencja  Strefa Euro  Traktat lizboński  Strefa Schengen  Partnerstwo Wschodnie  Europejska Polityka Sąsiedztwa 
Zaloguj sie
         
     
SERWIS SPECJALNY
Dyplomacja_specjalny