|
Ameryka stanowi zagrożenie dla światowego bezpieczeństwa. Jej hegemoniczne zapędy w połączeniu z egoistycznym dbaniem o własne interesy i nieliczeniem się z innymi, muszą być jak najszybciej powstrzymane. W tym celu należy stworzyć realną przeciwwagę dla amerykańskiej potęgi - europejskie supermocarstwo z prawdziwego zdarzenia. REKLAMA
Strona 1 z 5 Europa żyje przeszłością - wciąż nie może się jeszcze pogodzić ze swoją marginalizacją i utratą przywódczej roli w świecie. Jest tchórzliwa, wewnętrznie skłócona, pełna hipokryzji. Nie mogąc zaradzić ogarniającej ją słabości, wymaga od Ameryki, by ta dobrowolnie wyzbyła się swej potęgi. Brakuje Breżniewa Tak można by, bardzo upraszczając, przedstawić główne oskarżenia, jakie wzajemnie wysuwają przeciwko sobie Ameryka i Europa. Od dłuższego czasu po obu stronach Atlantyku trwa dyskusja nad przyszłością Zachodu. Wielu polityków, historyków, socjologów, politologów i dziennikarzy zastanawia się nad przyczynami nieporozumień i sporów, które w ostatnich latach przyczyniły się do oziębienia stosunków transatlantyckich. W dyskusji tej nie brak także dramatycznych wizji końca Zachodu - ostatecznego rozejścia się dróg Europy i Ameryki. Wizje te opatrzone są, co ciekawe, skrajnie różnymi komentarzami: od alarmująco-katastroficznych po stoicko-optymistycze, przy czym te ostatnie spotkać można częściej po "tamtej" stronie Atlantyku. Na temat domniemanych źródeł napięć pomiędzy Starym Kontynentem a Nowym Światem powstały tysiące publikacji, analiz i esejów. Wśród przyczyn kryzysu wymienia się najczęściej różnice w mentalności, odmienne doświadczenia historyczne, rozbieżne interesy, różne wyobrażenia ładu światowego, czy wreszcie motywy czysto ambicjonalne. Wszystkie te przeszkody pozostawały w ukryciu, dopóki Europę i Amerykę łączył zasadniczy, wspólny cel, a raczej wspólny wróg - ZSRR. "Niestety, nie ma już żadnego Breżniewa" - ironizuje Timothy Garton Ash - jeden z orędowników transatlantyckiej przyjaźni. O wzajemnych pretensjach, które w czasie zimnej wojny pozostawały z konieczności uśpione, przypomniano sobie w 1989 roku. Symbolicznemu upadkowi muru berlińskiego towarzyszyła jeszcze jedna "katastrofa budowlana" - pęknięcie fundamentu dotychczasowego sojuszu. Europa odkryła nagle swą urażoną dumę i z goryczą wspomniała Amerykanów-Wyzwolicieli, bez których nie udałoby się poskromić Hitlera i zapewnić powojennego ładu. Amerykanie natomiast po raz pierwszy spojrzeli na Europę z wyższością - nowy Rzym wyzbył się kompleksów względem Greków. Od tego czasu nie zrobiono wiele, aby to niepokojące pęknięcie porządnie naprawić. Wręcz przeciwnie, pęknięcie rośnie w oczach, a każde kolejne nieporozumienie, jak np. kwestia interwencji w Iraku, dodatkowo przyspiesza procesy erozyjne. Co gorsza, po obu stronach Atlantyku nie brak ludzi, którzy, mniej lub bardziej otwarcie, cieszą się z tego stanu rzeczy i nie zauważają majaczących na horyzoncie zagrożeń. Czy mocne słowa i niesprawiedliwe oskarżenia, którymi od pewnego czasu wzajemnie się przerzucamy, oznaczają, że rozpad "zachodniej oazy spokoju" jest już przesądzony? Niekoniecznie. Pozytywny jest już sam fakt, że debata na temat wzajemnych relacji między Europą i Ameryką się toczy. Optymizmem powinien też napawać niezwykle emocjonalny ton transatlantyckiej debaty. Wbrew pozorom, mniej istotne jest to, że przeważają w niej wzajemne wyrzuty, żale, rozgoryczenie, czy nawet złośliwości. O wiele gorzej byłoby, gdyby debata nad przyszłością Zachodu toczyła się wyłącznie w formie uładzonego akademickiego sporu. Oznaczałoby to bowiem, z całym szacunkiem dla środowisk akademickich, że kwestia wzajemnych relacji Europy i Ameryki obchodzi już zwykłych ludzi tyle, co zeszłoroczny śnieg. Tymczasem jest zupełnie inaczej. Stosunkowo chłodnym oficjalnym relacjom USA-UE towarzyszy jednocześnie niezwykle gorąca wymiana myśli, uwag, a przede wszystkim - krytyki. W znacznej części tekstów, zarówno tych "antyimperialnych", jak i tych "mocarstwowych", wyczuwa się także, że zasadniczym i najbardziej dotkliwym zarzutem pod adresem drugiej strony jest brak zrozumienia. Amerykanie nie mogą pojąć przyczyn narastającego w Europie antyamerykanizmu - "nie dość, że musimy sami nieść brzemię odpowiedzialności za losy świata i własnym kosztem bronić wasze domy, to jeszcze spotyka nas taka niewdzięczność? Czemu nas nie lubicie?" - pytają z goryczą. Europejczycy z kolei łapią się za głowę obserwując coraz bardziej śmiałe poczynania Ameryki, która sama przyznała sobie prawo do interweniowania w każdym miejscu świata i decydowaniu o globalnym porządku - "czy niczego nie nauczyły was tragiczne doświadczenia XX wieku? Dlaczego nie dostrzegacie wyższości wspólnego działania opartego na prawie międzynarodowym i uczestnictwie w ponadnarodowych organizacjach?" Zarówno Amerykanie, jak i Europejczycy odczuwają swoisty żal z powodu braku zrozumienia dla swoich racji na drugim brzegu Atlantyku. Oznacza to, że, mimo wielu istotnych różnic, jesteśmy sobie bliscy - bliżsi "niż każda inna kombinacja kultur na świecie" jak napisał Wolfgang Schauble w książce "Czy Zachód przegra?". Mimo wszystkich gorzkich słów, które padły i które nadal będą padać, Amerykanie i Europejczycy czują łączącą ich więź. Niezależnie od tego, jak bardzo niektórzy politycy dla chwilowego poklasku próbują udowodnić, że Ameryce i Europie już dłużej ze sobą nie po drodze, nie da się aż tak zafałszować rzeczywistości. Amerykanie i Europejczycy tworzą podstawę bardzo trwałej wspólnoty - cywilizacji Zachodu. Jest to wspólnota wartości, standardów i ideałów, które są, na całe szczęście, znacznie mniej podatne na działanie czasu niż zmieniające się jak w kalejdoskopie ekipy władzy. To prawda, że na co dzień nasza wspólnota jest prawie niewidoczna. Żadnego Paryżanina nie zdziwi w Nowym Jorku widok, dzieci grających w koszykówkę, kelnerki z kolczykiem w nosie, ludzi w metrze opowiadających dowcipy o Bushu. Nic z tego nie może dziwić, bo to jest przecież "normalne". Trzeba dopiero uświadomić sobie, że w innych częściach świata ta "normalność" niekoniecznie obowiązuje, że w wielu krajach prawa dziecka, równouprawnienie kobiet, czy wolność słowa to tylko jakieś "niebezpieczne zachodnie wymysły", żeby zrozumieć jak bardzo my - wszyscy ludzie Zachodu - jesteśmy do siebie podobni. Żeby to dostrzec potrzebujemy jednak na ogół mocnego wstrząsu. Wstrząsem takim był dla Europejczyków zamach z 11 września - bardzo silne emocje musiały przecież kierować redaktorem naczelnym "Le Monde", kiedy pisał słynne słowa: "Wszyscy jesteśmy Amerykanami". Oczywiście, europejskie współczucie i solidarność z Ameryką okazały się ulotne, ale trudno było przewidywać, że jedno, nawet niezwykle tragiczne, wydarzenie pozwoli zapomnieć o narastających przez lata napięciach. Niemniej jednak, 11 września pokazał, że nie jesteśmy sobie obojętni. Wręcz przeciwnie - Europejczycy intuicyjnie odebrali atak na Nowy Jork jako atak na siebie samych. Cios terrorystów nie był przecież wymierzony w wieże WTC, tylko w nasze fundamentalne wartości: wolność, demokrację i laickość państwa.
|