|
Czym jest Zachód? Odpowiedzi na to pytanie od kilku wieków stara się udzielić historiozofia. Jeszcze do niedawna przyjmowało się powszechnie, że Zachód to Europa oraz wyrastające z jej tradycji kulturowej Stany Zjednoczone. Tak właśnie twierdzili wybitni XX-wieczni historiozofowie, jak np. Oswald Spengler, czy Arnold Toynbee[1]. Choć ta definicja Zachodu wciąż jest popularna, to jednak współcześni politolodzy coraz częściej zwracają uwagę na tożsamościowe różnice między USA i Europą - Samuel Huntington na przykład uważa, że stanowią one "podcywilizacje" w obrębie Zachodu. REKLAMA
Strona 1 z 3 I. ZMIERZCH ZACHODU?
Pojawiają się też głosy bardziej radykalne, według których Zachód już nie istnieje, a cywilizacyjne drogi USA i Europy rozeszły się dawno temu. Spór wokół wojny w Iraku jest zgodnie z tym poglądem konsekwencją rozdźwięku, którego początek nastąpił już w okresie rewolucji francuskiej, czyli ponad dwa wieki temu, zaledwie kilkanaście lat po powstaniu państwa amerykańskiego[2]. Definicja idei postępu ma w tym przypadku znaczenie kluczowe. Irving Kristol twierdzi, że istnieją co najmniej dwie wersje nowożytnej idei postępu, z których każda ma inne konsekwencje polityczne: "Jedna wyrasta z Oświecenia (kontynentalnego) i legła u podstaw Wielkiej Rewolucji Francuskiej, druga zaś ma swe korzenie w Oświeceniu angielsko-szkockim i zrodziła rewolucję amerykańską"[3]. W tradycji amerykańskiej "pojawia się konstytucja w formie pisanej, silna koncepcja praw jednostki oraz rozwiązania instytucjonalne, ale przy tym wszystkim zostaje zachowana fundamentalna ciągłość z philosophia parennis. Rewolucja nie burzy, rewolucja raczej konserwuje i na starym, solidnym fundamencie buduje nowe". Odwrotnie w tradycji europejskiej, która "z przeszłością zrywa w sposób świadomy i radykalny i tym samym odrywa się od głównego nurtu przednowożytnej myśli Zachodu"[4]. Stosunek do przeszłości jest więc najważniejszą różnicą między Europą a USA, warunkującą stosunek do religii. W oświeceniowej tradycji europejskiej religia uznana została za rzeczywistość opresywną, kolidująca ze sferą wolności, podczas gdy w tradycji amerykańskiej takie przeciwstawienie nie zachodzi. Podobnie z relacją na linii religia-rozum: podczas gdy Europa uznaje fides za relikt przeszłości, USA zostały oparte na założeniu, że "amerykański orzeł unosi się w niebo historii ludzkości na dwóch skrzydłach - rozumu (ratio) i wiary (fides) - i oba są niezbędne, aby mógł latać"[5]. Prowadzi to do wniosku, że Europa swą kulturową i społeczną podstawą uczyniła monizm (wyłączność ratio), natomiast USA - pluralizm[6]. Arnold Toynbee, nazywany często historiozofem wszechczasów, uzależniał losy cywilizacji od losów religii, na jakich się one opierają i wykazywał, że każda cywilizacja zatacza w swoim życiu znamienny krąg rozwojowy, mający fazy genezy, wzrastania, załamania, dezintegracji (okres zaburzeń, państwo uniwersalne, interregnum) oraz rozkładu[7]. Uważał, że cywilizacji zachodniej[8], która "ma już za sobą omalże czterechsetletni okres zaburzeń i stoi u progu złudnego ożywienia: utworzenia państwa uniwersalnego" grozi upadek[9]. Co niezmiernie istotne, jego model wykazywał, że upadek cywilizacji okazuje się być zawsze samobójstwem - proces degeneracji następuje w wyniku wewnętrznego rozłamu, który z kolei umożliwia wdarcie się na łono cywilizacji agresywnych i bezkompromisowych, obcych kulturowo elementów, doprowadzających do jej zniszczenia[10]. Współcześnie zarówno Europa, jak i USA zaczynają tworzyć państwo uniwersalne, co widać bardzo dobrze przy zestawieniu ambitnych geopolitycznych aspiracji Unii Europejskiej oraz długofalowych planów polityki zagranicznej USA, dążących do jak najobszerniejszego rozszerzania sfery Pax Americana[11]. Jednakże w łonie Zachodu powstają dwie przeciwstawne sobie wizje uniwersalizmu, których (w wersji radykalnej) nie sposób realizować równocześnie: są to unilateralny model amerykański i postmodernistyczny model europejski[12]. Zgodnie z teorią Toynbee'ego już sam fakt powstania uniwersalizmu wieścił groźbę rozłamu wewnątrz cywilizacji Zachodu. Historia pokazała, że brytyjski historyk nie mylił się: uniwersalizm został rozpoczęty po zakończeniu II wojny światowej (kiedy to USA stały się supermocarstwem, a Europa rozpoczęła proces integracji) natomiast wojna w Iraku na początku XXI stulecia i następujący w jej wyniku konflikt międzynarodowy okazał się być spodziewanym przez Toynbee'ego objawem pełzającego politycznego rozłamu, prowadzącego do samobójstwa Zachodu. Obserwowana obecnie rywalizacja między USA a Europą, której zwulgaryzowaną genezę przedstawił Robert Kagan w książce Potęga i Raj[13] jest zjawiskiem, które należy ocenić jednoznacznie negatywnie, szczególnie jeśli uświadomimy sobie, że w przypadku pogłębienia kryzysu politycznego na linii Europa-USA cywilizację zachodnią czeka powolny upadek - Europa bez USA pozostanie bezbronna, natomiast USA bez Europy zostaną odcięte od życiodajnego kulturowego korzenia, z którego wyrosły. Skoro współcześni politolodzy zgodnie twierdzą, że przyszłość świata należeć będzie do Azji, a Zachód już teraz powinien przygotować się na konsekwencje spadku swojej roli na arenie międzynarodowej, trzeba założyć, że rywalizacja między Europą i Stanami Zjednoczonymi ten proces jedynie przyśpieszy, a więc przyjąć, że z punku widzenia zarówno Amerykanina, jak i Europejczyka jest ona czymś wysoce nierozumnym[14]. Toynbee miał nadzieję, że powodu swojej dziejowej niepowtarzalności Zachód ma szansę na uniknięcie upadku, chociaż nie udało mu się dowieść takiej możliwości na gruncie teoretycznym. Wierzył, że dziejowa niepowtarzalność Zachodu polega na posiadaniu bezprecedensowego bagażu doświadczeń historycznych, z których może czerpać, wyciągając wnioski pozwalające na dostrzeżenie w porę negatywnych procesów dziejowych i ich zawrócene. Był więc de facto zwolennikiem myślenia, które Jose Ortega y Gasset określał jako charakterystyczne dla "rozumu historycznego", a które polegało na antycypowaniu pewnych typów wydarzeń na zasadzie spodziewanych analogii do historii[15]. Posługując się tym rozumem trzeba założyć, że w interesie zarówno Europy, jak i USA leży wspólnota ogólnych zapatrywań politycznych. Nie musi ona jednak wcale oznaczać całkowitej jedności interesów, ale zgodę co do pewnych ogólnych imperatywów działania. Aby stworzyć tę wspólnotę potrzebna jest dobra wola z obu stron - nie należy oczekiwać, że wyłącznie Europa powinna podjąć reformy polityczne i ideowe (jak chce wielu proamerykańskich konserwatystów europejskich), nie należy też zakładać, że to USA muszą całkowicie zrezygnować ze swojej wojowniczości i dostosować się do politycznych standardów UE. Jedność Zachodu i jego wewnętrzna współpraca musi opierać się na rachunku sumienia i powiedzeniu głośno politycznego 'mea culpa' po obu stronach Atlantyku. Ta pogłębiona refleksja powinna polegać na dostrzeżeniu logiki niekorzystnych procesów, które stale postępują (zarówno w Europie jak i w USA) i przeradzają się z czasem we własne karykatury, co z kolei prowadzi do politycznych radykalizmów. Innymi słowy, na samym początku należy przyjąć jako pewnik myśl protestanckiego teologa Reinholda Niebuhra, że "egoistyczna deprawacja uniwersalnych ideałów jest bardziej trwałym faktem ludzkiego postępowania niż każde moralistyczne kredo byłoby skłonne przyznać"[16], a następnie porównać różne zachodnie zapatrywania na kulturę i religię oraz wynikające z nich poglądy na politykę i gospodarkę. Dopiero taki ogląd da podstawę do wyciągnięcia wniosków.
|