Portal Spraw Zagranicznych psz.pl




Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home Podróże Orag Hutan, czyli człowiek lasu z Sumatry

Orag Hutan, czyli człowiek lasu z Sumatry


25 czerwiec 2010
A A A

Poranek w Medan, stolicy północnej prowincji Sumatry, w archipelagu indonezyjskim. Od godziny zlany potem czekam na autobus na dworcu Pinang Baris, jednym z dwóch dworców autobusowych, jakie znajdują się w mieście. Dworzec to pojecie bardziej europejskie i względne, bo ten tutaj to raczej tylko spory, wydzielony obszar, na którym tu i ówdzie parkują nieoznakowane autobusy. A skoro nie oznakowane to i brak rozkładu jazdy, czyli jakiegokolwiek porządku, w naszym tego słowa znaczeniu. Może to i słuszne, bo i po co zawraca sobie głowę czymś tak przyziemnym?

 

Aby wysłać sygnał, gdzie chcemy się przemieścić należy dokładnie wypytać miejscowych, który z parkujących na poboczu pojazdów jedzie do interesującego nas miejsca przeznaczenia, potem pozostaje nam tylko czekać. Czekać aż uzbiera sie taka ilość chętnych pasażerów by kierowca mógł uznać, że warto odpalić silnik i ruszyć w trasę. Nie mam szczęścia, bo mimo godziny spędzonej na krawężniku, poza mną jest tylko jedna kobieta chętna pojechać do Bukit Lawang. Mijają kolejne minuty, kwadranse i już nawet szofer okazuje oznaki zniecierpliwienia. Po kolejnych 15 minutach skutkuje to zbawiennym zapuszczeniem silnika. Jedziemy. W między czasie dosiada jeszcze jeden delikwent, który jak sie później okazuje nie jest pasażerem a jedynie kasjerem- nawoływaczem, który cała drogę spędza w otwartych drzwiach autobusu, z jedna noga wywieszona poza autobus, wykrzykując do przechodniów głośne Lawang  Lawang,  zachęcając w ten oto sposób do wzięcia udziału w podróży. Pomysł wydało by sie prosty, ale równie skuteczny. Co kilkaset metrów autobus zabiera mniej lub bardziej obładowanych bagazami pasażerów. W kocu Medan to metropolia, gdzie przyjeżdża raz w tygodniu na zakupy, po towary, o które w górach nie tak łatwo. Już w czasie pierwszych minut podróży zwracam na siebie uwagę pasażerow- tubylców swoim europejskim wyglądem. Uśmiechają się do mnie i pozdrawiają charakterystycznym dla tej części Sumatry pozdrowieniem Bataków – Horas – Mister.

Jeden z współpasażerów, odważny bardziej niż inni, znający kilka słów po angielsku i niemiecku od początku stara się wręcz  na siłę ze mną zaprzyjaźnić. Jak sie okazuje z uplywem podróży, jest on przewodnikiem, lub tylko pośrednikiem przewodnika, który za wszelka cenę stara mi się złożyć ofertę nie do odrzucenia.  Proponuje pójście wraz  z nim, za jedyne 40 euro dziennie na wyprawę w las tropikalny. Może cena nie jest faktycznie odstraszająca, ale po pierwsze jestem turystą nisko budżetowym, po drugie nie cierpię narzucających się oferentów, a po trzecie życie nauczyło mnie nie ulegać takim pokusom. W tonie, na tyle miłym, na ile jeszcze potrafię, daje panu do zrozumienia, że nie jestem zainteresowany wspólnym trakingiem. Ten nie może pojąć, że  ja- biały –Bule, jadący do Bukit Lawang, więc  bez wątpienia moim celem jest  las równikowy i orangutany tam żyjące, a mimo to, nie korzystam z jego oferty. Oczywiście w połowie swego rozumowania nie mija sie z prawdą, unikam jednak zobowiązań i niezdrowego presingu. Wolę sam dokonać rozpoznania i podjąć decyzję na miejscu. Autobus leniwie jedzie serpentynami wąskiej drogi, miedzy malowniczo położonymi tysiącami hektarów plantacji palm olejowych, zbliżając sie do miejsca mojego przeznaczenia.

Image
fot. Piotr Śmieszek

Bukit Lawang to jedno z nielicznych miejsc na ziemi, gdzie spotkać można na wolności naszych bliskich-dalekich krewnych, Orangutany. Są w prawdzie rezerwaty na Borneo, szczególnie w malezyjskiej jego części, gdzie uczyniono z tego przemysł turystyczny i pokazuje sie je turystom jak w zoo, ale tutaj, to zupełnie coś innego. Tu, w rezerwacie Gunung Leuser żyje na wolności większa cześć z ponad 7000 zamieszkujących Sumatrę, tych zagrożonych poprzez zanieczyszczenie środowiska, wyręby i wypalanie lasów, małp człekokształtnych.

Zanim jednak sie z nimi spotkam, pokonuję opisaną już czterogodzinna podróż w upale, po której docieram do celu, czyli „Lawang”- jedynego znaczącego ośrodka na obrzeżach Parku Narodowego. Jeszcze kilka lat temu była to zadbana wioska, posiadająca kilka hotelików dla nielicznych, ale jednak docierających tu amatorów orangutanów. Jednak powódź, która pochłonęła ponad 300 ofiar śmiertelnych w 2007 roku, mocno wyhamowała rozwój turystyczny tego ośrodka.

Dzięki staraniom i dotacjom rządu indonezyjskiego, sytuacja wraca powoli do poprzedniego stanu i być może w niedalekiej przyszłości coraz większe rzesze turystów będą mogły obcować z niepowtarzalnymi atrakcjami, jakich dostarcza ta położona na skraju gór osada.
Bez problemu znajduję tu lokum w jednym z 3-4 tanich hotelików, gdzie za niespełna 4 dolary amerykańskie wynająć można schludny, choć nie klimatyzowany pokoik.

Hotel ma swoja restaurację na świeżym powietrzu, z której rozciąga sie piękny widok na nieposkromioną rzekę górska, która jeszcze nie tak dawno wyrządziła tyle zniszczeń i krzywd miejscowym mieszkańcom. Dzisiaj, wydaje się przynosić ukojenie swym szumem. Pijąc wieczorną herbatę z cytryna, rozmawiam z obsługa baru o możliwości pójścia w góry, w rejony lasów tropikalnych i spotkania tego co jest magnesem dla  każdego przybywającego tu podróżnika.

Okazuje się, że pierwszym i zasadniczym warunkiem, od którego należy zacząć, jest pójście następnego ranka do miejscowych władz i zarejestrowanie się w Parku, oraz wykupienie dziennego voucheru za następne niespełna 3 dolary. Po zaopatrzeniu się w takie minimum można pomyśleć o przewodniku, których kilku przesiaduje w restauracjach i w zależności od preferencji, można znaleźć coś dla siebie.

Za niespełna 20 dolarów dziennie udaje mi się znaleźć bystrą kobietę, która przez następne 2 dni jest moim „Tropicielem >Ludzi Lasu<”, gdyż tak w dosłownym tłumaczeniu z indonezyjskiego brzmi Orangutan. Mimo wielokrotnych ostrzeżeń z jej strony, iż gwarancji na spotkanie z >człowiekiem lasu< nie ma, dobijamy targu i ruszamy w leśne ostępy. Długo by pisać o upale, trudach wędrówki, insektach i chwilach zwątpienie, jakie towarzyszą takiej wyprawie w las tropikalny. I tu mogę pochwalić się bliskim spotkaniem 3-ego stopnia, które na zawsze pozostanie w mojej pamięci.

Widok tych wielkich, pięknych małp, poruszających się po gałęziach z niezwykłą lekkością, zwinnością i gracją, zapiera dech w piersi i, co dość osobliwe, budzi niezwykłe refleksje nad sobą samym, nad człowiekiem...Ale to już zupełnie inna historia.