|
Po klęsce szczytu klimatycznego w Kopenhadze Stary Kontynent nadal pozostanie w tyle za głównymi graczami REKLAMA
Ten weekend odbędzie się pod znakiem G20, na którym temat walki z kryzysem będzie jednym z czołowych. Właściwie to on powołał do życia samą grupę, która powstała aby podjąć wyzwania związane z globalną gospodarką. Problem w tym, że także ten szczyt najprawdopodobniej zakończy się bez większych zmian. Unia Europejska, w praktyce Merkel i Sarkozy, zapowiedziała wysunięcie dwóch postulatów: globalnego podatku od transakcji finansowych oraz opodatkowania banków, żeby nie trzeba było już opróżniać publicznej skarbonki, kiedy finansjera po raz kolejny poprosi o koło ratunkowe. Jeśli znajdzie się w kłopotach, niech sama sięga do sakiewki, którą napełnią właśnie podatki. Tylko co na to Chiny i USA? Kiedy kilka dni temu Wen Jiabao zezwolił na aprecjację juana, ustępując przy tym naciskom Obamy, pokazał, że jego kraj jest gotów na pewne kroki, czeka jednak na konkretne decyzje pozostałych rządów. Pomijam tutaj fakt, że ruch Chin powodowany był również zwiększającym się niezadowoleniem społecznym, które zmuszają KPCh do ograniczenia roli eksportu i stymulacji popytu wewnętrznego. Takie przeorientowanie gospodarki to również ukłon w stronę nacisków opinii międzynarodowej, coraz częściej wskazującej na warunki życia codziennego w Państwie Środka. Posunięcie Pekinu było bardzo trafne, szczególnie przed Toronto, kiedy stosunki z Obamą dobrze było poprawić. Co z UE? Amerykański prezydent od Europy odwrócił się już jakiś czas temu. Wielu pamięta jego rezygnację z udziału w majowym szczycie UE-USA, a jeszcze wcześniej, bo w grudniu ubiegłego roku, Kopenhagę. Wtedy głównym rozmówcą przedstawiciela Waszyngtonu okazał się Hu Jintao a europejscy reprezentanci znaleźli się na marginesie dyskusji. Pomimo wprowadzenia rzekomo uzdrawiającego Traktatu Lizbońskiego, unijni decydenci nie potrafią wypracować wspólnej polityki w żadnej w poważnych kwestii. Puste są hasła dotyczące polityki wobec Rosji, spraw bezpieczeństwa, wreszcie rządu gospodarczego. Nic dziwnego, że Obamie nie podoba się ta szamotanina, więc kieruje swoją uwagę na pozostałe regiony świata. Jeśli chodzi o Stary Kontynent kluczowe znaczenie dla Stanów Zjednoczonych odgrywają Niemcy. Te Chiny Europy za żadną cenę nie chcą rezygnować ze swojej eksportowej hegemonii. Wiadomo, że Merkel jest zwolenniczką surowego planu oszczędnościowego, przy jednoczesnym trzymaniu w ryzach konsumpcji, dlatego Berlinowi tak zależy na zreorganizowaniu UE zgodnie z własną wizją. Wspólna waluta przejmowana przez kolejne państwa odebrałaby im politykę dewaluacji, na czym najbardziej zależy Niemcom, które szukają nowych obszarów ekspansji handlowej i chcą zapewnić sobie coraz większy obszar rynków zbytu. Również Rosja, mająca pieniądze z handlu surowcami a jednocześnie przestarzałą infrastrukturę, ma dla Merkel priorytetowe znaczenie. Takie praktyki sprawiają, że Berlin według Obamy zamienia się w pasożyta gospodarczego, który kierując się swoimi narodowymi interesami, nie jest uznawany za pożądanego lidera UE. Amerykański prezydent znowu zacznie przekonywać kanclerz do poluzowania dyscypliny finansowej, jednak prawdopodobnie bez rezultatu. Jesień w Korei Właściwie nie należy spodziewać się zbyt wiele. Wszyscy podkreślają to, co leży we wspólnym interesie, jednak wizje rozwiązań różnią się znacznie i nikt nie ma zamiaru ustąpić w konkretnych punktach. Waszyngton nadal będzie postulować ożywienie wzrostu gospodarczego a Bruksela, czyli Merkel, postawi na dyscyplinę finansową. Nieco z boku stanie Pekin, który uelastyczniając juana, zrobił krok w kierunku polityki uwzględniania globalnych interesów. Nie jest to wielkie rozwiązanie, ale wystarczy aby Hu Jintao uniknął ostrych tarć w Toronto. Ten szczyt zdominują bowiem spory na linii UE-USA, rozpoczynające się choćby od ustalenia daty ograniczenia deficytów. O ile Herman Van Rompuy chciałby dokonać tego do roku 2011, Obama upiera się przy 2015. Zdaniem tego ostatniego wzrost gospodarczy będzie wtedy odpowiednio mocny, aby wprowadzić silną taką dyscyplinę. Kanadyjski szczyt nie doprowadzi więc do znaczących zmian, na które trzeba pewnie poczekać do listopada, kiedy do Korei Południowej ponownie zjedzie się G20. Będzie to kolejne pięć miesięcy, które pozwolą finansjerze funkcjonować tak jak dotychczas. |