Michał Cyran: Pod górkę na szczyt
Zgodnie z przewidywaniami obrady w Toronto nie przyniosły wielkich zmian. Jedynie cięcia
Stanęło na 2013. Unia chciała 2011, Obama 2015, więc mamy kompromis – trzy lata na redukcję deficytów budżetowych o połowę. Tak jak pisałem ostatnio finansiera pozostanie wolna do jesieni, bo wielcy tego świata nie potrafili ustalić żadnych konkretów w kwestii podatków od banków i podatku od transakcji kapitałowych. Kontrola gospodarki? Raczej jej namiastka. Za to elita miło spędziła czas podczas wspólnego oglądania meczy.
Po pierwsze: spotkanie pokazało po raz kolejny, że więcej jest rozdźwięków niż punktów wspólnych. Wszyscy uczestnicy odgrywają ten sam teatr, zgadzając się oczywiście co do tego, że potrzeba wzrostu. Każdy ma jednak na niego inne pomysły. Pierwszy to temperowanie deficytów.
Tutaj zdecydowanie prowadzą Niemcy przeciągające linę ze Stanami Zjednoczonymi, które wolałby jednak zachować umiar we wprowadzaniu dyscypliny, tak zdecydowanie forsowanej przez Berlin. Wynik w tej sprawie wydaje się połowicznym sukcesem Europy – w końcu jakieś zobowiązanie padło. Co prawda rok 2013 nie jest wymarzonym deadlinem Merkel, istotne jest jednak, że sama idea została wzięta pod uwagę. Tylko czy Waszyngton rzeczywiście ustąpił i wyrzekł się keynesowskiej praktyki gospodarczej? Myślę, że niemiecka koncepcja znajdzie zastosowanie jedynie w krajach Unii Europejskiej. Jeśli w ogóle gdziekolwiek rządy myślą na poważnie o takiej dyscyplinie to chyba właśnie tutaj.
Wniosek jest oczywisty – G20 w obecnej wersji to porażka. Zdania są na tyle podzielone, że ostatecznie poszczególne państwa i tak zrobią swoje. Europejscy przywódcy, wprowadzą własne pomysły (o ile im się to w ogóle uda) jedynie u siebie, ponieważ nie przekonają do nich pozostałych graczy. Ci, przyglądając się unijnym poczynaniom, skoncentrują się na nieco odmiennej polityce, wiedząc doskonale, że Stary Kontynent nie jest im aż tak potrzebny. Barack Obama, co prawda od czasu do czasu zerkając za Atlantyk, prawdziwe interesy widzi jednak gdzie indziej. Dziś coraz lepiej słychać głosy Pekinu, Delhi czy Brasilii skoro z Brukselą trudno cokolwiek ustalić.
Biały Dom dostrzega w unijnej krycjacie jedynie niedopracowaną koordynację gospodarki, wynikającą ze strachu przed inwestorami międzynarodowymi. Trzeba pamiętać, że wierzycielami greckiego długu są głównie zagraniczni finansiści, zaczynający dyktować warunki zarządzania finansami publicznymi. Warto przywołać tutaj przykład Japonia, która ze swoim prawie dwukrotnie wyższym zadłużeniem (Grecja około 115% PKB, Japonia prawie 200%), nie przyciąga aż tak wielkiej uwagi. Powód jest oczywisty: w kraju chryzantem wierzycielami w dużej części są gospodarstwa domowe, których rząd ma na miejscu, przez co stabilizacja jest dosyć wyraźna (pomijam tutaj fakt, że przy tak wysokiem zadłużeniu Tokio również czekają kłopoty. Chodzi mi głównie o większy spokój podczas wprowadzania koordynacji rządowych). Wracając do pomysłów Obamy. Jego sprzeciw wobec koncepcji Merkel nie wynika ze faktu, że chciałby on pompować nieskończone ilości pieniędzy w gospodarkę, nie zgadza się jedynie na zbyt szybkie wycofanie państwa. Drastyczne cięcia, w obecnej fazie kryzysu, spowodują tylko jego wzmocnienie, ponieważ na sektor prywatny ponownie zostanie przerzucony zbyt duży ciężar.
Oczywiście pozostają Chiny. Hu Jintao otrzymał od Obamy zaproszenie do złożenia wizyty w Stanach Zjednoczonych. Sekretarz KPCh zaznaczył, że zależy mu na dobrych relacjach z Waszyngtonem a relacje gospodarcze powinny być dalej zacieśniane. W kontekście sporów atlantyckich to Pekin odegra doniosłą rolę w najbliższym czasie i to tamtejsi politycy będą wyciągać świat z kryzysu. Dziś, aby podnieść tę rękawicę, muszą najpierw dokonać zmian wewnątrz kraju i wzmocnić własną klasę pracującą, która coraz głośniej protestuje przeciwko warunkom w jakich obecnie żyje. Niedawno Chiński Bank Ludowy zapowiedział uwolnienie juana, co dosyć szybko spowoduje spadek wartości dolara a to z kolei osłabi eksport Państwa Środka, z którego w znacznej mierze korzystają Stany Zjednoczone. Kiedy ceny importowanych dóbr wzrosną amerykańska inflacja również poszybuje. To rodzi pewne obawy, ale czy warto je mieć? Przecież Waszyngton od lat domaga się uelastycznienia chińskiej waluty, co prawdopodobnie otrzyma. Co to oznacza dla obu kolosów? Inflacja nie będzie znowu taka duża a wzrost cen chińskich produktów przywróci przecież równowagę handlową Stanów Zjednoczonych, która coraz bardziej odczuwa swój deficyt. Amerykański przemysł stałby się przez to bardziej konkurencyjny, co pociągnęłoby za sobą powstanie kolejnych miejsc pracy i wzmocniło eksport. Pekin pozwalając na aprecjację juana pokazał, że odsuwa się od modelu skrajnie eksportowego na rzecz rozwoju własnego rynku wewnętrznego. Taka polityka wymaga jednak szeroko zakrojonych reform, o czym doskonale wiedzą chińskie władze. Przejście do tych zmian powodują również coraz silniejsze ruchy społeczne zasilnane przez szeregi strajkujących pracowników.
Warto wspomnieć jeszcze o jednej ciekawostce – na ten słaby szczyt wydano prawie 900 mln dolarów, które przepłynęły aby sfinansować całe przedstawienie. Taka kwota, zainwestowana w jakąkolwiek pomoc, rozsądnie skierowaną pod adres nauboższych regionów świata, przyniosłaby na pewno więcej dobrego niż fasadowe dyskusje, jakie odbyły się w miniony weekend w Kanadzie.



Jak Andaluzja stała się prawicowa
Pragmatyzm wygrywa w amerykańsko-chińskich relacjach
Trudne zadanie Rumena Radewa
Péter Magyar wzbudza pierwsze kontrowersje