Portal Spraw Zagranicznych psz.pl




Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home

Jędrzej Czerep: Turcja - pomiędzy Wschodem a Zachodem


01 lipiec 2010
A A A

W ostatnich miesiącach dało się zauważyć wyraźne ocieplenie pomiędzy Turcją a takimi państwami jak Iran czy Syria. Ankara cieszy się też swoimi "pięcioma minutami" jako bohater świata arabskiego. Wielu obserwatorów zadaje sobie pytanie, czy tradycyjnie prozachodni kurs tego państwa jest zagrożony. To przesada, jednak ekspansja Turcji w zaniedbane, a z wielu powodów bliskie jej rejony jest faktem.

Turcja coraz częściej zwraca wzrok w kierunku Wschodu. Czyżby okazało się, że miłość tego państwa do Europy, czy szerzej - "świata zachodniego" miała swoje granice? Zwłaszcza, że przez wiele lat była to miłość jednostronna: pomimo wielu wyrzeczeń, nie zanosi się na uzyskanie przez Ankarę zaproszenia do członkostwa w UE, a przywódcy NATO domagają się potwierdzenia przywiązania Turcji do Sojuszu.

Akcja izraelskich komandosów przeciwko statkom z Flotylli Wolności, czy raczej jej konsekwencje, unaoczniły z pełną ostrością to, co można było zauważyć od dawna: nad Bosforem na wiele spraw patrzy się inaczej niż na Zachodzie. Czasem radykalnie inaczej. Śmierć dziewięciu Turków wywołała w ich ojczyźnie ogromne poruszenie. Turcja zamknęła swoją przestrzeń powietrzną samolotów z Izraela, przez co problemy z dotarciem do Polski miała izraelska delegacja państwowa, która chciała odwiedzić Auschwitz.

Nalot komandosów przypieczętował ochłodzenie, jakie obserwujemy pomiędzy Ankarą a Tel Awiwem od czasu ofensywy Izraela w Strefie Gazy z grudnia 2008 roku. Od ponad roku premier Erdogan nie szczędził izraelskim przywódcom dosadnych słów, a specjalne relacje wojskowe dwóch krajów odeszły w zapomnienie.

Emocjonalne i zdecydowane opowiedzenie się po stronie Palestyńczyków wywołało falę sympatii do Turcji w świecie arabskim. W miastach Bliskiego Wschodu i Północnej Afryki zobaczyć można portrety premiera Erdogana i tureckie flagi. Byłoby dziwne, gdyby Ankara nie próbowała wykorzystać swoich "pięciu minut" popularności. Intensywna penetracja Wschodu trwa już zresztą od pewnego czasu. Można to tłumaczyć potrzebą połechtania własnych ambicji przez umocnienie swojego znaczenia w regionie. Świetnie rozumieją to sami Turcy: skoro ich kraj w ostatnich latach umocnił się gospodarczo, powinien odgrywać większą rolę w świecie. Zwłaszcza, że w stosunkach z Europą sukcesów cały czas brakuje.

Osobną historią jest spięcie ze Stanami Zjednoczonymi wywołane uznaniem przez Izbę Reprezentantów tragicznych wydarzeń w Imperium Osmańskim w 1915 roku za „ludobójstwo” Ormian. Rezolucja o takiej treści została przyjęta w lutym tego roku. Turcja reaguje alergicznie na rzeczone słowo i, podobnie jak w innych przypadkach w przeszłości, błyskawicznie napiętnowała Amerykanów za jego wypowiedzenie. Nie miało większego znaczenia, że głos wyższej izby parlamentu nie miał poparcia administracji prezydenta Obamy. Ankara odwołała z Waszyngtonu swojego ambasadora.

Tym, na co warto zwrócić uwagę przyglądając się ekspansji Turcji w kierunku południoym i wschodnim jest swoista symbioza pomiędzy jej polityką zagraniczną a potrzebami krajowego biznesu. Podróżom polityków towarzyszą regularnie delegacje przedsiębiorców: w październiku ubiegłego roku w Teheranie był razem z premierem Rizanur Meral, przewodniczący zrzeszenia przedsiębiorców, które skupia 50 tysięcy tureckich firm. Niemało zamieszania wywołały wtedy umizgi Erdogana do jednego z największych wrogów USA: prezydenta Iranu Mahmuda Ahmadineżada. Turecki przywódca określił wtedy irański program atomowy jako „pokojowy”.

Nie wydaje się, żeby gesty takie świadczyły o zasadniczej zmianie priorytetów Ankary: wykorzystuje ona po prostu te szanse, które są w jej zasięgu. Choć z pewnością przyjemniej jest być odbieranym przez sąsiadów jako członek rodziny, a nie „koń trojański” Zachodu.

Podobnie należy odczytywać otwarcie się Turcji na Syrię. Na początku tego roku kraje zniosły wzajemnie wymagania wizowe dla swoich obywateli. Bez utrudnień w przekraczaniu granicy popłynął, jakby wcześniej był sztucznie wstrzymywany, potok ludzi i towarów. Centra handlowe we wschodniotureckim Gaziantep zaludniły się syryjskimi klientami, a firmy z Turcji na wyścigi inwestują po drugiej stronie granicy.

Turcja ma też pewne ambicje polityczne: pogodzić Arabię Saudyjską z Syrią, załagodzić napięcie wokół wspomnianego już Iranu. Może też odegrać pewną rolę w obecnym kryzysie kirgiskim (poradzieckie republiki środkowoazjatyckie z wyjątkiem Tadżykistanu są tureckojęzyczne i Ankara powoli odbudowuje swoje wpływy wśród ich „siostrzanych” narodów).

Nie wydaje się, żeby „ofensywa” w krajach muzyłmańskich miała zagrozić relacjom Turcji z Europą. Minister spraw zagranicznych Ahmet Davutoglu zdecydowanie częściej niż na Bliskim Wschodzie gości na Starym Kontynencie. Do rangi symbolu urasta fakt, że Turcy stoją dziś na czele zarówno Organizacji Konferencji Islamskiej (Ekmeleddin İhsanoğlu), jak i zgromadzenia parlamentarnego Rady Europy (Mevlüt Çavuşoğlu).