Portal Spraw Zagranicznych psz.pl




Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home Opinie Polityka Magdalena Górnicka: Grzechy ojców

Magdalena Górnicka: Grzechy ojców


08 sierpień 2010
A A A

Amerykańska prawica chce, by dzieci nielegalnych imigrantów urodzone w USA, nie otrzymywały obywatelstwa na zasadach prawa ziemi. Zamiast American Dream wraca starotestamentowe prawo?

Od samego początku Ameryka różniła się od Europy tym, że każdy człowiek sam musiał zapracować na swoje nazwisko – zdecydowanie rzadziej dziedziczył przywileje po przodkach.  Z tej tradycji wyrósł mit American Dream i self-made mana. Europejskie tytuły i przywileje niewiele znaczyły w Ameryce:  wyczerpująca wyprawa za ocean w poszukiwaniu lepszego życia nie była przecież poszukiwaniem ciągłości, lecz radykalnej zmiany. I to zmiany na lepsze.  

Amerykanie są przecież narodem imigrantów, dla których poczucie patriotyzmu wiąże się ze świadomym wyborem – bez względu na przynależność rasową czy etniczną. Bycie Amerykaninem było dla wielu atrakcyjną perspektywą. Zgodnie jednak z zasadami ekonomii – bardziej cenimy to, co jest mniej dostępne - dlatego amerykańskie obywatelstwo nie jest dla każdego.
 
Dzisiaj  wcale nie tak łatwo zostać Amerykaninem w sposób inny niż przez urodzenie. Jeszcze niedawno (skrajna) prawica postrzegała miejsce urodzenia jako adekwatny miernik „amerykańskości” – zwłaszcza członkowie tzw. ruchu birthersów, którzy zarzucali Barackowi Obamie, że nie urodził się na Hawajach, lecz w Kenii, przez co nie powinien zostać prezydentem.
 
Prezydentem, który jako jeden z priorytetów na najbliższy rok,  wymieniał wielokrotnie reformę prawa imigracyjnego. „Priorytet” ten jest coraz bardziej odsuwany w czasie, a zwolennicy reform zarzucają Obamie, że nie stara się tak mocno, jak w przypadku reformy systemu ubezpieczenia zdrowotnego.
 
Jakby tego było mało – Arizona wprowadziła restrykcyjne prawo – de facto antyimigracyjne. Regulacje te były publicznie skrytykowane przez administrację Obamy, a niedawny wyrok sądu federalnego łagodzi nieco obowiązujące w Arizonie zapisy prawa. Aby zrekompensować tę ostatnią „porażkę” zwolennikom twardych regulacji , część prominentnych polityków Partii Republikańskiej – z senatorami Jonem Kylem i Lindseyem Grahamem na czele -  zaproponowała zerwanie z automatycznym (przyznawanym na zasadzie prawa ziemi) przyznawaniem obywatelstwa urodzonym w USA dzieciom nielegalnych imigrantów.
 
Zaczęto je określać „anchor babies” – dzieci- kotwice, które otwierają nie posiadającym dokumentów rodzicom przepustkę do w miarę normalnego korzystania z tego, co Ameryka oferuje swoim obywatelom.  Rodzice „anchor babies” żyją w szarej strefie – lecz odcień szarości jest zdecydowanie jaśniejszy.
 
Prawo do obywatelstwa przez urodzenie na terytorium USA gwarantuje 14. poprawka do konstytucji: „Wszystkie osoby urodzone lub naturalizowane w Stanach Zjednoczonych, podlegają jurysdykcji i są obywatelami Stanów Zjednoczonych i stanu, w którym zamieszkują”.
 
Zmiany konstytucji są jednak trudne i dzisiaj – choć poparcie dla Demokratów spada – nie ma możliwości, by tego typu regulacje zostały przyjęte przez wymagane trzy czwarte stanów. Już samo uzbieranie dwóch trzecich w obu izbach Kongresu, niezbędnych dla przyjęcia poprawki przez parlament (która później zatwierdzana jest przez legislatury stanowe), nie wydaje się dzisiaj realne.
 
Jakkolwiek jednak, zwolennicy zmian w konstytucji przypominają, że jeden z twórców przyjętej w 1868 roku 14. poprawki, senator  Jacob Howard, utrzymywał, że obywatelstwo nie powinno być przyznawane dzieciom obywateli innych państw urodzonym na terytorium USA. Jeśli nie prawo ziemi, to co powinno decydować o przyznaniu dziecku amerykańskiego obywatelstwa?  Jak wynika z przedstawionej przez republikańskiego kongresmana Gary’ego Millera propozycji ustawy Birthright Citizenship Act of 2009, przynajmniej jedno z rodziców musiałoby być amerykańskim obywatelem lub mieć zezwolenie na pobyt stały.
 
Chociaż zmiany zasad przyznawania amerykańskiego obywatelstwa to na razie bardziej idea niż realne działania polityczne na różnych poziomach,  to właśnie na poziomie idei wydają się one sprzeczne z tym, co wydaje się amerykańskim konserwatystom najcenniejsze. Broniąc dostępu do amerykańskości i de facto karząc dzieci za naruszenie przez ich rodziców prawa imigracyjnego, negują wartości, na których zbudowano „jaśniejące miasto na wzgórzu”, powracając do feudalnych tradycji Europy, od których Ameryka miała być wyzwoleniem.