|
Poparcie prezydenta Baracka Obamy dla budowy meczetu w sąsiedztwie Strefy Zero w Nowym Jorku przez jednych odbierane jest jako potwierdzenie rozdziału państwa i religii, a przez innych – jako jego zaprzeczenie. REKLAMA
Amerykański prezydent spotkał się z przedstawicielami muzułmanów z okazji ramadanu. Niby nic nowego – w końcu Obama znany jest z tego, że chętnie bierze udział w ważnych dla różnych religii uroczystościach, podkreślając tym bycie prezydentem nie tylko postrasowym, ale i post-religijnym. Do tej pory starannie pilnował rozdziału między tym, co religijne, a tym, co polityczne – i zazwyczaj to pierwsze sprowadzało się do uroczystych obiadów czy kolacji w Białym Domu z okazji świąt obchodzonych przez wyznawców różnych religii. Tym razem po raz pierwszy wyraźnie przekroczył granicę między polityką i religią, które to połączenie było do tej pory „zarezerwowane” dla Republikanów. „Jako obywatel i jako prezydent jestem przekonany, że muzułmanie mają prawo praktykować swoją religię tak, jak wszyscy inni w tym kraju” – powiedział Barack Obama.
Chodzi o budowę meczetu i centrum kultury muzułmańskiej kilka przecznic od Strefy Zero, gdzie 11 września 2001 roku islamscy radykałowie-terroryści dokonali największych zamachów terrorystycznych w historii Ameryki. Według ostatniego sondażu CNN budowie meczetu sprzeciwia się dwie trzecie Amerykanów. Za jest natomiast burmistrz Nowego Jorku, Michael Bloomberg. Bloomberg – niegdyś rekin Wall Street – tłumaczy swoje poparcie dla budowy muzułmańskiego centrum świętym prawem własności. „Jeśli ktoś chce wybudować meczet w miejscu, w którym budowa jest dozwolona, i zdoła zebrać na to środki finansowe, to rząd nie powinien się w to mieszać”.
Inaczej „prawo własności” rozumie konserwatywny komentator „Washington Post”, Charles Krauthammer, którego zdaniem „święte miejsce” to albo miejsce objawień (jak Lourdes), miejsce wielkiego męstwa i odwagi (jak Gettysburg), albo miejsce wielkiego cierpienia niewinnych (jak Auschwitz). Uświęcone krwią ofiar zamachów 11 września miejsce zwane Strefą Zero, symbolicznie należy do tych, którzy wtedy zginęli, oraz - oczywiście – do ich rodzin, i pośrednio – do całej Ameryki, bo przecież to wielka tragedia całego narodu amerykańskiego. „To niezwykłe prawo własności obliguje nas do tego, by uczcić i uszanować pamięć tych, którzy zginęli w zamachach z 11 września”. Jako przykład uszanowania świętości miejsca i prawa własności tych, którzy w nim zginęli, podaje decyzję papieża Jana Pawła II o przeniesieniu klasztoru karmelitanek z bezpośredniego sąsiedztwa dawnego obozu Auschwitz. Jak podkreśla Krauthammer, polski papież nie negował dobrych intencji zakonnic, jednak wyraźnie wskazał: „to nie wasze miejsce – możecie się przecież modlić gdzieś indziej”.
Zwolennicy budowy meczetu podkreślają, że nie ma być on symbolem zwycięstwa i triumfu islamu, lecz dowodem amerykańskiej różnorodności, tolerancji, i potwierdzeniem konstytucyjnie zagwarantowanej wolności wyznania. Meczet w sąsiedztwie Strefy Zero nie ma być apologią zniszczenia, lecz nowym początkiem, odrodzeniem, oraz hołdem złożonym tym, którzy 11 września zginęli – także muzułmanów. Odbudowania „prawdziwego” islamu – w przeciwieństwie do jego zradykalizowanej interpretacji, która przyniosła zniszczenie. Decyzja Baracka Obamy o poparciu budowy meczetu to duże ryzyko – zwłaszcza w obliczu zbliżających się wyborów uzupełniających do Kongresu. Republikanie mogą zyskać głosy tych zwolenników Obamy, którzy są przeciwko budowie centrum muzułmańskiego. Pamiętajmy, że Nowy Jork i cale Wschodnie Wybrzeże to silny bastion Demokratów. Z drugiej strony – to właśnie ci ludzie są najbardziej emocjonalnie związani z miejscem, w którym przed 9 laty dokonano ataków. Obama postawił ich przed trudnym wyborem.
Przed jeszcze trudniejszym wyborem prezydent postawił tych polityków demokratycznych (najczęściej ubiegających się jesienią o reelekcję), którzy wcześniej deklarowali mniej lub bardziej otwarcie, swoją dezaprobatę dla budowy meczetu. Pamiętajmy, że część prawicy swego czasu oskarżała Baracka Obamę, że jest „ukrytym muzułmaninem”, bo w Indonezji – gdzie mieszkał jako dziecko – miał chodzić do muzułmańskiej szkoły wyznaniowej, a w każdy piątek – do meczetu wraz z ojczymem. Te spekulacje ucichły po kampanii wyborczej, jednak zarówno wyborcy, jak i media doskonale je pamiętają. Decyzja prezydenta była podyktowana chęcią zapewnienia równego traktowania obywateli bez względu na ich rasę czy wyznanie – a więc: rozdziału państwa i religii w pozytywnym, antydyskryminacyjnym znaczeniu. Dla organizacji budującej meczet i centrum – ostry rozdział między tym, co państwowe, a co polityczne, wydaje się przebiegać nieco inaczej.
Imam stojący za budową meczetu, Feisal Abdul Rauf, nie chciał jednoznacznie potępić Hamasu czy Bractwa Muzułmańskiego jako terrorystów. Zaznaczył przy tym, że „nie jest politykiem”, a więc de facto nie musi się tłumaczyć z zapatrywań politycznych - choć w islamie nie istnieje bariera między tym, co świeckie, a tym, co związane z religią. W tym kontekście decyzja o zbudowaniu meczetu dwie przecznice od Strefy Zero, przez wielu muzułmanów na całym świecie – zwłaszcza tych, którzy nie darzą USA sympatią, nie jako triumf tolerancji i polityki równości, lecz jako zwycięstwo ściśle polityczne, podkreślające nierówność między obu kręgami kulturowymi.
Wiadomo, na czyją korzyść.
|