|
Zaproponowany kiedyś przez niemieckiego ministra finansów Theo Waigela pakt stabilizacyjny zakładał idealną równowagę finansową w Unii Europejskiej. Chodziło o ograniczenie ryzyka inflacji i zapewnienie rzetelnych finansów publicznych. Pomysłodawcy nie przewidzieli jednak kryzysu, który mógłby uniemożliwić zrealizowanie założeń paktu przez nich samych. REKLAMA
Projekt powstał w czasach gospodarczego rozkwitu. Jego podstawy zatwierdzono podczas szczytu w Amsterdamie w czerwcu 1997 r. Układ stworzono z myślą o wprowadzeniu euro. Najważniejszym założeniem paktu było utrzymanie deficytu budżetowego w krajach strefy euro na poziomie niższym niż 3% PKB. Państwa te zapowiedziały również zrównoważenie budżetów do 2004 r. Theo Waigel spodziewał się, że kraje ubiegające się o wejście do strefy euro będą starały się spełniać ustalone kryteria, jednocześnie licząc na to, że po wszystkim odejdą od dyscypliny budżetowej. Dlatego niemiecki minister przeforsował na szczycie UE w Dublinie w 1996 r. zasadę, że dwa kryteria muszą być przestrzegane permanentnie. Chodziło o ograniczenie całkowitego zadłużenia państwa oraz określenie górnego pułapu bieżącego deficytu budżetowego. Ustalenia szczytu Dublinie ujęto w „pakcie stabilizacyjnym euro”. Dlatego jeżeli istniałaby groźba, że zadłużenie budżetu przekroczy wspomniane 3%PKB, Komisja Europejska wysłałaby wstępne ostrzeżenie w postaci tzw. „niebieskiego listu”. W wypadku faktycznego przekroczenia 3% bariery zadłużenia, Bruksela nakazałaby przedłużenie planu redukcji zadłużenia w kasach publicznych. Kolejnym krokiem miałyby być sankcje finansowe. Jako, że ostatni kryzys finansowy dał się Europie we znaki, utrzymanie deficytu budżetowego na poziomie niższym niż 3% stało się bardzo trudne do zrealizowania. Pamiętając o tym Francja i Niemcy postanowiły ułatwić sobie życie. Angela Merkel i Nicolas Sarkozy nie tylko uzgodnili nowe reguły dyscypliny budżetowej dla strefy euro, lecz także wezwali do rewizji traktatu lizbońskiego. Urzędnicy Komisji Europejskiej pomrukują, że to szyta grubymi nićmi intryga. Tym razem francusko-niemiecka koalicja zakłada zaniechanie realizacji pomysłu nakładania kar finansowych na państwa, których dług lub deficyt przekroczyły określony przez UE poziom. Zatem Angela Merkel zmieniła swoje stanowisko o 180 stopni. Zwolenniczka rozwiązań Komisji Europejskiej teraz popiera Sarkozy'ego. Sam prezydent Francji również zmienił zdanie. Podczas szczytu w Deauville na wybrzeżu Normandii niecały tydzień temu Sarkozy uległ niemieckiej presji, by zrewidować traktat. Stało się tak właśnie w zamian za rezygnację Merkel z żądania, by sankcje przeciwko łamiącym dyscyplinę budżetową członkom strefy euro nakładane były automatycznie. Wysocy rangą urzędnicy unijni, ci, którzy przygotowywali ten nowy system i skonstruowali go po to, by uodpornić euro na nagłe kryzysy – podobne do tegorocznego w Grecji – biorą udział w skomplikowanej grze. Być może nie zdają sobie jeszcze sprawy, że chodzi w niej o osłabienie planowanego system kar finansowych i uczynienie go bardziej podatnym na polityczne targi. Podczas konferencji prasowej po zakończeniu francusko–niemieckiego spotkania Sarkozy inaczej jednak przedstawiał ustalenia. Podkreślał potrzebę zmian w zarządzaniu europejską gospodarką i konieczność walki z deficytem. Nie poruszał jednak istoty problemu. Francusko–niemiecka koalicja wzbudza wiele kontrowersji. Pomimo, że osiągnięte w poniedziałek porozumienie utrzymuje, że sankcje w dalszym ciągu będą nakładane „automatycznie”, to fakt, że tym razem decyzja należeć będzie do ministrów finansów EU, a nie do Komisji pozostawia wiele do życzenia. Takie ustalenie bowiem zwiększa prawdopodobieństwo politycznych przepychanek. „W 2004 r. to Francja i Niemcy osłabiły pakt stabilności i wzrostu. Dzisiaj robią to znowu”, stwierdził wysokiej rangi urzędnik Komisji Europejskiej. Niemiecka prasa krytykuje ustępstwa kanclerz Merkel. „Rząd w Berlinie poniósł spektakularną porażkę” pisze FT Deutschland. Wydarzenia tego miesiąca ewidentnie demonstrują, jak zwykła gra polityczna potrafi determinować decyzje podjęte na najwyższych szczeblach unijnych. W zależności od interesu, ważni politycy zmieniają swoje zdanie, które niegdyś tak pieczołowicie lansowali. Oby dla Niemiec nie oznaczało to nowych kłopotów, jako że Unia Europejska już wyraziła swoje niezadowolenie z francusko–niemieckiej ugody. Niemcy mogą wykopać sobie dołek, do którego niechybnie wpadną. |