Michał Cyran: Romowie i Unia
Komisja Europejska nie ukarze Francji za deportacje Romów. Problem jednak istnieje, a rozwiązania powinny być długoterminowe
Coraz częściej słychać, że unijny projekt bankrutuje. Nic dziwnego, powodów aby tak sądzić nie brakuje a europejscy politycy nie bardzo troszczą się o odwrócenie tego trendu. Dwa najważniejsze punkty z listy kłopotów to polityka społeczno-gospodarcza oraz imigracja.
Ten drugi zręcznie wykorzystują partie skrajnej prawicy, które na strachu przed obcymi potrafią ugrać coraz większe poparcie. Wystarczy wspomnieć Geerta Wildera czy ostatnie notowania Jimmiego Akessona i jego Szwedzkich Demokratów. Naczelnym hasłem tych obozów jest deportacja przybyszów, zalecana bez szerszych analiz zjawiska, co często powoduje wylewanie dziecka z kąpielą. Dotychczas problem imigrantów dotyczył głównie tych spoza Kontynentu, a radykalni politycy w nich upatrywali wrogów. Ostatnie posunięcia Nicolasa Sarkozyego wprowadziły do debaty nowy odcień. Jego polityka wysiedleń, wymierzona w mniejszość romską, ponownie nagłośniła drażliwy temat i jest to chyba jedyny plus jaki warto postawić przy aktywności francuskiego rządu w tej kwestii. Jedyny, ponieważ prezydent nie kierował się długofalową koncepcją rozwiązania tej sprawy a jedynie doraźnym zamiarem usatysfakcjonowania radykalnej części elektoratu, która w przeciwnym razie, w wyborach prezydenckich, planowanych na 2012 r. , oddałaby głos na Front Narodowy. Tak czy inaczej temat imigracji, szczególnie Romów, pojawił się na unijnym forum.
„Hańba” – krzyczała Viviane Reding, unijna komisarz ds. sprawiedliwości i obywatelstwa, po długim czasie odpowiadając na działania Sarkozy’ego. Reakcje na ten komentarz były oczywiście różne, żeby nie powiedzieć skrajne. Komisja Europejska zapowiedziała w połowie września, że Paryż naruszył przepisy stosując przymusowe wysiedlenie Romów, zatem Francja miałaby stanąć wkrótce przed Europejskim Trybunałem Sprawiedliwości. Reding otrzymała z Pałacu Elizejskiego zapewnienie, że żadna konkretna grupa etniczna nie została wskazana jako cel ataku. Problem pojawił się kiedy francuska praca opublikowała okólnik określający właśnie Romów, jako przedmiot polityki wysiedleń. Oczywiście cała sprawa ciągnęłaby się latami, a skończyła najprawdopodobniej zapłaceniem grzywny, co i tak nie rozwiązałoby problemu, a jedynie legitymizowało unijne prawa do szacunku i godności każdego obywatela. To oczywiście ważne, ale niewystarczające.Przemówienie unijnej komisarz odbiło się tak silnym echem zapewne dlatego, że nastąpiło niedługo po miałkim wystąpieniu Jose Manuela Barroso, który zabrał głos w strasburskim parlamencie chyba wyłącznie po to, aby wypełnić obowiązek nałożony na niego przez traktat lizboński. Jego niebywała grzeczność i ostrożność nie pozwoliła na żadne wybiegi i istotne uwagi na tak niewygodny temat, jakim okazała się polityka francuskiego prezydenta. Viviane Reding, przepuszczając atak na Paryż, odsunęła przewodniczącego Komisji na dalszy plan, wprowadzając wreszcie kwestię Romów na salony.
16 września odbył się szczyt unijny, który wyraźnie podzielił polityków. Rząd włoski jako jedyny stanął po stronie Paryża. Silvio Berlusconi, stająd po stronie Sarkozy’ego, zasugerował Reding, aby ta przyjęła Romów w swoim kraju (komisarz pochodzi z Luksemburga). Zdradza to ważny szczegół - mianowicie obraz samej Komisji Europejskiej, którą premier znad Tybru konstruuje jedynie jako forum dla narodowych interesów a nie miejsce europejskiej debaty. Takie podejście podważa samą ideę ponadnarodowych instytucji i praw, uwalniając od ich wpływu szefów rządów poszczególnych państw. Cała koncepcja, stworzona po wojnie właśnie po to aby określić pewien fundament ograniczający zupełną dowolność, została nadszarpnięta. Na szczycie doszło do ostrej wymiany zdań pomiędzy dwoma wspomnianymi politykami a pozostałymi uczestnikami, w tym nawet Barroso. Kanclerz Angela Merkel również broniła Komisji, jako instytucji broniącej nadrzędnych wartości, które, jeśli UE ma istnieć, powinny być respektowane. Trudno oprzeć się wrażeniu pewnej sprzeczności, jaką zaprezentowała strona niemiecka. Jeszcze w kwietniu Thomas de Maiziere, szef resortu spraw wewnętrznych, podpisał z Kosowem umowę ułatwiającą wydalanie Romów. W najbliższym czasie Niemcy musi opuścić 14.000 obywateli Kosowa, w tym 10.000 Romów, którym udzielono schronienia w czasie wojny na Półwyspie Bałkańskim. Podobną drogą podążyła na przykład Dania, którą opuściło 400 Romów. Unijny problem to brak przywódców wykraczających ponad interesy narodowe, umiejących mierzyć się z problemami w szerszej perspektywie.Ostatecznie, pod koniec października, Komisja Europejska odpuściła Francji. Reding uznała, że Paryż w odpowiedni sposób odniósł się do wszystkich zaleceń Brukseli, zatem nie zasłużł na karę. Sarkozy zapewnił Komisarz o planach dostosowania prawa krajowego do europejskich przepisów, a przede wszystkim zagwarantowania swobody poruszania dla wszystkich obywateli krajów UE. KE obiecała pozostać czujna i zbadać realizację postanowień Paryża. Jeśli by odpuściła to na pewno kosztem swojej pozycji, bo co do za instytucja, która nie potrafi egzekwować tak fundamentalnych praw?Inna sprawa, że u
nijny sprzeciw wobec wysiedleń to niewiele. Jest tak samo mało skuteczny i pozbawiony sensu, jak retoryka stawiająca pomiędzy imigracją a przestępczością znak równości. Oba posunięcia zbyt daleko redukują problem, unikając jednocześnie głębszej analizy samego zjawiska, której brakuje w debacie najbardziej.Pierwsza kwestia to fundusze europejskie przeznaczone na cele społeczne. Kraje Zachodniej Europy oskarżają Rumunię o marnotrawstwo i niewykorzystywanie unijnych pieniędzy. W latach 2007-2013, przez Europejski Fundusz Społeczny, wydane ma zostać ponad 13 miliardów euro. Na Węgrzech i w Rumunii połowa tej kwoty kierowana jest na integrację Romów oraz inwestycje na rzecz dzieci, zatrudnienia i edukacji. Dodatkowo Parlament Europejski wprowadził nowy program mikrofinansowania i edukacji, przeznaczając na ten cel 5 milionów euro. Bruksela twierdzi, że to nie pieniądze są problemem, a sposób ich wykorzystania. Bukareszt nie wydał nawet 32 miliardów bezzwrotnych funduszy, przyznawanych pod warunkiem przedstawienia celów ich wykorzystania. W ten sposób pojawił się konflikt na linii Komisja Europejska – Rumunia oraz pozostałe kraje najbardziej dotknięte problemem.
Z drugiej strony władze z Brukseli atakowane są przez Francję i niektóre kraje Zachodniej Europy, głównie za brak odpowiednich nacisków na Bukareszt. Paryż uważa, że Komisja zbyt wiele wydała już na integrację, natomiast rząd Szwecji chce wprowadzić karę wydalenia za żebractwo, domagając się jednocześnie konkretnego planu wobec nasilającego się problemu. Podobnie reagują władze Flandrii, usuwając ze swoich terenów obozowiska romskie i przenosząc je do Walonii. W ten sposób państwa członkowskie na własną rękę podejmują działania, które raczej nie doprowadzą do oczekiwanych zmian, wprowadzając jedynie rozwiązania ad hoc.
Debata stanęła w miejscu. Za fasadowymi sporami trudno dostrzec jakąkolwiek perspektywę na skoordynowaną politykę wobec mobilności Romów. Oczywiste jest, że kwestia nie znajdzie prostego rozwiązania i wymaga ustawicznych działań zarówno w centrali jak i na szczeblu lokalnym. Problem w tym, że coraz bardziej podzielona Europa tworzy jeszcze większą przepaść pomiędzy tymi dwoma poziomami a sprawa imigracji to tylko jeden z kłopotów jakie pojawiają się dziś w Unii.



Politycy chwalą, rolnicy ganią. Umowa Unii Europejskiej z Australią wzbudza kontrowersje
Holandia chce się zbroić, ale bez unijnych planów
Europejscy rolnicy mierzą się z wieloma problemami
Zatrzymanie imigracji przez Tunezję to nie tylko koszt finansowy