|
Wielu komentatorów zarówno w kraju, jak i zagranicą, w kontekście rewolucji w Afryce północnej, w odniesieniu do unijnej polityki zagranicznej, jaką kraje wspólnoty zobowiązały się w Traktacie z Lizbony prowadzić wspólnie, używa określeń, które zawierają dużo negatywnego ładunku emocjonalnego. A także niepochlebnej treści komentarzy. Czy aby jest to na pewno słuszne podejście do tak zawiłego i pełnego meandrów zagadnienia jak polityka zagraniczna Unii Europejskiej? REKLAMA
Za politykę zagraniczną państw 27–demki w myśl postanowienia traktatu odpowiada Europejska Służba Działań Zewnętrznych, w skrócie ESDZ, która z założenia powinna być reprezentacją interesów całej Unii Europejskiej wobec świata. Służba ta powstała 1 grudnia 2010 roku, czyli dokładnie w rocznicę uzyskania mocy prawnej Traktatu z Lizbony, który powołał ją do życia. Według jedynego traktującego o ESDZ artykułu w nowo przyjętej europejskiej Konstytucji, zadaniem tego organu jest wspieranie Wysokiego Przedstawiciela Unii do Spraw Zagranicznych i Polityki Bezpieczeństwa. Nie mniej powstanie jednolitej europejskiej służby dyplomatycznej, zgodnie z przewidywaniami i prognozami wielu analityków nie jest jednoznaczne ze stworzeniem jednomyślnej unijnej polityki zagranicznej. I jak się wydaje obecnie proces tworzenia jej struktur trwa wciąż na naszych oczach, a sama instytucja dopiero zaczyna nabierać kształtu i wagi pośród pozostałych istniejących i funkcjonujących już dłużej instytucji „Eurolandu”. Przykładem tego wydają się być ostatnie burzliwe wydarzenia na tzw. "czarnym lądzie" i działania ESDZ podjęte w odpowiedzi na nie.
Afryka północna wg. sformułowanego przed kilku dniami przez byłego prezydenta Czech i noblistę Vaclava Havla porównania, przeżywa coś na kształt upadku "żelaznej kurtyny". Przetaczające się przez tamten region rewolucje ludowe oraz reakcje świata na mające tam miejsce dramatyczne wydarzenia, niewątpliwie przełomowe i donośne dla państw arabskich w odniesieniu do ich historii, jak i ich najbliższej przyszłości, nasuwają jeden wniosek. Europejska polityka zagraniczna konstruowana od roku 2010 w trudzie przez jej szefową, Catherine Ashton, pomimo przedwczesnych informacji o jej śmierci istnieje. I wykazuje się ogromną wiarą w Afrykę północną i mądrość zamieszkujących ją ludów. Wobec zarzutów stwierdzających, iż istnieją partykularne interesy konkretnych państw europejskich połączonych z państwami arabskimi, czy to koneksjami ekonomicznymi, czy też współzależnościami biznesowymi, które nie są niczym nowym, a stanowią już dziś tajemnice poliszynela, Europa w zaistniałej sytuacji wykazała się dużą roztropnością.
W czasie, gdy Tunezyjczycy i Egipcjanie obalali znienawidzonych prezydentów w sprzeciwie wobec ich autorytarnych rządów, tak Europa jak i reszta świata dyskutowała o szansach na prawdziwą demokratyzację tych państw. Dlatego zarówno w obliczu „jaśminowej rewolucji” w Tunezji, jak i rewolucji w Egipcie i ustąpienia w jej efekcie ze stanowiska Hosniego Mubaraka, europejska dyplomacja dla zewnętrznego obserwatora może wydać się enigmatyczną, pełną wahania i niepewności co do planu dalszych działań. Nie zapominajmy jednak, iż szefowa unijnej dyplomacji Catherine Ashton jest szefową korpusu dyplomatycznego, który powstał kilka miesięcy temu, a sama Unia wstrząsana raz po raz kryzysem finansowym borykała się w tym czasie z wieloma innymi bardziej naglącymi problemami. Nie zapominajmy także, iż sytuacja w Afryce północnej wymknęła się spod kontroli i była niewątpliwie zaskoczeniem dla całego świata. Faktem jest również, że w pewnym sensie, jak twierdzi wielu komentatorów zainteresowanych tamtejszym regionem, obecna sytuacja jest szansą dla Europy, aby wesprzeć demokrację u swoich śródziemnomorskich sąsiadów.
Nie przynosi również chluby dyplomacji UE fakt, iż w obliczu długotrwałych nadużyć ze strony północnoafrykańskich autokracji, zachowywała ona milczenie, w sytuacji, gdy klarownym postanowieniem artykułu 21 Traktatu Lizbońskiego (o powszechności praw człowieka i europejskiej strategii bezpieczeństwa z 2003 r. w kwestii dobrego sprawowania rządów w krajach graniczących z UE), była zobowiązana do podjęcia działań piętnujących łamanie tychże praw w krajach basenu morza śródziemnego.
Sam fakt zwlekania przez korpus dyplomatyczny UE z potępieniem reżimów łamiących prawa człowieka jak te w Tunezji, Egipcie a obecnie w Libii, a także ze wsparciem tamtejszych rewolucji, jest nie tyle niewątpliwym, niepodważalnym dowodem na słabość unijnego korpusu spraw zagranicznych, ile dowodem na pewien brak spójności wewnątrz struktur 27–demki. Ale również dowodem na europejską roztropność. W ogniu krytyki i pretensji wobec unijnej dyplomacji, mówiącej o niekorzystnej dla wizerunku Europy zwłoce, wydaje się, iż zapomniano o jednym, niezwykle istotnym fakcie. Mianowicie o tym, że jakiekolwiek próby wtrącania się w politykę wewnętrzną państw ogarniętych rewolucją, (a za takie mogłyby zostać uznane przedwczesne reakcje i deklaracje, jak też planowane wysłanie korpusu unijnej misji wojskowej mającego pomóc w ewakuowaniu obywateli państw europejskich), mogłyby w przyszłości okazać się dla Europy brzemiennymi w skutki.
Trudno jest na dziś dzień przewidzieć jak potoczą się polityczne losy Egiptu i Tunezji, nie wspominając o Jemenie oraz Libii, o której już w tym momencie na podstawie informacji jakie posiadamy i w obliczu udokumentowanych faktów strzelania do nieuzbrojonej ludności cywilnej, możemy śmiało powiedzieć, iż dochodziło tam i nadal dochodzi do aktów ludobójstwa. Muammar Kaddafi okazał się szaleńcem i wydaje się, że jego los jest już raczej przesądzony. Dyktator, który wydaje rozkaz strzelania do własnych pokojowo demonstrujących obywateli i rodaków, jest skazany na porażkę a być może nawet na Trybunał Praw Człwoieka, o ile nie spełni obietnic składanych publicznie i w obliczu klęski, nie dokona aktu samobójstwa, Zasadniczą kwestią wydaje się być jednak pytanie kto stoi za rewolucjami w północnej Afryce?
Wydaje się być niezwykle mało prawdopodobnym, aby były one spontanicznymi, nie inspirowanymi z zewnątrz ruchami rewolucyjnymi, zainicjowanymi przez samą ludność rządzonych przez dziesiątki lat twardą ręką afrykańskich reżimów. I aby kierowały nimi pragnienie wprowadzenia demokracji na wzór europejski, oraz chęć laicyzacji życia społecznego tych przecież muzułmańskich krajów. Niepokojącymi sygnałami popierającymi tą tezę wydają się być zarówno wzmożona aktywność Al Quaidy na terenach państw ogarniętych rewolucyjnym niepokojem, a także skala powziętych przez powstańców, jak i siły wierne dyktatorowi, działań militarnych, do jakich doszło i wciąż dochodzi w Libii, która to od lat uchodziła za najbardziej stabilną dyktaturę regionu.
W zależności od tego, czy w krajach tych tuż po rewolucji dojdzie do prawdziwie demokratycznych przemian, czy też jest to jedynie sprytna volta muzułmańskich fundamentalistów, mająca na celu obalenie dyktatorów powiązanych w mniej lub bardziej wyrazisty sposób z demokracjami Zachodu, różnego typu więziami polityczno - biznesowymi, jedno jest pewne. Możemy być pewni, że o ile tylko rewolucjoniści obalą dotychczasowy porządek polityczny tamtego regionu, Afryka północna, a wraz z nią znany nam dotąd świat zmieni się znacząco. Bez wątpienia, zarówno stanowisko Unii Europejskiej, jak i reszty liczących się państw świata wobec wydarzeń mających miejsce na tym, wydawałoby się zapomnianym kontynencie, mówi nam dziś o jednym. Europa wierzy w Afrykę. |