|
Ofensywa Muammara Kadafiego w celu odzyskania kontroli nad całym krajem dowodzi spóźnionej reakcji wspólnoty międzynarodowej na rewolucję w Libii. Również Niemcy, jako członek RB ONZ nie znalazły odpowiedniej odpowiedzi na kryzys. REKLAMA
Problemem Afryki Północnej zajmowała się w ostatni piątek Rada Europejska. Z jej postanowień dowiadujemy się, iż Unia Europejska domaga się oddania władzy przez Kadafiego oraz przyjmuje z zadowoleniem tworzenie się w Bengazi ośrodka opozycji. UE, w przeciwieństwie do Francji nie uznała oficjalnie Rady Narodowej jako przedstawiciela Libii, natomiast użyła formułki, iż jest on „politycznym partnerem do rozmów”. Europa, podobnie jak pozostali aktorzy wspólnoty międzynarodowej, jest rozbita między moralnym dylematem pomocy społeczeństwu w Libii, a długofalowymi interesami gospodarczymi. Potwierdzeniem tej tezy jest brak nałożenia embarga na dostawy libijskiej ropy naftowej do UE, czemu zdecydowanie sprzeciwiały się Włochy oraz m.in. Austria. Także Berlin nie potrafi zaproponować adekwatnej i efektywnej odpowiedzi na wydarzenia w Libii. Inaczej niż w Tunezji czy Egipcie nie wystarczą deklaracje zwiększonej pomocy rozwojowej oraz wsparcie dla narodowych gospodarek czynione przez ministrów rządu Merkel podczas oficjalnych wizyt w tych państwach w ostatnich tygodniach. Libia stanowi dla RFN wyzwanie innej kategorii, jednocześnie jest ono wielopłaszczyznowe i skomplikowane. Celem nadrzędnym Niemiec jest stabilność regionu Północnej Afryki. Na kolejnych miejscach w hierarchii priorytetów stoją rozszerzanie gospodarczych oraz politycznych wpływów w tej części kontynentu. W związku z tym RFN opowiada się za zmianą władzy w Trypolisie oraz nałożeniem na obecny reżim Kadafiego sankcji ekonomicznych. Postulat ten został już częściowo spełniony zarówno przez UE, jak i przez ONZ. Także Berlin zamroził konta libijskiego pułkownika, czym pozbawił go ok. dziesięciu miliardów euro. W zestawieniu z gotówką, jaką dysponuje Kadafi, szacuje się ją na 160 mld euro, jest to kwota nieduża. Pokazuje to również, iż ten rodzaj nacisku jest mało efektywny a jego skutki mogą być odczuwalne dopiero w perspektywie wielu miesięcy. Propozycją innego rodzaju, promowaną szczególnie przez Francję i Wielką Brytanię, jest utworzenie nad Libią strefy zakazu lotów. Z perspektywy Niemiec jest to propozycja trudna do zaakceptowania. Przede wszystkim niemieccy dyplomacji podnoszą problem efektywności takich środków. Przywołuje się w tym miejscu często kilkuletni nadzór nad przestrzenią powietrzną Iraku, wypełniany przez USA i Wielką Brytanię, który był obiektem krytyki za brak planowanych efektów. Drugą kwestią jest ewentualność wprowadzenia do Libii oddziałów lądowych w celu wsparcia akcji powietrznej, w wypadku klęski strefy zakazu lotów. Na takie rozwiązanie Berlin bez wątpienia się nie zgodzi, podobnie jak wielu innych sojuszników w ramach NATO. Samo zaangażowanie RFN w ewentualnej kontroli przestrzeni powietrznej nad Libią byłoby dla Berlina trudne do przeprowadzenia co najmniej z trzech powodów: politycznego, tożsamościowego oraz technicznego. Przede wszystkim w Niemczech odbywają się w tym roku wybory lokalne w siedmiu spośród szesnastu landów. Ich wyniki są istotne również z punktu ogólnoniemieckiej polityki i dlatego Merkel nie będzie chciała zgodzić się na udział RFN w ewentualnych operacjach zbrojnych przeciw Libii, narażając się wyborcom na zarzut uczestnictwa w kolejnej (po Afganistanie) wojnie. Również z punktu widzenia tożsamości bezpieczeństwa Niemiec ewentualne zaangażowanie Bundeswehry byłoby trudne do wyobrażenia. RFN od momentu zjednoczenia stara się łączyć element multilateralizmu w swojej polityce zagranicznej wraz z postulatem bezpośredniego nieangażowania się w konflikty zbrojne. Niemieckie elity polityczny artykułują, co prawda, potrzebę przejęcia „większej odpowiedzialności” za losy wspólnoty międzynarodowej, jednocześnie społeczeństwo RFN nie akceptuje zaangażowania środków militarnych w tym celu. Także obecny stan Bundeswehry, znajdującej się w fazie reformy oraz eksploatowanej zarówno w Afganistanie jak i na innych misjach międzynarodowych pod egidą ONZ, nie pozwala na znaczne militarne zaangażowanie Berlina w kolejnych operacjach. Fundamentalnym problemem z perspektywy Niemiec jest brak autoryzacji dla ewentualnej strefy zakazu lotów ze strony Rady Bezpieczeństwa ONZ. Sprzeciwiają się takiemu rozwiązaniu zarówno USA jak i Rosja oraz Chiny. Dodatkowo od stycznia br. Berlin zasiada w RB ONZ jako niestały członek tego gremium, w związku z czym ciąży na nim szczególna odpowiedzialność międzynarodowa. Niemcy w ramach ONZ chciałby się pokazać jako silny i odpowiedzialny partner mając nadzieję, iż właściwe zachowanie w podobnych kryzysach zwiększy ich szanse na stałe miejsce w RB. Kryzys libijski dowodzi słabości Unii Europejskiej jako aktora z zakresu hard power, a także nieskuteczności dotychczasowej koncepcji wobec tego kraju jak i całej Afryki Północnej. Zasygnalizowana przez Radę Europejską potrzeba zrewidowania założeń Unii dla Śródziemnomorza powinna nadać stosunkom UE – kraje basenu Morza Śródziemnego bardziej wymierne relacje, przyczyniające się do ich stabilizacji. Będzie to o tyle trudne, że na tym obszarze splatają się różnorodne interesy państwa europejskich, które coraz głośniej artykułowane są również przez Niemcy. Może to doprowadzić do sporu na linia Berlin-Paryż, co do kształtu konkretnych rozwiązań w ramach Unii dla Śródziemnomorza. Dodatkowo większe zaangażowanie RFN w polityce śródziemnomorskiej może oznaczać częściowe zahamowanie rozwoju Partnerstwa Wschodniego. |